piątek, 21 marca 2014

10. Odkrycia

 Rozdział w  sadze : X
Rozdział ogółem : X
Ilość słów : 1694
Adnotacje : Brak.
Uśmiechnęła się do nich, po czym energicznie wybiegła z pomieszczenia w stronę korytarza. Mimo oświetleń, wydawał jej się ponury. Oczywiście mniej niż wtedy, kiedy była wcześniej, ale jednak był. Teraz dopiero poczuła, że podłoże jest dość wydeptane w tej części korytarza. Pewno to podziemie pełniło schronienie dla pobliskich lisów podczas zimy, bo człowiek wydeptałby to podłoże mocniej. W ścianach były wyryte gigantyczne dziury, w których głęboko chowały się lakrymy pokryte pajęczynami i pyłem z ziemi otaczającej korytarz, przez co ich światło wydawało się blade i słabe. Z sufitu co jakiś czas opadał ziemisty pył, który lepił się do jej sukienki i włosów, pokrywając je lekkim beżem. Mimo światła z lakrym, które znajdowały się prawie co krok, oświetlając drogę na wyciągnięcie jej ręki, bała się. Mogła jednak pozwolić sobie na to, żeby Hughes poszedł z nią, lecz chciała udowodnić Gajeelowi, że nie jest taką ciepłą kluchą i potrafi sama coś zrobić. Chociaż czułaby się pewniej w jego towarzystwie... Trzask! Po korytarzu rozległo się głuche echo od jej uderzenia w własny policzek. Musiała się ogarnąć i poszukać, czy czegoś nie ominęli do jasnej cholery. Miała wyrzuty sumienia, że wplątuje w to brata osoby, którą uważa za rodzinę, ale już nie było odwrotu. Przynajmniej w chwili ciszy mogła sobie pomyśleć o wszystkim. Ten cały wyjazd wyglądał dla niej raczej jak wakacje, a nie jak misja. Mimo tego, przywołało jej to wiele wspomnień sprzed wstąpienia do gildii. Chociaż gdyby jej matka nigdy by jej nie zostawiła to nigdy nie poznałaby Jeta, Droya, Lucy, Erzy, Natsu, Miry, Gajeela i Liliego... Czyli jednak miało to jakieś plusy.Chociaż nie wiedziała czy ma jej za to dziękować. Przez te wspomnienia postanowiła po misji rozpocząć poszukiwania jej matki. Czy ona w ogóle żyje. Chciała chociażby przekonać się, jak wyglądała jej twarz. Za dużo myślenia, za mało pracy. Nie zapłacą jej jeśli nie dowie się co tu się dzieje, a nie chciała mieć zaległości w płaceniu czynszu. Oparła dłoń na ścianie i ruszyła przed siebie z lekkimi zawrotami głowy. Po 20 minutach podróży i rozmyślania nad swoją przeszłością dziewczyna zauważyła, że znajduje się tam, skąd przyszli. Westchnęła cicho. Albo była zbyt zamyślona, albo nic po prostu po drodze nie było. Musiała to sprawdzić jeszcze raz. Jeszce nie widziała tego pomieszczenia z tego punktu widzenia. Wydawało się inne, niczym więzienie. Na metalowej ścianie pod tym kątem światła mogła ujrzeć mocne wgniecenia. Dlaczego ich nie zauważyła wcześniej? Podeszła do ściany.
- Boję się, co jeśli tego nie znajdziemy?
- Cicho siedź, bo jak oni wrócą i nas znajdą, to wszyscy będą mieli przesrane.
- Chodźmy stąd, proszę.
- Nie ciągnij mnie!
Czyżby ktoś był w ich pokoju? Levy przyłożyła do zimnego metalu ucho, próbując wsłuchać się w odgłosy.Mogła rozróżnić tylko, że są to głosy kobiece, ale nie mogła potwierdzić czy je zna.
- Znalazłaś to?
- Nie, ale jak tego nie znajdziemy to będzie źle. Ona nas zabije! Sama tak powiedziała!
- To ona nie żartowała?
- Od kiedy duchy żartują?!
- Chodźmy stąd proszę.
- Ehh. Dobrze, chodźmy. - tutaj rozmowa się urwała, potem słyszalne były tylko kroki które z chwilą ucichły.
Duchy? Jakie duchy? Co to miało być? Levy odsunęła głowę od ściany i przetarła czoło od potu. Spojrzała po chwili na ścianę przyglądając się jej dokładnie. W miejscu gdzie trzymała dłonie były teraz bordowe mazy. Przerażona spojrzała na swoje dłonie. Czy to była.. krew?! Przecież nie odrywała dłoni od ścian, więc jak?! Nikogo nawet nie było, więc to nie mogła być nawet jej krew. Wytarła dłonie w roboczą suknię, lecz na dłoniach ciągle były bordowe mazy. Była przerażona, nie wiedziała co robić. "Uspokój się Levy, to na pewno jakaś pomyłka, rozejrzyj się po pokoju jeszcze i wróć do chłopaków bo zwariujesz" mówiła ciągle do siebie. Po chwili rozterek ujrzała metalową książkę, lecz nie chcąc jej brudzić, nie otwierała jej. Po chwili nogi się jej zachwiały i upadła na podłogę. Myślała, że to coś nie tak z nią, ale po chwili zdała sobie sprawę, że to podłoga się trzęsie. Trzęsienie ziemi? Przerażona wstała i pobiegła wgłąb korytarza by sprawdzić, czy z nimi wszystko w porządku.
******************
Uśmiechnęła się do nich, po czym energicznie wybiegła z pomieszczenia w stronę korytarza. Hughes westchnął cicho.
- To może za nią pójść? - spytał Gajeela wskazując palcem na korytarz.
- Powiedziała, że da sobie radę, czego ty od niej chcesz? - prychnął na niego głośno.
- Wiesz, jest mała ii...
- To że jest mała... - przerwał mu Gajeel. - To nie znaczy, że sobie nie poradzi. Jest mądra, wie co robi.
- No masz rację, chociaż z pamięcią ma dość słabo. - zaśmiał się Hughes.
- Co? - spytał zadziwiony, podchodząc bliżej Hughesa.
- Żeby nie pamiętała własnego wujka to już przesada. - charknął krzyżując dłonie na piersi.
- W-wujka? Chcesz powiedzieć, że Daidre jest jej matką?!
- Ciii. - uciszył go kładąc magowi palec na ustach, przy czym chłopak był baaardzo zdziwiony . - Kiedy majątek naszej rodziny po prostu zniknął albo został przepierdolony ładnie mówiąc, Daidre była po stracie pracy i męża. Od momentu jej zniknięcia nie wiedziałem co się działo.
- Zaraz, ale ona nie jest podobna do Daidre, bujasz mnie człowieku. - powiedział odpychając mężczyznę. - A na dodatek Levy opowiadała mi, że jej matka ją zostawiła na ulicy. Tak po prostu.
- Wygląda bardziej jak jej mąż świętej pamięci. - powiedział bardziej poważnie.
- Więc po kim Levy ma nazwisko, skoro Daidre jest Mavno? - spytał stojąc przy ścianie "macając" ją w poszukiwaniu przejścia czy czegoś w tym rodzaju.
- Ale jej panieńskie nazwisko brzmi McGarden. Jak moje. - uśmiechnął się głupio Hughes, stojąc na drabince, obserwując pomieszczenie z góry. - Hughes to moje imię, brzmi bardziej jak nazwisko, ale cóż.
- Dlaczego najprościej w świecie nie powiesz jej tego, że to ona jest jej matką?
- Ona ma pewno tak wielki żal do swojej matki, że by ją zabiła, gdyby się dowiedziała, że tak po prostu ją zostawiła.  Lepiej jej o tym nie mówić, a ty graj, jakbyś o niczym nie wiedział. Rozumiesz?
- Tak jest proszę pana. - warknął do siebie.
- Możesz mi mówić wujku jak chcesz, wy się trzymacie blisko coś, co nie?
- No chyba cię porypało starcze! Nie wytrzymałbym dłużej niż okres tej misji z tą krewetką!
- Wiesz, nie jestem aż tak stary, mam tylko 47 lat. - prychnął na niego ponuro, po czym wrócił do pracy w ciszy.
Gajeelowi ciągle chodziła ta historia po głowie. "Z tego co pamiętam do 4 roku życia byłam z moją mamą. Mój tata zmarł chyba 2 lata wcześniej, albo jeszcze wcześniej. Pamiętam z niego tylko tyle, że po nim odziedziczyłam mój kolor włosów. Natomiast matki wcale nie pamiętam. Ledwie pamiętam jej głos, który mówi do mnie czasem w śnie "Jesteś taka podobna do ojca". Trzymała mnie wtedy na rękach, stałyśmy nad brzegiem morza. To wszystko, nie pamiętam nawet jej twarzy. Kilka tygodni po moich 4 urodzinach obudziłam się pod niebieskim kocem w jakimś ciemnym zaułku. Od tamtego dnia nienawidzę ciemnych miejsc, bo boję się, że tam się coś stanie. W tamtym straciłam moją ostatnią rodzinę. Biegałam przed siebie z kocykiem w dłoni wołając ciągle za moją mamą. Płakałam, pamiętam, że ledwo widziałam gdzie idę, bo tak mocno bolały mnie oczy. Ludzie mnie omijali. Omijali małe płaczące dziecko, które stało na środku miasta i wołało swoją matkę. Wtedy zrozumiałam, że ona mnie nie chciała. Nie chciała mi pomóc, tak jak tamci ludzie na ulicy. Potem szłam przed siebie,a  w brzuchu mi burczało jak nigdy. Oczy bolały od zmęczenia i wylanych łez, a ja jednak szłam przed siebie. W pewnym momencie wpadłam na jakiegoś niskiego mężczyznę, którym później okazał się być mistrz Makarov. On jedyny okazał mi współczucie. Zabrał mnie do budynku gildii i kazał Macao przygotować mi coś do jedzenia. W budynku było pusto, siedziała tam tylko dziewczyna mniej więcej w moim wieku, bądź starsza. Po chwilowym zbiorowisku ona też na mnie spojrzała i podeszła do mnie. To była Cana. Spytała się mnie jak mam na imię i co tutaj robię sama. Ona można powiedzieć też była wtedy po stracie matki i przyszła do Fairy Tail szukać swojego ojca, którym jak wiesz okazał się Gildarts. Opowiedziałam jej, że mam prawie na odwrót poza tym, że moja mama nigdy nie była w Fairy Tail. Po chwili do głównego hall'u gildii wbiegło dwóch chłopców, Jet i Droy. Krzyczeli w kółko "Cana! Erza znów pobiła chłopaków!". Canę to wcale nie obchodziło, lecz po chwili krzyknęła do niech zła "Widzicie idioci, będzie mieć tak samo jeśli będziecie się kłócić między sobą!". Po chwili kłótni z Caną Jet i Droy spojrzeli na mnie pytając się kim jestem, lecz ja siedziałam cicho. Na początku szczerze się ich bałam, no może mniej niż wtedy, jak ty byłeś pierwszy raz w gildii, ale ja nigdy nie miałam przyjaciół. Moją jedyną przyjaciółką była moja mama. Cana powiedziała im moją sytuację, a oni siedzieli chwilę cicho. Po chwili podszedł do mnie wysoki rudy chłopak i powiedział "Jestem Jet, zostaniemy przyjaciółmi?" wyciągając do mnie dłoń. Byłam tak przerażona, że zaczęłam płakać. Po chwili jednak się zgodziłam, a z ust Droya usłyszałam że jestem słodka. Po jakimś czasie zjadłam obiad a Cana podarowała mi jedną ze swoich sukienek, którą strasznie polubiłam. Potem przyszła Erza ciągnąc za sobą dwóch nieprzytomnych chłopaków, a za nią szła białowłosa dziewczyna krzycząc na nią. Mirajane była chyba jedyną osobą, która w tak młodym wieku postawiła się Erzie i ich walka nie skończyła się jej przegraną. Tak minęło kilka lat, jak byłam w gildii. Kiedy miałam dziesięć lat Jet i Droy zaprosili mnie do swojej drużyny : Shadow Gear. Wtedy poczułam się, jakbym miała rodzinę, po tylu latach. Zrozumiałam, że Fairy Tail było mi przeznaczone, mimo porzucenia przez moją mamę. Dalej jestem na nią zła, ale gdyby nie ona, nie wiem czy bym tutaj dzisiaj była. 
Niezauważenie jego prawa ręka zapadła się trochę w ścianie. Spojrzał na nią. Tak, udało mu się! Znalazł jakieś przejście, Levy miała rację, że coś przegapili!
- Ej staruszku, znalazłem coś! - wrzasnął w miarę wesoło.
- Tylko nie staruszku, czuję się przez ciebie taki stary! - powiedział smutny schodząc po drabince.
- Bo taki jesteś. Gehee!
Nagle podłoga zaczęła się trząść. Hughes spadł z drabiny upadając na plecy, a Gajeel stracił równowagę, przez co przewrócił się. Zauważył, że przy przycisku na ścianie wydzielał się kawałek ściany, jakby drzwi. Po chwili wsunęły się wgłąb odkrywając kolejne przejście.
- Osz kurwa.. - powiedział Hughes wstając i masując obolałe plecy.
- Gajeel!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Gomennasai że tak długo pisałam, ale nie miałam ani czasu, ani pomysłu na opowiadanie ze strony Gajeela i Hughesa. Dopiero pisałam na żywioł, pieprzę to. XD
Postaram się zacząć pisać coś jeszcze dzisiaj, albo jutro. Nie wiem. XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz