Rozdział w sadze : I
Rozdział ogółem : I
Liczba słów : 1324
Adnotacje : Miłego czytania~~
~~~~~~~~~~~~~~~~
Siedziała cicho przy stoliku na samym końcu sali. Mała dziewczyna w pomarańczowej sukience i krótkich, niebieskich włosach, które przygwożdżone materiałową opaską, dalej uciekały właścicielce, spadając na jej twarz z brzoskwiniową cerą. Jej piwne oczy lekko błyszczały się od promieni słonecznych, wpadających przez górne piętro budynku gildi Fairy Tail. Jej przyjaciółka Lucy wyjechała na tygodniową, a może nawet i dłuższą misję z Natsu, Grayem i Erzą - najpotężniejszą drużyną Fairy Tail, jak to uznała Mirajane. Na sali siedziała tylko Wendy, pełniąca rolę opiekunki Exceedów, Mira, która jak zawsze pilnowała baru, tym razem z Lisanną. Nawet Cany nie było czy Macao, którzy zawsze siedzieli popijając alkohol lub obijając się całkowicie. Cana najprawdopodobniej wyruszyła gdzieś z ojcem, a Macao pełnił rolę opiekuńczego tatusia. Romeo w końcu tak wydoroślał przez te 7 lat. Zauważyła nawet brak tej dwójki, która zawsze chodziła za nią jak cień, a mianowicie jej drużyny : Jeta i Droya. Gdzie ich wywiało? Chociaż szczerze mówiąc wolała nie wiedzieć gdzie byli w chwili obecnej, kompletna cisza jej pasowała. Ale zaraz... gdzie jest Gajeel? Skoro jest tu Lily, to czemu go nie ma? Teraz najbardziej jej zależało na znalezieniu go. Chciała mu podziękować za to, jak kilkanaście razy uratował jej życie i to w przeciągu jednego egzaminu na maga klasy S. Już tyle czasu minęło, a ona mu ciągle nie podziękowała. Cicho westchnęła, opierając głowę na dłoniach. Błogie poszukiwania wzrokiem jej wielokrotnego wybawcy zostały przerwane przez krzyki, gdyż normalnym tonem tego nazwać nie można było.
- Levy! - usłyszała znajomy głos. - Levy-chaan~!
Był to Droy i Jet. Beli tacy szczęśliwi. W końcu nie widzieli jej aż 7 lat. Ale jej jednak było daleko do szczęścia. Próbowała wstać, ale materiał jej rękawa zahaczył się o szczelinę w deskach siedzenia. Pułapka, szlag by to.
- Levy-chan! - zaczął "mówić" Jet. - Może wybrałabyś się ze mną na misję? Tak we dwójkę, tylko ty i ja...
- A co ze mną?! - machał rękami Droy. - A ja to co?!
- Mały tłusty wieprz. Levy woli mnie tłuściochu!
- Ah tak? - parsknął wymierzając w niego pięścią. W końcu zaczęli się bić.
Jednak gildia nie była taka pusta. Ta dwójka wypełniała ją idealnie. Wszędzie w okół nich było pełno kurzu i już nawet siedzenia wchodziły w grę. Jet użył na Droyu beczki Cany, ta nie byłaby z tego zadowolona. Levy korzystając z sytuacji, która przed nią zaistniała, wstała powoli i próbowała wyszarpnąć rękaw bez rozrywania go, lecz każdy śmielszy ruch mógł go rozerwać. Tymczasem do gildii wszedł wysoki chłopak z długimi, kruczoczarnymi włosami i czerwonymi niczym krew oczami, a jego źrenice, przypominały źrenice kota. Na sobie miał dość workowate spodnie, ciemną koszulkę bez rękawa, a na prawej stronie koszulki dwa zgniłozielone skrzydła. To był właśnie Gajeel. Wrócił on ze swojej dwudniowej misji z dość przybitą miną. Podszedł do młodej dziewczyny w długich granatowych włosach, siadając naprzeciw niej.
- Dziękuję Wendy za przypilnowanie Liliego, on by się tam zanudził na śmierć. - powiedział, zarzucając nogi na stół.
- Nie ma za co. Tak świetnie się bawiliśmy, że nie zauważyliśmy, jak te dwa dni zleciały, co nie Lily?
Exceed przypominający czarną panterę z blizną na oku i w zielonych spodenkach skurczoną do rozmiarów mini, kiwnął głową z lekkim uśmiechem, ale wciąż powagą na twarzy.
- A czemuś ty taki znużony? - zapytała Charla - exceed należący do młodej Wendy, piękna biała kotka. - Misja się nie podobała?
- Wiesz, na ogłoszeniu było napisane "Gwarantowana demolka". Czytając to, nie miałem na myśli, że będę burzył jakiś stary spróchniały teatr. - odpowiedział znużony. - A ja serio miałem nadzieję na jakieś walki na ringu czy coś, no! Pff..
Wendy i Charla cicho się zaśmiały. Tymczasem Gajeel usłyszał dość głośne szmery, aż dziwne, że ze swoimi zmysłami usłyszał je dopiero teraz. Obejrzał się w tamtą stronę.
- Co się tam dzieje? - pokazał palcem na lejących się Jota i Droya.
- Co? Znowu ze sobą walczą? - spytała zdziwiona Charla. - Ta gildia jest na prawdę dziwna.
Redfox wstał od stołu i poszedł w kierunku zamieszania. Nie chciał tam iść tak szczerze mówiąc. Powoli zwalniając zauważył małą główkę z niebieską czupryną, która stała w tym całym zamieszaniu. Zaczął przyspieszać z myślą, że ona walczy razem z nimi, albo gorzej - stoi między nimi próbując ich uspokoić.
- Co się tutaj dzieje? - powiedział z najgroźniejszą miną na twarzy jaką kiedykolwiek zrobił. Najwyraźniej nie zauważyli tego.
Chrząknął głośno. Na serio głośno. Aż echo odbiło się od kufli przy barze. Nawet Levy podniosła głowę, przez co wyszarpała ten cholerny rękaw z drewnianej pułapki siedziska. Nawet Jet i Droy odwrócili głowy w stronę wysokiego strachu na wszystko co żywe i ruchome, zaprzestając walki.
- Gajeel.. - powiedziała cicho patrząc na niego.
- Czy mogę się do jasnej cholery dowiedzieć co tutaj się dzieje wypierdki? - powiedział wściekły.
- Myy... ten.. no... - zaczął Jet, ale widać że coś nie mógł powiedzieć.
- Ummm.. że myy... - Droy także próbował coś powiedzieć ale nic na to, a z każdą chwilą żyłka na czole Gajeela pulsowała coraz mocniej. Czuć było od nich strach na kilometr. Próbowała wymyślić coś na szybko, żeby żadne z nich nie wpadło w kłopoty i uwolnić się od nich samej jednocześnie.
- O-oni pytali się czy poszłabym z nimi na misję. - powiedziała pewnie Levy, choć widać było spływającą powoli kroplę potu z jej czoła i tą niepewną minę. - Ale im odmówiłam, bo przecież idę już z kimś na misję.
- Jak to?! Z kim niby?! - nagle jakby Jet i Droy mieli jeden mózg, lub chociaż wspólną połowę.
Levy wskazała palcem na stojącego naprzeciw jej stołu Redfoxa. Ten ze zdziwieniem spojrzał na jej palec, a tamtej dwójce najwyraźniej zrzedły miny.
- Zaraz mała, ja z nikim nie idę na misję, właśnie co z jednej wróciłem i...
- A więc postanowione! - wrzasnęła, uderzając rękami w stół. - Idziemy na misję gigancie!
Wszyscy w okół patrzeli na nich ze zdziwieniem. Levy wstała szybko zabierając swoją torbę i pobiegła do tablicy z ogłoszeniami zrywając pierwszą lepszą kartkę, co wprawiło Smoczego Zabójcę w osłupienie.
- Mirane! Ja i Gajeel bierzemy to zadanie! - wrzasnęła w stronę baru wymachując kartką.
- P-pocze... - próbował ją zatrzymać, lecz ta pobiegła w stronę czarnej pantery Liliego. Złapała go za łapę i wybiegła z gildii, zwalniając
kilkanaście metrów za budynkiem. Modliła się w myślach, żeby ten olbrzym pobiegł za nią i zostawił tą dwójkę w spokoju. Chociaż ona sama wplątała się w dość duże bagno, to oni powinni cierpieć, nie ona! Po chwili Gajeel wybiegł za nią , doganiając ją.
- Ej mała, ty tak na serio? - spytał łapiąc trochę oddechu.
- Słuchaj, nie bierz tego na poważnie, przepraszam! - patrzała na niego ze smutkiem. - Przepraszam, że cię w to wplątałam. Chciałam tylko, żebyś nie robił nic tamtym idiotom, nie musisz wykonywać tej misji ze mną.
Stał chwilę jak słup, po czym uśmiechnął się głupio wyszczerzając swoje ostre jak brzytwa zęby.
- Gehee, mała! Zgłosiłaś już to Mirze, więc nie mamy odwrotu, spokojnie! - powiedział, klepiac ją w plecy, lecz i tak prawie by jej przy tym nie wywalił. - To o czym jest to zadanie?
- Nie wiem złapałam pierwsze lepsze. Pójdziemy do mnie i się spakuję, ponieważ misja była z tych długoterminowych.
- Ale wiesz, że ja sam mogę dojść? - powiedział Lily, wiszący trochę nad ziemią.
- Kyaa! - wrzasnęła, rzucając go przed nią, gdzie ten trzasnął w stojącą naprzeciw sosnę. Niefart.
- Ej ty! Więcej szacunku do mojego kota! - wrzasnął Gajeel kierując twarzą w stronę leżącej na ziemi Levy.
- To nie moja wina, miałam prawo się wystraszyć! - wrzasnęła przerażona.
- To ty go złapałaś za łapę kobieto!
- Cicho siedź! Gdyby chociaż on siedział cicho to by się nic nie stało!
***
Tymczasem w gildii Mirajane złapała za księgę, w której odhaczała zabrane przez grupy misje.
- 9543, 9543 - powtarzała cicho pod nosem numer zadania. - O tu jest! Odhaczooo.... oooo...
- Co jest Mira? - spytała Lisanna patrząc jej przez ramię.Spojrzała na jej twarz. - Mira?
- Eheheh.. - zaśmiała się z przerażającym uśmiechem na twarzy. - Ale ironia losu. Dwoje ludzi, którzy praktycznie nienawidzą lub boją się swojej obecności idą na misję, gdzie nie będą mogli od siebie odchodzić, a to ci zabawne.
____________________________
To tak na początek, heh, mało, co nie. ;_;
ciekawe ciekawe XD
OdpowiedzUsuńHehehe mam złe przeczucia i chyba już przewiduję co będzie dalej ale no nic lecę czytać dalej ^^ Przez ciebie chyba zacznę żałować że porzuciłam blogi
Boże boże, taka radość. Dziękuję. ;w;
Usuń