Rozdział w sadze : II
Rozdział ogółem : II
Liczba słów : 1881
Adnotacje : Daidre Mavno to pierwsza wymyślona postać. Warto zajrzeć też do spisu postaci dla wyjaśnienia.
~~~~~~~~~~~~~~~~
- Okej okej mała! - powiedział Gajeel, przeczesując swoje gęste krucze włosy, które sięgały mu za plecy. - To kieruj w stronę mieszkania! W ogóle o czym jest to zadanie? Jaka stawka?
- A bo ja wiem, nie spojrzałam na tę kartkę nawet okiem gdy ją zrywałam. Wiem tylko, że była po prawej stronie tablicy, czyli długoterminowe zadanie. - powiedziała Levy, otrzepując kurz i piach z sukienki. - Dobra, chodźmy, miejmy to już za sobą.
Powiedziawszy coś pod nosem, ruszyła wzdłuż alejki do centrum. Gajeel niepewnie pokręcił głową podnosząc małego exceeda z ziemi i ruszył w jej kierunku. Szli tak z kilkanaście minut, kiedy w końcu Gajeel zauważył brak swojej małej partnerki.
- Gdzie ona do cholery jasnej zniknęła?! - wrzasnął mocno poirytowany. - Taki kurdupel, że z niej wzroku spuścić nie można!
- Tam poszła. - powiedział Lily wskazując na wielkie zielone drzwi z metalowymi zdobieniami. Obok widniała złota tabliczka z napisem "Biblioteka" aż mu mina zrzedła. Nie pamiętał czy w życiu czytał jakąś książkę, a teraz miał wejść do miejsca, które go szczerze brzydziło. No cóż, w końcu musiał odnaleźć Levy. Po cichu otworzył drzwi, a raczej je tylko uchylił. Bał się, że nie wie, jak się ma zachowywać, że narobi sobie obciachu w takim miejscu. Próbował znaleźć ją wzrokiem, ale musiał już całkowicie otworzyć drzwi, żeby ją znaleźć. Wszyscy zgromadzeni patrzeli na niego z wielkim zdziwieniem, przez co czuł się mocno nieswojo. W końcu odnalazł małą niebieskowłosą przy dalszych regałach z książkami. Podchodząc zauważył, że próbuje sięgnąć pomarańczową książkę na samej górze.
- Może ci pomóc? - powiedział wciąż wnerwiony i jednocześnie speszony Gajeel. Nie było mu za wesoło. - Możesz mi powiedzieć, czemu tak nagle się ulotniłaś?
Siedziała cicho, jakby go nawet nie słyszała. Patrzała na niego ze skupioną miną, jakby chciała mu coś przekazać telepatycznie.
- Podnieś mnie. - powiedziała, wyciągając w jego stronę ręce.
- Zaraz, co?! Pokręciło cię do reszty mała?! - wrzasnął, przez co wszyscy zaczęli mówić charakterystyczne "cśśś". - Sam mogę ci zdjąć tą książkę. - powiedział łapiąc grzbiet książki. Niestety pożałował. Książka poraziła go prądem.
- Mówiłam, żebyś mnie podniósł, tylko ja mogę ściągnąć tą książkę. Jest zaklęta przez Daidre, właścicielkę biblioteki i mojego mieszkania. Na dodatek jesteś z metalu pacanie, to ci mogło zrobić większe szkody.
- To ty mieszkasz w bibliotece? - powiedział masując tył głowy. Nieźle go poraziło.
- Tak, wyprowadziłam się z Fairy Hills dwa miesiące temu, bo gildia miała mało zadań, a tutaj mam fajne mieszkanie z szybkim dostępem do biblioteki za wpół darmo. - powiedziała cicho. - A teraz mnie podnieś.
Gajeel westchnął cicho łapiąc dziewczynę pod pachami. Ta lekko się zarumieniła ale słabo było to widać, ze względu na jej brzoskwiniową cerę. Lekko przykucnął i podniósł ją do góry. O dziwo nie była ciężka. Była lekka niczym piórko. Może nawet i lżejsza.
- Ej, ile ty ważysz? - spytał wychylając głowę w stronę Levy zdejmującej książkę z półki.
- Kobiet się o takie rzeczy nie pyta! - warknęła i znów to charakterystyczne "cśśśś".
Puścił ją niechcący, a ta spadając na ziemię, pobiegła dwa metry przed siebie i upadła twarzą do podłogi. Podnosząc się usłyszała cichy śmiech, który był charakterystyczny chyba tylko dla Gajeela. Zaraz. Jej sukienka się podwinęła. Szlag! Szybko ją poprawiła cała zburaczona. Odwróciła się w jego stronę z pulsującą żyłką na czole. Lily stał na jego ramieniu zasłaniając jego oczy łapą i ogonem z drugiej strony.
- W paski. - zaśmiał się cicho, przez co Lily załamał się, że nie zdążył uratować honoru młodej damy. Gajeel oberwał książką z twardą okładką w ramię. Czemu go to zabolało? Nie okazał tego, ale normalnie poczuł dość mocne uderzenie. To go zdziwiło, że w tak małej istotce jest tak dużo siły. Czy to w ogóle możliwe, że ona mogła go walnąć?! Levy odwróciła się od niego prychając i ruszyła w stronę Daidre.
- Daidre! Czemu schowałaś wszystkie ruchome drabinki?! Nie mogłam sięgnąć po klucz! - powiedziała półszeptem Levy, w stronę wysokiej blondynki z długimi za pas włosami, z zielonymi niczym liście wiosną tęczówkami oraz dość krągłymi kształtami. Okulary na nosie podkreślały jej urok, prawie każdy by się w niej zakochał można rzec.
- Ojeju, wybacz mi Levy, dzisiaj była wycieczka z pobliskiej szkoły i schowałam je, żeby dzieciakom się nic nie stało. W końcu tamta książka kopie! Ale widzę, że jej dosięgłaś. Kolega ci pomógł? - spytała, wychylając głowę w stronę Gajeela. - Nawet fajny, tylko inne sprawy załatwiać po zamknięciu biblioteki.
- D-daidre! Uspokój się! - zaczęła nerwowo machać rękoma. - To tylko jednorazowo, jedziemy razem na misję, się ładnie wkopałam.
- Hah, rozumiem, spokojnie Leviś. Podaj mi książkę.
Levy położyła książkę na blacie, gdzie Daidre powiedziała zaklęcie i książka zmieniła się w mały złoty kluczyk.
- Klucz zamieniony w książkę? - spytał zaciekawiony Gajeel. - Czemu go po prostu przy sobie nie nosisz?
- Kiedy mam zamiar wyjechać na misję, Daidre zamienia go w książkę, bo mogę go zgubić. Biorę go tylko jeśli wrócę po 22. Takie ułatwienie w życiu. Chodźmy. - powiedziawszy ruszyła za Daidre wchodząc przez drzwi do zaplecza uprzednio otwierając je kluczem. Poszedł za nią. Jego oczom ukazał się wielki salon z dużym oknem na miasto. Jakim cudem nagle znajdowali się na piętrze?! Co tu się działo do cholery jasnej.
- Ten klucz jest takim teleportem do mojego mieszkania, które znajduje się na najwyższym piętrze tego budynku. - powiedziała, odkładając torbę. - Siądź sobie, zrobię ci kawy.
Gajeel zaciekawiony podszedł do okna i wyszedł na balkon. Jakim cudem ona płaciła za to mieszkanie?! Przecież takie mieszkanie nie mogłoby być wpół darmo. To jest wręcz niemożliwe. No cóż. Widok był w miarę, przeciętna dziewczyna powiedziałaby, że stąd jest najpiękniejszy widok na Magnolię i okolice. Jego jakoś to nie jarało, w końcu był facetem. Był fajny, ale nie taki, że miał się wedrzeć w jego pamięć. Powrócił do salonu i usiadł na fotelu. Rozglądał się po mieszkaniu. Spodziewał się dużej ilości książek, możliwe że nawet podłoga będzie zasypana książkami, ale w końcu mieszka w bibliotece, to po co jej tyle książek. Po chwili przyszła z kubkiem gorącej kawy. Upił łyka. Niczym gwóźdź, mocna i dająca energię. Jedyna rzecz jaka dawała mu kopa nie będąca metalem. Było tu nawet przyjemnie, czego nie można było powiedzieć o jego chatce na peryferiach miasta. Porządek i nawet taka rodzinna atmosfera, chociaż co on mógł powiedzieć, nie miał rodziny, nie wie czym była taka atmosfera. Ale było mu tak jakoś ciepło i to nie z powodu kończącego się lata. Szczerze mówiąc gdyby istniało takie drugie mieszkanie tylko o połowę mniejsze to by z chęcią je wziął, nawet w centrum miasta. Chyba.
- Dobra, mam kartę z misją! - powiedziała siadając w fotelu naprzeciw niego. Założyła swoje czerwone okulary do czytania i związała włosy materiałową opaską w kitkę.
- Misja ma termin od tygodnia minimum czyli oznacza że jest nieokreślona. - mówiła trzymając dłoń na brodzie i wzrokiem błądząc po kartce. - "Potrzeba dwóch magów do pracy na rezydencji, wynagrodzenie 5 milionów klejnotów na głowę za każdy tydzień."
- CO? No nie! - wrzasnął Gajeel. - Znowu jakaś denna robota, no nie. Szlag by to. Nie chce mi się.
- A kto mówił że już nie można się odwołać Gajeel? - powiedział Lily, który właśnie wrócił z kuchni z rogalem w pyszczku. "Czyli znalazł już mój schowek na słodycze" pomyślała zdrętwiała Levy. Myślała że najniższa półka będzie do tego dobra. (Dopisek autora : Ta Levy, dobry pomysł. Mi by się schylać nie chciało)
- No dobra no, pewno da nam jakieś zlecenie czy co. Jezuuu, nudyy! - powiedział zarzucając buty na stolik z kawą, omal jej nie zrzucając.
- Dopij kawę i idziemy na peron. - powiedziała. - Pociąg jest za jakieś 30 minut, więc idealnie się wpasujesz, jeśli dopijesz tą kawę teraz. - powiedziała popijając łyk swoich ledwo zaparzonych ziół.
-Co? Czemu? - powiedział, niczym idiota, nie wiedzący nic o świecie. - Dodałaś mi jakąś pigułkę gwałtu tam? - zaczął oglądać dogłębnie kubek. Idiota, przecież i tak na zewnątrz nic nie znajdzie.
- Dodałam najnowszy wytwór medycyny - leki na chorobę lokomocyjną. Stosowane regularnie mogą ją nawet wyleczyć. Lucy mi o tym powiedziała, więc kupiłam ich trochę, ale nie są tanie.
- Przecież ty nie masz choroby lokomocyjnej, to po co ci to? - spojrzał na nią Lily.
- Na wszelki wypadek. Zawsze trzeba mieć uzupełnioną apteczkę.
- A-co? - spytał Redfox, przez co Lily dostał załamki i zatracił w sobie wiarę w jego umysł.
- Nie ważne, pij. - patrzała na niego nerwowo. Jak można być takim idiotą żeby nie kojarzyć apteczki? Przecież tak często była używana na nim jej zawartość, że powinien się znać na medycynie jak nikt inny.
Posłusznie dopił swoją kawę. Siedząc w fotelu i czekając, aż jego tymczasowa partnerka misyjna dopije swoje zioła. Patrzył się w jej oliwkowe oczy, a ona uważnie studiowała kartkę ze zleceniem. Czy kiedykolwiek patrzył na nią tak jak teraz? Wydawała mu się całkiem inna. Nie pod względem piękna. Była przy nim pewniejsza jakoś tak, niż wcześniej. Przecież jak dołączył do gildii to bała się go tak, że unikała go przez bardzo długi czas, a teraz? Teraz tę pewność było widać w postaci blasku w jej oliwkowych tęczówkach.
- Coś nie tak? - spytała podnosząc głowę znad kartki. - Gajeel?
Chwila ciszy. Dopiero kiedy Lily szturchnął go łapą ocknął się, że ta na niego patrzy. Otrząsnął się i odsunął troszkę do tyłu.
- Wypiłaś już? - powiedział lekko speszony i można było zauważyć lekkiego rumieńca na jego opalonej twarzy, aż sam Lily nie wierzył i musiał go dotknąć.
- Prawdziwy! - wykrzyknął aż Redfox spojrzał na niego miną podobną, jaką pokarcił Jeta i Droya tego samego dnia.
Levy wróciła wzrokiem do kartki i dopiła ostatni łyk swoich ziół. Czas leciał wolno, więc zabrała swoje rzeczy z oparcia fotela i skierowała się w stronę drzwi.
- Chodźmy na peron! - powiedziała, przekręcając kluczem w drzwiach.
- To on działa też na bibliotekę, tak? - spytał Gajeel, który magiczni pojawił się za jej plecami.
- N-nie o to chodzi. - powiedziała speszona. - Otwiera on również miejsce, z którego zostało otworzone moje mieszkanie. W tym wypadku bibliotekę. - powiedziawszy popchnęła drzwi, a im oczom ukazała się stojąca Daidre rozmawiająca z klientem.
- Już wychodzicie? - spytała, nie odwracając wzroku od klienta, który również pomachał dłonią w stronę Levy.
- Tak, nasz pociąg jest za 15 minut, więc musimy się spieszyć. Do zobaczenia Daidre. - podeszła do niej i włożyła jej w dłoń klucz. - W to samo miejsce poproszę.
Levy szybkim krokiem wyszła z biblioteki, po czym dołączył do niej Gajeel. Poszli w stronę peronu.
- A co z Lilym? - spytała.
- Poszedł z powrotem do gildii. To nie miejsce dla niego na razie. Wynagrodzę mu to bardziej dynamiczną misją. - uśmiechnął się pokazując swoje ostre zęby.
Levy szczerze już się go tak nie bała. Wydawał się jej teraz dość przyjazny, lecz dalej oschły i dystansowy. Nie chciał mieć przyjaciół, albo bał się odrzucenia. Przecież jego można się na serio przestraszyć. To jest ruchomy strach na wszystko co żyje z niewyobrażalną siłą. Siłą, którą może wszystko, nawet... Właśnie! Miała mu podziękować za to, że ją tyle razy ratował. Miała tyle okazji i o tym zapomniała.
- Gajeel, słuchaj, ja chciałam.. - nie mogła dokończyć, gdyż zagłuszył ją przyjeżdżający pociąg. Złapał ją za nadgarstek i pobiegł z nią na pociąg. Szybko wsiadł ciągnąc ją za sobą. Potem spokojnie usiedli na fotelach, łapiąc powoli oddech. Gdyby nie on, nie zdążyłaby na pociąg.
- Co chciałaś mi powiedzieć? - spytał lekko zdyszany.
- Ja? Nic nic, spokojnie. - powiedziała, obłapiając go lekkim uśmiechem. To co chciała powiedzieć, mogło poczekać jeszcze kilka pomocy. - No to kierunek Oshibana!
_____________________________________________________
Proszę bardzo, drugi rozdział. Starałam się napisać o wiele więcej niż ostatnim razem i udało mi się o stronę! Następny rozdział postaram się napisać w ten weekend lub na początku następnego tygodnia~!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz