piątek, 11 kwietnia 2014

18. Festyn Plonów. (Koniec Sagi I - Skarb Kirishki)

- Dzień dobry, Levy! - uśmiechnęła się Mary Jane, po czym mocno ją objęła, sprawiając jej jednak trochę bólu. - Ou, przepraszam.
- Nic nie szkodzi. - zaśmiała się do niej prostując się. - Czemu jesteście takie wesołe?
- Dzisiaj jest ostatni dzień Festynu Plonów. - powiedziała Emma, sadzając Mary Jane przed lusterkiem toaletki, rozplątując jej kucyki. - To dzisiaj kwiaty nad rzeką zakwitają.
- A co w nich takiego szczególnego? - spytała, siadając obok nastolatki, czesząc włosy.
- Jak to, nie wiesz?! - odwróciła się w jej stronę, lecz matka szarpnęła ją za włosy, oznajmując, że ma się nie wiercić. - Kwiaty kwitną o północy tylko dzisiaj. Jest to nagroda od bóstw, za składanie im hołdu. Kwiaty są błękitne i przepięknie się świecą!
- Niby to nic nie zwykłego, ale chodzi o to, że jakimś dziwnym trafem tego dnia zawsze jest pełnia. - mówi Emma, tłumacząc dokładniej. - Kwiaty rosną raz na rok pod koniec lata. Mimo zasadniczej gleby, są niebieskie, a ich płatki mają taką strukturę, że światło księżyca odbija się od nich całą noc, a nadejściem słońca, po prostu więdną.
- Rzeczywiście ciekawe! - zaśmiała się neibieskowłosa, kierując się w stronę łazienki. - Przebiorę się i pójdziemy tam jak najszybciej!
Po kilkunastu minutach całą ich trójka była gotowa. Wesołym krokiem Mary Jane podbiegła do Levy, wręczając jej książkę w dłonie.
- Dziękuję ci, że pozwoliłaś uratować mamę. Jestem ci naprawdę wdzięczna. Tutaj są zapiski na temat Magii Solidnego Skryptu z książki Kirishki. To też znalazłam w bibliotece, podobno jej ojciec był Magiem Solidnego Skryptu. - zdziwiona Levy odebrała z rąk dziewczyny książkę i położyła na łóżku, obok spakowanej już torby. Nie tracąc tchu w piersiach przytuliła nastolatkę i podziękowała cicho. Szybko jednak ją puściła, bok nie dawał jej spokoju. Założyła swoją starą pomarańczową sukienkę do połowy uda z kołnierzem i oderwanymi rękawami, przez które przechodziły czerwone paski. Związała włosy w kitkę i wraz z swobodnie ubranymi współpracowniczkami do dnia dzisiejszego wyszła z pokoju.
- Auć! - usłyszała, kiedy otworzyła drzwi od pokoju. - Uważajcie jak chodzicie.
- To ty podlazłeś, Hughes. - zaśmiała się Emma, patrząc na obolałego mężczyznę.
- Tak tak. - prychnął. - Przepraszam, czy mógłbym zabrać siostrzenicę do pana Marco?
- Ależ oczywiście. - zaśmiała się niebieskowłosa, po czym ruszyła z wujem w stronę gabinetu Tatoriego.
Zapukali, a po cichym "proszę" weszli do środka. Marco stał pod oknem patrząc się na ogród.
- O, panienka i pan McGarden. - ucieszył się widząc tą dwójkę. - Mam dla ciebie dobrą wiadomość, Hughes.
- Tak? - zapytał pocierając dłonią o brodę. - Ożywiłeś moją żonę?
- Nie. - zaśmiał się. - Zwalniam cię.
Twarz mu zdębiała, a jej krew z niej odpłynęła. Co? I to ma być szczęśliwa wiadomość?! Marco podszedł do biurka i wziął z niego małą kartkę, po czym podał ją Hughesowi. Teraz jego twarz zdębiała bardziej, a oczy chciały wyjść albo raczej wypaść z oczodołów.
- Nie mogę tego przyjąć! - wrzasnął, rzucając ręką z kartką do tyłu, omal nie uderzając Levy w twarz. - To ma być odprawa?! Za duża!
Levy spojrzała ukradkiem na kartkę. To był czek. Czek na 120 milionów klejnotów.
- To nie jest odprawa, Hughes. - zaśmiał się. - Jak już sami wiecie, w tamtym korytarzu były pieniądze majątkowe rodzin, które zostały okradzione 20 lat temu. Tam były też i wasze pieniądze, McGarden. - kontynuował, siadając za biurkiem. - Jak sądziłem, za tym wszystkim stał mój ojciec. Moja matka, nie mogła go znieść i po tym wszystkim otruła go na moich oczach i kazała mi milczeć. Kazała mi wynająć kogoś, kto odkryłby to, lecz nikomu do tej pory się nie udało, odkąd ja tutaj rządzę. Hughes, już nie musisz tutaj pracować. Jeśli chcesz, to możesz mnie odwiedzać czasem.
- Marco, przyjacielu! - wrzasnął, rzucając się na starego przyjaciela. - Zawsze byłeś mi jak brat, którego nie miałem!
- Uznam to za komplement. - zaśmiał się. - Panienko McGarden, w ogrodzie czeka coś na panią. Proszę tam pójść.
Levy kiwnęła tylko głową patrząc na szczęście wuja, po czym wyszła. Serce jej waliło. Miała rodzinę. Nic innego nie mogło się w tej chwili liczyć. Nie była to rodzina, jaką miała w Fairy Tail. Była tą prawdziwą. Co nie znaczy, że ta z Fairy Tail była inna. Też była prawdziwa, ale nie taka, jakiej potrzebowała. Nie miała tam matki, ni ojca. Chodź czasem Cana była zbyt opiekuńcza, niczym matka, to nią nie była. A teraz znała swoją matkę. Tą z krwi i kości, o tych samych genach co ona. Wyszła z domu. Miała iść do ogrodu? Kurde, którego?! Tutaj jest tyle tych ogrodów! Różany, Tulipanowy, Magnoliowy! Ruszyła jednak w stronę Różanego Labiryntu. Szła niepewnie przed siebie. Po chwili jednak coś spadło jej na oczy i nie widziała. Z jej ust wypadało tylko "Kto tam?!" i "Co się dzieje?!". Słyszała cichy chichot, lecz ten chichot nie był charakterystyczny dla Gajeela. Ktoś ją porywa?! I to przez Marco?! O mój Boże! Krew spłynęła jej z twarzy. Czuła się przerażona. Po chwili jej nogi oderwały się od podłoża i coś ją niosło. Nie mogła powiedzieć, że to ktoś był. Było zimne i twarde, jak skała, lecz lekko opatulone czymś miękkim. Mech? Tak, to był zdecydowanie mech. Dlaczego to się dzieje? W ogóle : co się dzieje?! W głowie chodziło jej tylko jedno pytanie. Była kompletnie zdezorientowana. Nie wiedziała nawet, czy krzyczeć. Po chwili poczuła lekki wiatr i znalazła się na ziemi. Z jej oczu została zdjęta przepaska. Okazało się, że niósł ją głaz. Co? To musiała być sprawka Mary Jane. Znajdowała się nad brzegiem jeziora. Nieopodal niej leżał czerwony koc w kratę, a na nim mały niebieski wazonik ze stokrotkami i koszyk. Podeszła niepewnie rozglądając się. W koszyku znajdowało się kilka talerzy i jakieś kanapki. Zauważyła też mały liścik. Przykucnęła powoli, by nie naruszyć bandaża i przeczytała liścik.
Droga Levy!
Mam nadzieję, że spodoba Ci się ode mnie mały prezent.
Chciałbym, abyś zjadła na świeżym powietrzu ostatniego dnia twojej pracy. 
Chciałbym teraz być obok ciebie i jeść razem z tobą.
Niestety mam teraz kilka ważnych spraw do załatwienia.
Poproś może Mary Jane albo Emmę, aby się do ciebie dosiadły.
Nie chciałbym, abyś jadła tutaj sama. 
Może później do ciebie (lub was) dołączę.
Jeśli zdążę oczywiście.
x

Co ten liścik miał oznaczać? I od kogo on był? Ważne sprawy?! Może to od Marco? W końcu, to on ją tutaj przysłał. Usiadła niepewnie na kocu, zdejmując swoje pantofle na koturnie. Podwinęła lekko rękawy i wyjęła talerz i pudełko z kanapkami. Wyglądały dość smakowicie. Kto mógł to zrobić? Może to po prostu żart Emmy i Mary Jane? Albo to Marco? Albo.. Gajeel? Chciałaby, ale po pierwsze Gajeel pewno nie umie nawet kanapki zrobić i nie ma tak ładnego i czytelnego pisma zapewne. Na dodatek nie byłby dla niej taki miły. A może by był? Nie widziała go od rana nawet. Ciekawe gdzie był.
- O, czyli jednak ci się udało! - zawołał wesoło Marco, dobiegając do Levy. - Moje gratulacje.- spojrzała na niego. Miał na sobie spodnie od garnituru i brązową marynarkę i beżowe rękawiczki. Chyba strasznie lubił brąz. - Mógłbym się dosiąść?
- Jasne, proszę. - powiedziała, przesuwając się trochę, a na jej policzkach zawitał lekki szkarłat. Marco usiadł obok niej, patrząc się na jezioro.
- Wiesz. - zaczął mówić, patrząc przed siebie. - Z rachunku McGardenów zostało jeszcze 5 milionów kryształów. Myślałem, żeby dać je tobie, za zakończenie pracy.
- Dziękuję bardzo. - zaśmiała się, a z jej twarzy zniknął rumieniec z powodu odpłynięcia krwi. - Ale nie wykonałam tej pracy sama. Pan Redfox również to zrobił, więc wolałabym te 100 tysięcy, które były zaoferowane za tydzień na łeb. Nie miałabym co zrobić z taką ilością pieniędzy.
- Rozumiem. - zaśmiał się pochylając głowę z uśmiechem. - Więc nie będę ci przeszkadzał przy posiłku. Smacznego. - po chwili wstał i ruszył wzdłuż brzegu jeziora z butami w dłoni.
Nie miała apetytu. Siedziała ponuro na kocu i rozmyślała. Czuła się dość dziwnie po ostatnim śnie. Dotknęła opuszkami palców górnej wargi. "Tylko, żeby się krewetka nie dowiedziała.". Jakim cudem to się działo, że ona to czuła? Czuła jego niespokojny oddech, kiedy obejmowała jego obdartą szyję. Czemu w śnie był cały poobijany? I czemu ona miała na sobie jakąś białą sukienkę? Nie mogła tego do końca zrozumieć, ale jedno było pewne. Całowała się.. z Gajeelem! Na jej policzkach pojawiła się mocna purpura. Złapała się za policzki i potrząsnęła głową. Przecież Gajeel o tym nie wiedział, myśli, że to sen. A może to na serio był sen? I przez sen wołała jego imię, a Mary Jane się bawiła nią? Chociaż  to nie było pierwsze zdarzenie. Przecież podczas tej iluzji. W ogóle co on musiał widzieć, że nagle była w pocałunku z nim? Po prostu do niej podszedł i.. no. Jakby o tym pomyśleć, gdyby to się zaliczało, to był pierwszy. O Boże, nie! Jej twarz przybrała jeszcze mocniejszą purpurę. Zrobiło jej się gorąco. Znowu potrząsnęła głową. To się nie liczy! On nie jest tego świadomy, więc się nie liczy! Próbowała uspokoić swój oddech i zapanować nad purpurą swojej twarzy. Upadła na koc. Co miała o tym wszystkim myśleć? Gajeel najwyraźniej nie dawał jej spokoju, nawet jeśli jego przy niej nie było. Czy dobrze by było, gdyby mu powiedziała, co czuje? Co o nim myśli? Niby już powiedziała, przy Hughesie, ale to nie była prawda. Przynajmniej ma nadzieję, że tak myślał. Powoli wstała z koca i spakowała go do koszyka. Stała tak jeszcze chwilę wpatrując się w patki lecące nad jeziorem, po czym poszła powoli w stronę domu, nie narażając ran.
******
- Udało się? - spytał się zaciskając pięści.
- Tak. - zaśmiał się Hughes, poprawiając okulary. - Poszła w stronę ogrodu różanego, a stamtąd zabrała ją Mary Jane, kamienną lalką.
- Ale byłaś ostrożna smarkulo?! - warknął, patrząc na chichoczącą nastolatkę.
- Spokojnie, nic jej nie było. - powiedział Marco, podchodząc do zbiorowiska. - Tylko jak tam siedziałem, była cała zawstydzona. Może to wina liściku?
- Nie wiem sam. - powiedział, drapiąc się po brodzie. - Cholera, jestem taki naiwny!
- Spokojnie, chłopie! Masz moje rady, na pewno jej się spodoba! - palnął ogrodnik, oplatając go ramieniem.
- I mówi to ten, który nie może znaleźć kobiety. Tch!
- Co tutaj takie zbiorowisko? - usłyszał jej głos, po czym szybko się odwrócił. W progu gabinetu Marco stałą Levy, trzymając wiklinowy koszyk. Kurwa! Już się zebrała?! - Oh, cześć Gajeel. Gdzie wcześniej byłeś?
- Byłem kupić normalne ubrania na Festyn Plonów, żebyś się mnie nie musiała wstydzić. - parsknął, odwracając twarz w stronę okna tylko po to, by ukryć lekkie rumieńce.
- Oh. - powiedziała spuszczając głowę i patrząc się na splecione na koszyku dłonie. Widać było mocne napięcie pomiędzy nimi. - Jakby co będę w kuchni rozpakowywać koszyk z pikniku.
- Pomóc ci? - spytał, odwracając już twarz w jej stronę. Nie dało się z niej wykryć żadnych uczuć.
- Poradzę sobie sama, najwyżej poproszę Emmę. - zaśmiała się cicho i opuściła pokój. Na jego twarzy było widać mocne napięcie. Przygryzał ze wściekłości dolną wargę, a żyłka na jego czole pulsowała jak szalona. Po chwili zerwał się w pościgu za nią, a Mary Jane i Hughes chichotali jak głupie dziewuchy, besztane przez senpaikę - Marco.
- Kurduplu! - warknął, stojąc już za nią, na co ta się wzdrygnęła.
- G-gajeel! - była na serio przerażona.
- Masz rany, idiotko! - warknął wyrywając jej koszyk z ręki. - Nie powinnaś nosić rzeczy.
Jej oczy się rozszerzyły a usta zacisnęły w wąską linię. Zaniemówiła. I to mocno. Gajeel nie troszczył się o nią wcale, a teraz.. Ostatnie tygodnie przebyła pod jego szczególnym okiem. Zmarszczyła mocno brwi i wzięła głęboki wdech.
- Może i jestem mała i słaba, ale to nie znaczy, że musisz mnie we wszystkim wyręczać! - warknęła, wyrywając koszyk, po czym z dumą odeszła do kuchni. W końcu było w miarę "normalnie", chociaż napięcie między nimi było prawie namacalne. Poszedł za nią i był już cicho, nie chciał jej złościć przed Festynem. Bowiem miał już na niego plany.
*****************
- Łoah! - dało się słyszeć ten entuzjazm z jej ust.
Miasto było poozdabiane różnymi ozdobami związanymi z kwiatami i plonami. Było po prostu prześliczne. Kolory na różnych budynkach tworzyły ze sobą wspaniałą kompozycję. Domy mieszkańców także były poozdabiane kwiecisto i kolorowo. Ogólny widok zapierał dech w piersiach.
- Tak tutaj babsko. - prychnął rozglądając się po mieście. - Ale w końcu to Festyn Plonów, co tu się spodziewać.
- Boże, to niemożliwe! - usłyszeli znajomy damski głos, po czym oboje odwrócili się w tym samym czasie. Obecnie naprzeciw nich stała blondynka w białej koszulce i niebieskiej spódnicy, a przy jej nogach stał bały pies, który wyglądał lekko jak bałwan.
- Lu! - krzyknęła wesoło Levy i skoczyła do dziewczyny, by ją objąć. Chwilę po tym, za nią pojawił się także chłopak z różowymi włosami i czerwonej kamizelce, wpół rozebrany brunet i szkarłatnowłosa w zbroi.
- Gajeel! - wrzasnął zdziwiony różowowłosy. - Co ty tutaj robisz?!
- To ja raczej powinienem się pytać, co ty tutaj robisz, ciamajdo! - warknął, stykając się z chłopakiem czołem.
- Erza! Co wy tutaj robicie? - zawołała wesoło McGarden, tuląc także dziewczynę w zbroi.
- Pracowaliśmy na górze przy wsi oczyszczając ją z "duchów". - zaśmiała się cicho. - A ty tutaj co robisz? I skąd się wziął Gajeel?
- Wzięłam z nim robotę. - zaśmiała się lekko skrępowana zaistniałą sytuacją.
- Naprawdę?! - zdziwiła się, że jej odsłonięte oko dostało wytrzeszczu. - Grey, znowu zgubiłeś gacie ty idioto! - po czym pobiegła w stronę bijącej się już trójki.
- Opowiadaj mi zaraz jak to się stało, Levy! - powiedziała wesoło blondynka, podpierając boki.
- Mechanizm obronny od Jeta i Droya. Oboje ucierpieliśmy na tym wyjeździe, uwierz mi. - pomasowała lekko bok z lekko kłującą raną.
- To sprawka Gajeela?! - wrzasnęła dziewczyna. - Opowiadaj, co się działo!
*****
- Naprawdę ona ją zabiła?! - z jej twarzy odpłynęła cała krew.
- Tak. - kiwnęła głową. - Szczerze, gdyby tego nie zrobiła, to ja bym była martwa. Potem jeszcze przyszła Kirishka i odebrała książkę. Takim dziwnym trafem się tutaj zjawiła.
- A co do tej iluzji.. - powiedziała, odwracając bladą twarz. - To ta kobieta z biblioteki to twoja prawdziwa matka?
- Tak, to ona. Kiedy wrócimy jutro, chciałabym z nią porozmawiać na ten temat i chociaż dowiedzieć się, czemu to zrobiła.
- Mhm, tak mi przykro. A jeszcze jedna iluzja... Już ta Gajeela. Mówiłaś że spotkałaś się z nim w jego iluzji. Jak to się stało?
Policzki Levy powoli zaczynały przybierać czerwony odcień. Dziękować Bogu, że od odpowiedzi uratowała ją ciągnąca za sobą chłopaków Erza.
- Więc Levy, czemu tutaj byłaś z Gajeelem? - zapytała gniewnie szkarłatnowłosa wycierając ręce z kurzu.
- Misja. - powiedziała za nią Lucy. - Długo by gadać. Przyszliśmy na Festyn, który niedługo się zacznie, a my nie mamy nawet strojów!
- Strojów? - spytały obydwie patrząc na nią.
- Tutaj są potrzebne stroje odświętne, nie słuchałaś tamtego gościa Erza?! - wrzeszczała wymachując rękoma.
- Jakby tamta dwójka mi nie przeszkadzała, to bym usłyszała. Cóż, pójdźcie coś znaleźć dla siebie. Ja muszę ich doprowadzić do porządku.
- Erza to potwór.. - wydukał mocno poobijany Gray.
- CO ŻEŚ POWIEDZIAŁ BYDLAKU?! - warknęła, wbijając mu buta w głowę.
- Chodźmy stąd Levy.
- To dobry pomysł Lu.
-  Ratujcie nas.. - szepnął Natsu wyciągając dłoń w stronę kostki Lucy.
- ŻADNEJ LITOŚCI! - w oczach Titani było widać złość. Wycofanie się było dobrym ruchem. Lucy złapała zagapioną dziewczynę za nadgarstek i uciekła z alejki, ratując się przed gniewem i zemstą Erzy. Po chwili od ucieczki stanęły łapiąc oddech. Zaśmiały się nad losem chłopaków, jednak trochę im współczuły.
- Patrz! - powiedziała wesoło Heartphilia. - Ten sklep będzie odpowiedni! A przy okazji jak jesteśmy same, opowiedz mi, jak znalazłaś się w iluzji Gajeela. - jej uśmiech przypominał teraz zadziorną twarz Natsu.
- Sama nie wiem Lu. - powiedziała, otwierając przed przyjaciółką drzwi sklepu. - Po prostu kiedy tam się znalazłam on złapał mnie za ramię i pocałował. - ups! Zakryła szybko zasłoniła usta dłonią, przez co drzwi sklepu uderzyły Heartphilię w twarz. - Przepraszam Lu!
- Naprawdę to zrobił?! - mówiła przez zęby, a raczej syczała pocierając obolałe czoło. - To się nawet nie liczy Levy. Nie pocałował cię, może to była twoja iluzja, bardziej bym w to uwierzyła.
- Miałam dzisiaj też dziwny sen. - chrząknęła otwierając znowu drzwi, lecz tym razem blondynka przytrzymała je sama na wszelki wypadek. - Byliśmy na jakimś polu, był strasznie poobdzierany, a ja go przytuliłam. Tylko najdziwniejsze jest to, że ja czułam ciepło jakie od niego biło, jego oddech przy mojej szyi. Taki niespokojny i ciepły. A po chwili znowu mnie.. no wiesz. A potem powiedział słowa "Tylko nie mów o tym krewetce.".
- To rzeczywiście było dziwne. - powiedziała rozglądając się po wieszakach nie odrywając dłoni od czoła. - Może przez tą iluzję wasze umysły się połączyły i macie wspólne rzeczywiste sny? Jak wrócimy do gildii, spytasz się Makarova.
- Wątpię żeby pomógł. Wolałabym, żeby nikt się nie dowiedział co mi się śni. - jej twarz przywitała się z mocną purpurą.
- Jeśli tylko nie śni ci się sado-maso z Gajeelem, to wszystko jest w porządku. Makarov zrozumie zauroczenie, Levy. - zaśmiała się blondynka zdejmując jakąś sukienkę z wieszaka, a na twarzy McGarden zawitał jeszcze mocniejszy rumieniec. - Twój rozmiar. Przymierz!
Z twarzy Levy odpłynęła cała krew. Stała jak słup przed swoją przyjaciółką. Po chwili zaczęła jednak coś dukać i wskazała palcem na sukienkę.
- Coś nie tak? Nie podoba ci się? - spytała, patrząc na sukienkę.
- Nie, Lucy. Jest ładna. Pójdę ją przymierzyć.
Dziewczyna wzięła od przyjaciółki sukienkę i ruszyła w stronę przebieralni, a na wieszaku powiesiła białą sukienkę z oderwanymi rękawami i dużą kokardą z tyłu.
*******
- Zbliża się 21, a ich ciągle nie ma! - wrzasnął Natsu roztrzepując różowymi włosami. - Nie ma ich on 4 godzin!
- Ciesz się, że przynajmniej od dwóch już nie cierpisz, Salamandrze. - prychnął na niego Gajeel, pocierając tył głowy. - Nikt mi nigdy tak tyłka nie skopał.
- Czuję się obnażony z godności. - rozpłakiwał nad sobą Gray, chowając twarz w ręce oparte na kolanach.
- Ty nigdy jej nie miałeś gołodupcu. - powiedzieli Smoczy Zabójcy, jakby prawie chórkiem.
- Więc tutaj jesteście. - za nimi dało się słyszeć ochrypły głos kobiety.
- E-erza.. - po całym ciele Salamandra spływały krople potu. - C-ciebie też m-miło widzieć..
- ZAMILCZ! - warknęła, przemieniając zbroję, na Zbroję Cesarzowej Ognia. - Teraz dopiero poznacz cierpienie za swoją zniewagę i podniesienie mojej spódnicy w miejscu publicznym, żebyście mogli uciec!
- To był pomysł Graya! - warknął Gajeel wbijając się przerażony w podłogę.
- Nie prawda, to Natsu podniósł jej tą spódnicę! - bronił się Fullbuster.
- Ale to Gajeel wtedy z nią walczył! - różowowłosy wskazał na drugiego Smoczego Zabójcę. - A ty znowu jesteś nagi Gray!
- MILCZEĆ MI TUTAJ! - wrzasnęła ponownie Erza, a w jej oczach znów zabłysnęło wściekłością.
- Erza, daj spokój. - powiedziała, łapiąc ją za ramię Lucy.
- Lucy, Levy! - Titania uśmiechnęła się, a jej zbroja zamieniła się w fioletowe kimono. - Ta zbroja może mi posłużyć za ubiór odświętny. - powiedziała odwracając się z powrotem do klęczących na ziemi chłopaków. - Policzę się z wami w gildii, zrozumiano?!
- TAK JEST, TITANIO! - wszyscy jakby chórkiem krzyknęli ze strachu.
- Lucy! - dopiero teraz Levy zauważyła niebieskiego kota. - Plue się zgubił i musiałem go szukać. Pilnuj lepiej swoich duchów!
- Przepraszam Happy! - powiedziała blondynka, kucając, choć było jej trudno to zrobić, w swojej nowo nabytej oliwkowej sukience z dekoltem. - Kupię ci na Festynie smaczną rybkę, dobrze?
- Aye! - wrzasnął podskakując wesoło na tylnych łapach.
- Chodź Levy nie wstydź się! Już czas, mamy mało czasu, żeby posiedzieć na Festynie!
- Lu, siedź cicho. - zbeształa ją szeptem niebieskowłosa. - Dziwnie się czuję, mogę nie wychodzić zza ciebie?
- Musisz wyjść! - powiedziała odsuwając się na bok, pokazując przyjaciółkę w przebraną białą sukienkę z oderwanymi białymi rękawami oraz wplątaną białą przepaską we włosy. Gajeelowi odpłynęła krew z twarzy. Dokładnie ta sama sukienka. Widać było na twarzy Levy jej zakłopotanie. Wstał na chwilę ale lekko się zakręcił po uderzeniach Erzy. Levy również na niego spojrzała. Był lekko poobdzierany, tak jak w śnie. Jej twarz zawitała purpura i widoczne zakłopotanie.
- Patrzcie! - wrzasnął wesoło Happy. - Gajeel się rumieni!
- Zamknij się kocie, wcale się nie rumienię! - warknął na małego kota, wywołując u niego strach, a Natsu spojrzał na niego krzywo.
- Jest poobijany. - powiedziała stanowczo Levy opanowując rumieńce na twarzy. - Chodźmy już na ten Festyn, bo go przegapimy. Poszukamy tam czegoś na opatrzenie waszych ran.
- Rzeczywiście Erza, tym razem przesadziłaś! - popierała ją Lucy. - Chodźmy szybciej! Nie stójcie jak kołki!
Blondynka zaśmiała się i złapała za nadgarstek Natsu, po czym pobiegła przed siebie. W tej alejce po brzegach były rozstawione małe namioty, a w oddali było widać małą fontannę i pole. Gajeel i Gray wstali niechętnie otrzepując z siebie resztki kurzu i ruszyli przed siebie. Za nimi ruszyły Levy i ciągle wściekła Erza. Pewno nie była tyle co wściekła, co zawstydzona, że na placu podwinęli jej spódnicę. Chłopcy przed nimi rozglądali się na boki podziwiając piękno corocznych straganów i atrakcji. Niedaleko głównego pola stałą średniej wielkości scena, na której stała dziewczyna w długich fioletowych włosach, związanymi w kucyka. Śpiewała dość spokojnie i łagodnie. Za nią stałą dziewczyna w krótkich włosach i okularach, grająca na skrzypcach. Muzyka była naprawdę spokojna i idealnie pasowała do wystroju Festynu. Gray i Gajeel wyrwali Natsu z objęć Lucy i ruszyli w stronę straganu strzelniczego, przy czym Erza zabrała lekko zdezorientowaną Lucy, podając jej do ręki słodką bułkę z jagodami. Levy śmiała się z Lucy, kiedy nie trafiła do ust bułką i wybrudziła sobie cały policzek jagodami. Widać, że musiała już dorwać jakiś alkohol, bo dziewczyna zataczała się pod własnymi nogami.
- Lucy, chodź, usiądziemy. - powiedziała Erza, sadzając dziewczynę na ławce koło siebie, po czym uderzyła ją mocno w brzuch pięścią, przez co dziewczyna straciła przytomność. Erza rzadko chyba nad sobą panowała.
- Erza! - wrzasnął przerażony Natsu, za to Gray i Gajeel udawali, że nic nie widzieli. - To nawet mnie zabolało!
- Zajmij się nią Natsu. Znowu jest pijana. To dla jej dobra, ostatnim razem było.. blisko. - warknęła cicho spoglądając na Natsu kątem oka. Oh, ten pamiętny czas po treningu na plaży.
- To ja was zostawię i poszukam czegoś na pamiątkę dla Jeta i Droya. - niebieskowłosa wskazała na stragany palcem, a Redfox wzdrygnął się na te imiona. - Niedługo też północ, więc będę już stała przy kwiatach. Do zobaczenia później!
- Pójść z tobą? - spytał, patrząc na nią. - Pomogę ci wybrać coś odpowiedniego dla tych piesków.
- Gajeel, nie nazywaj ich tak, to moi przyjaciele! - warknęła, wkurzając się lekko.
-  I koniec sielanki. - zaśmiał się niedosłyszalnie dla nich Natsu. - Dobra, idźcie, spotkamy się przy fontannie.
Levy przewróciła oczami a Gajeel spojrzał na nią krzywo. Ruszyła w stronę straganów rozglądając się za prezentami, próbując nie zwracać uwagi na chodzącego za nią Gajeela Redfoxa. Podeszła do małego straganu, gdzie wypatrzyła dwa podobne breloczki, więc postanowiła poprosić sprzedawcę, by odłożył je dla niej po północy. Po drodze do fontanny spotkała również Emmę i Mary Jane, powitała je z Gajeelem i poszła dalej, udając że go nie widzi. Wkurzał się już. Mieli spędzić ten wypad.. SAMI! To może i dziwnie brzmi, ale mieli to zrobić! Że nie że TO, tylko że no.. Kurcze! Już nawet jego własne myśli się plątały. Złapał ją za nadgarstek i wściekły zaprowadził ją na pola trochę za sceną.
- No w końcu! - odetchnął, puszczając jej nadgarstek, po czym siadł na trawie. - Kurczę no, musieli akurat TUTAJ być do jasnej cholery?!
- O co ci chodzi?! - warknęła, po czym sama kucnęła przed nim na trawie. - Przyszli tutaj na Festyn, przecież im tego nie zabronisz!
- Tak, ale.. - zastygł. Jak jej ma powiedzieć to co myśli? "Mieliśmy być sami"? "Chciałem być z tobą sam na sam"? Kurwa! - W końcu chciałaś iść na ten Festyn i ten noo... Wiesz.
- Sama już nie wiem. - westchnęła cicho. - W ogóle Gajeel, dlaczego miałeś taką dziwną minę, jak zobaczyłeś mnie w tej sukience?
- Ładnie w niej wyglądasz, to wszystko. A czemu akurat taka? - "Bo jak cię całowałem w moim śnie, to taką miałaś". Ja pierdolę, to rzeczywiście było trudniejsze niż myślał.
- M-miałam sen. - powiedziała odchylając zarumienioną twarz. - Byłam na polu i miałam tą sukienkę. I widziałam kwiaty. To wszystko.
Teraz do niego dotarło. Czy to może Krewetkę pocałował w tym śnie? Ale to jest niemożliwe! Nie nie nie! Niemożliwe! Z jego twarzy znowu odpłynęła krew i potrząsnął mocno głową.
- Nie robiłaś nic innego w tym śnie, prawda? - spytał rozglądając się po okolicy.
- Nie, nic nie robiłam. - powiedziała, spoglądając na wstającego z ziemi Gajeela. - Co ty robisz?
Gajeel jednak podszedł nieco dalej do rzeki, na której tafli znajdowało się kilka śnieżnobiałych lilii.Zerwał jedną i wrócił do przyjaciółki. Oplótł oderwana łodyżkę kwiatka wokół jej przepaski, a końcówkę włożył za ucho. Po chwili lekko pociągnął. Trzymało się.
- Śniłaś mi się w takiej sukience. - powiedział mocno zawstydzony, lecz patrzył jej w oczy, przez co ona również się mocno wstydziła. - I w przepasce miałaś kwiat. Może ten nie jest taki rozwinięty, ale tak to nie konkuruje on z twoją urodą.
Oczy Levy lekko się poszerzyły ze zdziwienia. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Jej usta lekko się rozwarły, a na twarzy pojawił się mocny rumieniec. Gajeel zachichotał charakterystycznie. Byli teraz naprawdę sami. Scena była dosyć daleko, choć odgłosy ludzkie ciągle słyszalne. Na niebie rozsunęły się chmury, dając pole do popisu księżycowi w okazałej pełni. Kwiat w przepasce Levy rozwinął się powoli i zabłysnął lekkim błękitem. Światło spowijało także jej twarz. Chłopak złapał jej twarz w dłoń i musnął kciukiem po dolnej wardze jej rozwartych ust. Czy na pewno to co chce zrobić jest fair, wobec tej małej krewetki? Pochylił się lekko nad jej twarzą, patrząc jej w oczy. Jej serce biło jak szalone, patrząc co wyprawia jej partner. Czy chciała, by ją.. pocałował? Spojrzała na niego i powoli kiwnęła lekko głową. Zbliżał się coraz bardziej do niej, mrużąc oczy. W pewnym momencie się zatrzymał. Nie był pewny, czy to było dobre. Mimo to, krewetka sprawiała na nim dość duże wrażenie, jakiego nie robił jeszcze nikt inny, a co dopiero kobiety. Urgh! Wszystko było zdecydowanie za pogmatwane. Otworzył oczy, po czym spotkał się z nią i jej przerażonym wzrokiem. Na pewno przerażonym? A może zdziwionym? Chętnym? Nie wiedział. Nie wiedział póki ona nie zacisnęła ust w wąską linię.
- Chrzanić to! - wrzasnęła, rzucając się i przewracając chłopaka na plecy. - Gajeel idioto! Chyba nie karzesz mi znowu czekać, prawda?! Jesteś kompletnym idiotą! Nieczułym i wstrętnym idiotą! - po tych słowach nachyliła się nad nim i złożyła pocałunek na jego ustach, zamykając oczy. On jednak miał je szeroko otwarte. Teraz to ON był przerażony. Gajeel Redfox - nieustraszony przed żadnym przeciwnikiem był przerażony tylko dwoma rzeczami ; gniewną Titanią i miłością, jaką darzyła go ta tutaj z nim. Po chwili jednak przymknął oczy i usiadł, obejmując dziewczynę rękoma w pasie. Siedzieli tak dłuższą chwilę. Nie wiedział co ma robić. Bał się, że jak się od niej oderwie, to ta rzuci się na niego jeszcze raz, a tego nie chciał. Ta jednak była tak zdesperowana, że by to zrobiła. Cieszyła się swoją obecną odwagą. Boże. Pocałowała go. Pocałowała obiekt jej westchnień. Nagle poczuła, że ma twarzy mocne wypieki, które aż paliły jej twarz, jakby była kurczakiem w piekarniku. Oderwała się od niego i odwróciła twarz, próbując uniknąć kontaktu wzrokowego. Ten jednak złapał ją dłonią i potarł kciukiem o jej dolną wargę.
- Krewetko. - warknął. Pomyślała, że jest na nią mocno wkurzony. O kurwa.
- T-tak? - zapytała, a jej głos lekko się załamał.
- Jakim prawem to ty mnie pocałowałaś? - zaśmiał się charakterystycznie,a  jego twarz spowił wesoły uśmiech. - Nie waż się więcej tego robić. A co dopiero przy ludziach, oj uwierz mi. - Levy spojrzała na niego krzywo. I tylko o to był zły? Że to ona zrobiła to, czego on nie umiał? Prychnęła śmiechem.
- Mówiłam ci, że jesteś idiotą? - zaśmiała się, mierzwiąc dłonią jego rozczochrane włosy.
- Tch! I to nie jeden raz!
Tak siedzieli nad rzeką, póki kwiat w przepasce Levy nie zwiądł, a niebo nie pokryło się ciemnymi chmurami.
*KONIEC SAGI PIERWSZEJ*
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ohh, pisałam to 6 dni chyba! Albo i więcej! Ale jestem z tego taka dumna, najdłuższy i najbardziej romantyczny rozdział EVAH! I TAAAK! SKOŃCZYŁO SIĘ GALEEE! Teraz zastanawiam się nad kolejnym wątkiem do drugiej sagi, bo mam do wyboru spośród 3 chyba. Pomyślę o tym podczas świąt. W święta raczej nie będę pisała za dużo, za to życzę wam wesołego i smacznego jajka! 
Mam nadzieję, że wam się podobała pierwsza saga opowiadania, swoje zdanie wyraźcie w komentarzu. To będzie dla mnie jak zachęta do kolejnego pisania~!

3 komentarze:

  1. GaLeGaLeGALe, tak pełno GaLe~! Aaaaaahhh, chyba trafiłam do raju~!
    Nie no, chyba najlepszy z najlepszych rozdziałów! :D Takie lekkie i urocze zakończenie! Prześwietna robota!
    I Levy, kochanie moje, jestem z ciebie dumna! Naprawdę dobrze to ujęłaś!
    A no, więc ja Tobie również życzę smacznego jajka i tych innych. XD
    No a mogłabym się dowiedzieć jakie są te Twoje 3 pomysły na kolejne wątki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tutaj jest dużooooo Gale. XD
      Dziękuję, sama tak sądzę.
      JA TEŻ JESTEM Z NIEJ DUMNA!
      A co do pomysłów, wybrałam już jeden i mam nadzieję, że będzie długi. XD

      Usuń
  2. Tak, mój brak GaLe właśnie został zapełniony. XD
    Oooo, no więc nie mogę się doczekać! :D Powodzenia w pisaniu~!

    OdpowiedzUsuń