- M-mary Jane.. - wydukała ledwo patrząc na młodą dziewczynę, stojącą przed nią z wyciągniętą ręką. Widziała nóż, lecz nie czuła chłodnej stali. Więc dlaczego krwawiła? Czuła ból, który rozpromieniał się coraz bardziej.
- Ty.. cholerna.. smarkulo.. - usłyszała, po czym szybko się odwróciła. Za nią stała Blaire. To w nią trafiła nożem Mary Jane.
- To za moją mamę. - mówiła przez łzy nienawiści. - To za to, co jej zrobiłaś!
Mary Jane pchnęła nóż głębiej w klatkę piersiową Blaire. Wtedy dopiero Levy zauważyła fioletowy nóż, wystający z jej biodra. Blaire upadła na ziemie, po czym kaszlnęła krwią.
- T-teraz.. Już się.. nie obudzi. - zaśmiała się plując krwią, po czym zastygła w bezruchu. Czy ona nie żyje? Z jej ust, powoli wylewała się już bordowa krew, jej usta siniały, a skóra bledła. To był zdecydowany dowód, że dziewczyna nie żyje. Plama krwi rozprzestrzeniała się na sukience niebieskowłosej. Stała i czuła straszliwy ból. po chwili nóż zniknął, co spowodowało większą ilość krwi. Upadła na kolana, a dziewczyna stojąca przed nią stała chwiejnie na nogach patrząc na nią. Po chwili jednak zauważyła chłopaka, który biegł w ich stronę.
- Krewetko! - warknął, kiedy zauważył klęczącą na podłodze partnerkę. Z jego punktu widzenia wyglądało to całkiem inaczej. Młoda sprzątaczka trzymała w dłoni zakrwawiony nóż, wariatka leżała na ziemi nieżywa, a Levy ranna zwijała się z bólu. Podbiegł do niej jak najszybciej, po czym wziął ją delikatnie na ręce i rzucił gniewny wzrok w stronę sprzątaczki.
- Coś ty jej zrobiła?! - warknął do niej, patrząc na nią wściekle. - Marco! Pomóż jej!
- G-gajeel.. - wydukała McGarden patrząc na chłopaka. Przez to, że wziął ją na ręce, była teraz cała wymazana krwią. - To nie ona, to Blaire. Ona mnie obroniła przed nią. Gdyby nie ona, to ja bym leżała na tej zimnej podłodze.
- Cicho siedź. - warknął do młodej mag, kładąc ją na łóżko. Niebiański Zabójca Bogów podbiegł do nich używając na niej zaklęcia, leczącego rany, choć wiedział, że jest źle.
- A co z moją mamą?! - wrzasnęła przerażona nastolatka. - Ona musi się obudzić! Proszę, panie Marco! Niech pan ją ratuje!
- Uspokój się! - warknął na nią znowu Smoczy Zabójca, po czym podszedł do niej potrząsając nią z lekka. - Ona umiera! Twoja matka się obudzi, uwierz mi! Jeśli Marco nie pomoże teraz Levy to możliwe, że obydwóch nie będzie się dało uratować, a jeśli najpierw pomoże jej, to uratujemy chociaż ją!
- Ale ja chcę.. - powiedziała, przez rzewne łzy. - Ja chcę moją mamę!M-moją mamę!
- Marco.. - powiedziała Levy, biorąc podnosząc się z lekka. - Zajmij się jej matką, proszę.
- Twoje rany są o wiele poważniejsze, Levy. - powiedział, nie odrywając rąk od jej rany.
- Krwotok jest już zatamowany. Pomóż jej. - spojrzała na niego gniewnie.
Marco nie był typem człowieka, który walczy o swoje, jeśli chodzi o słuchanie kobiet. Posłusznie przerwał zaklęcie i podszedł do Emmy, co jednak nie spodobało się Redfoxowi. Chłopak podchodzi do niej i siada obok niej, próbując nie wywołać za dużych ruchów materaca, by nie wywoływać u niej bólu. Martwił się o nią i to nie na żarty.
- Na pewno dobrze się czujesz? - zapytał, biorąc do ręki bandaże z apteczki, by opatulić jej biodra.
- Tak Gajeel, dobrze się czuję.- zaśmiała się cicho, po czym syknęła, gdy ten, zakładał jej bandaż.
- Czyli na pewno będziesz w stanie pójść jutro na Festyn. - zachichotał charakterystycznie.
- Co? Ty tak na serio?
- A ty myślałaś, że nie chciałbym cię przeprosić za to, że widziałem cię z kilkanaście razy prawie nago, raz wpół nago, kolejny raz nagie plecy, że biegałem wpół nagi po pokoju i że wyrywałem ci pamię..
- Dobra! Pójdę jutro! Tylko skończ już! - zarumieniła się mocno, co było głównym celem chłopaka.
- Gehee. - dziewczyna odpowiedziała mu uśmiechem, a on skończył bandażować jej ranę na brzuchu.
****
Stała przed domem. W domu świeciły się tylko światła z korytarzy. Po dokładnym obejściu domu przyuważyła, że światło bije tylko od jednego pokoju naprzeciw jeziora. Podeszła i zapukała do drzwi. Nikt nie podchodził. Złapała za klamkę. Otwarte? Niepewnie weszła do domu. Jej fioletowy płaszcz ciągnął się po ziemi. Szła niepewnie po holu. Tak dawno jej tutaj nie było. Skierowała się na prawą stronę obchodząc trochę dom. Niezbyt się zmienił od ostatniego jej pobytu tutaj. Zauważyła, że biuro Marco było otwarte. Weszła powoli oglądając się po nim. Więc Marco musiał być w tamtym pokoju, w którym świeciły się światła. Wyszła uśmiechając się lekko. Ruszyła przed siebie i zauważyła pamiętne jej białe drzwi. Otworzyła je powoli, wiedząc, co się za nimi czai. Biblioteka. Odetchnęła z ulgą wiedząc, że musi już porozmawiać z Marco tylko na temat pogłosek w mieście. Podeszła do najdalszej półki od drzwi. Rozejrzała się po niej. To powinno być tutaj. Przejeżdża palcem wzdłuż pozycji. Nie ma?! Ale była tutaj. Dopiero teraz czuje, że książki ułożone tutaj są dość luźne.
- Mamo! - słyszy krzyk jakby młodej dziewczyny. Czyżby teraz Marco miał rodzinę? Nie, głos tej dziewczyny był dość dojrzały, taki nastoletni. Musiał ją ktoś stąd zabrać. Ehh. Kolejny powód do rozmowy z Marco Tatori. Ruszyła niechętnie z pokoju zamykając go, w stronę świecącego pokoju. Drzwi były otwarte. W pokoju siedział Marco, Hughes, Emma ściskająca się z jakąś dziewczyną i dwie osoby, których nie znała. Regał z książkami zniknął,a w nim była luka, przez którą wystawała czyjaś ręka. Weszła powoli i niepewnie do pokoju. Gajeel i Levy szybko się zerwali, lecz Marco stanął przed nimi. Zauważył, że spod płaszcza dziewczyny wystaje kilka fioletowych, wręcz granatowych barwą włosów. Ona lekko się uśmiechnęła i zdjęła kaptur z głowy. Nie mogli uwierzyć. Marco strasznie dobrze znał tą twarz. Gajeel ją lekko rozpoznawał, lecz oboje znali imię tej osoby.
- Kirishka, co ty tu robisz? - powiedział oschle Marco, stojąc przed dwójką magów. Wszyscy oprócz ciągle nieprzytomnego Hughesa wzdrygnęli się. Więc to była Kirishka? Ten duch, który straszył ich wszystkich? Ona tutaj była?! Nawet Mary Jane odwróciła twarz, żeby spojrzeć w stronę drzwi. Jej ręce straszliwie się trzęsły. Widać, że widok Kirishki w progu napawał ją strachem. Nie czuła się na siłach, żeby dalej na nią patrzeć i wtuliła się w obudzoną ze śpiączki przybraną matkę. Tak bardzo cieszyła się jej powrotem.
- Witaj Marco. - uśmiechnęła się krzywo, patrząc trochę spode łba na niego. - Nic się nie zmieniłeś od tamtego dnia.
- Spytałem cię o coś. - warknął, cofając dwójkę magów Fairy Tail bardziej na łóżko, jednak Levy poczuła ból od dotyku na brzuchu, a Gajeel chrząknął gardłowo na ich pracodawcę, domagając się szybkich przeprosin dla jego przyjaciółki.
- Przyjechałam, bo usłyszałam, że w mieście jest mój duch. - zmarszczyła czoło. - Z tego co wiem, jest tutaj tylko jedna osoba, która używała Magii Iluzji. Gdzie jest Blaire?
- Blaire nie żyje. - chrząknął na nią, a ta lekko się wzdrygnęła. Więc ot ona tam leży, tak?
- Cóż, trudno się mówi. - zaśmiała się. - Mam jeszcze z tobą do porozmawiania na temat czegoś, co należy do mnie.
Levy otworzyła szeroko oczy i okrążyła swoje łóżko obolała, po czym wzięła książkę w fioletowej okładce i z tym samym bólem ruszyła w stronę przybyłej dziewczyny.
- To należy do ciebie. - powiedziała z uśmiechem na twarzy, sycząc lekko.
- Dziękuję ci, moja droga. - uśmiechnęła się i rozejrzała po pokoju. - Zaraz! Czy mnie wzrok myli, czy tam stoi Kurogane?! - Gajeel stał osłupiały. Levy z resztą też. Marco też nie krył swojego otępienia nagłą zmianą tematu. - Oglądałam cię jakiś czas temu na Wielkim Turnieju Magicznym. Ciekawiło mnie, gdzie taka wielka sława zniknęła podczas walki z Bliźniaczymi Smokami.
- Właśnie, Gajeel! - odwróciła się w jego stronę również niebieskowłosa partnerka z gildii. - Gdzieś ty wtedy zniknął?! Zamartwiałam się.
- To jest moja sprawa, czy ci powiem czy nie. - prychnął, a niebieskowłosa rzuciła na niego ostre spojrzenie, pod którym się jednak nie zgiął.
- Szkoda, chciałam poznać tą tajemnicę. - jednak po chwili przeszywający wzrok niebieskowłosej zwrócił się do nowo przybyłej. Spojrzała ona w stronę dawnego szefa i uśmiechnęła się ciepło. Na jej szyi pojawił się znak gildii - Sabertoot. - Nie miałbyś ochoty Marco przejść się jutro na Festyn Plonów?
- Z przyjemnością, panno Bleid. - uśmiechnął się, piorunując ją wzrokiem, po czym, odprowadził ich do drzwi. - Zadzwonię zaraz po straże i każę im zabrać ciało. Przenieście się do innego pokoju, tą sprawę trzeba zamknąć.
Levy kwinęła do niego głową tak jak reszta, a przynajmniej ci przytomni. Właśnie! Hughes nie budził się od dłuższego czasu. Iluzja ciągle działa? Podeszła do niego chwiejnym krokiem, prosząc Gajeela, by zabrał Emmę i Mary Jane stąd.
- Zaraz będzie tutaj straż, ja obudzę Hughesa. - chciała z nim szczerze porozmawiać na osobności, po tej całej wizji. Wewnętrzne "ja" błagało o to. Gajeel skinął głową i ruszył wraz Emmą i tulącą ją Mary Jane w stronę holu, szukając wolnego pokoju na nocleg. Uklęknęła naprzeciw Hughesa. "Obudź się proszę!" wrzasnęła, szarpiąc nim,a ten jak na rozkaz, otworzył lekko oczy. Iluzja mimo śmierci Blaire, działała dość długo, ale w końcu się skończyła.
- W końcu się obudziłeś.- próbowała nie płakać, jednak patrząc na niego, na członka zaginionej rodziny, miała w oczach łzy radości. - Wstawaj, musimy stąd iść przed przyjściem straży.
Hughes niepewnie i zdezorientowany kiwnął głową, wstając chwiejnie. Zauważył, że dziewczyna ma przepasany przez biodro bandaż, więc lekko pomagał jej iść. W końcu wyszli na hol, ta jednak stanęła przed pokojem i nie ruszała. się.
- Dlaczego mnie wcześniej okłamałeś? - spytała patrząc na swoje buty, z braku odwagi spojrzenia w oczy wujowi.
- Ale że o czym? Przepraszam, ale nie za bardzo teraz myślę. Iluzja była męczarnią. Ciągle widziałem moją żonę i nienarodzone, martwe dziecko. - wzdrygnął się, a po czole spłynęły mu krople potu.
- O mojej mamie, wuju. - chrząknęła. Teraz jednak łzy napłynęły jej do oczu. - Dlaczego? Tyle lat miałam do niej pretensje o to, a ona od kilku miesięcy trzyma mnie pod swoim skrzydłem, jak gdyby nigdy nic. A ty też nic nie mówiłeś, wuju. Dlaczego?
- Nie pamiętałaś tego. - powiedział, obejmując ją lekko. - Nie chciałem wywoływać u ciebie szoku, Levy. I nie mów do mnie wuju, bo czuję się stary. - mruknął ponuro, jak na starego glinę przystało.
Levy wybuchła płaczem, co udało się usłyszeć ostrym zmysłom Smoczego Zabójcy. Przeprosił panie, otwierając im drzwi od ich pokoju, po czym ruszył w kierunku płaczu. Stanął za ścianą i obserwował. Hughes obejmował Levy, która płakała i to rzeczywiście dość mocno. Głaskał ją delikatnie po głowie, pewno przeprowadzili jakąś rozmowę.
- Tak się cieszę. - udało jej się wydukać przez szloch. Na jej ustach pojawił się leki uśmiech w prawym kąciku. Gajeel również się lekko uśmiechnął. Pewno musiała się dowiedzieć o pokrewieństwie, jakie ich łączy. Założył ręce za głowę i poszedł przed siebie. Był dość dumny z tej misji. I z pocałowania wyimaginowanej przez iluzję krewetki. Z tego chyba był najbardziej dumny.
- Marco! - wrzasnął, patrząc na niego, żegnającego Kirishkę. - Urok, już. - zaśmiał się charakterystycznie.
- Wiesz, Redfox. - zaśmiał się z ostrym uśmiechem Tatori. - Twój urok, to był Urok Zaćmienia.
- Czego?
- Zaćmienia. Polegał na tym, że nie dostrzegałeś wszystkiego tak, jak było naprawdę. Najprawdopodobniej zrzuciła go z ciebie iluzja Blaire, bo już nie czuć wokół ciebie tej aury.
Kurogane odetchnął, po czym wrócił do holu, gdzie stał Hughes z Levy, tym razem już trochę gawędzili bez łez i chyba nie na temat pokrewieństwa.
- Czyli to była prawda?! - warknął Hughes. - O niech ja tylko..
- Nie! - wrzasnęła cicho z chrypą w gardle. - Nie nie nie! - jej twarz zmieniała się powoli w purpurę. - Nie było, nie było!
- Yo, Hughes! - wrzasnął Gajeel z założonymi rękami za głową, a purpura na twarzy Levy przybrała intensywniejszego koloru. - Śpię dzisiaj u ciebie. I jutro też, a po Festynie się stąd wynosimy.
- To pojadę z wami! - uśmiechnął się niczym dziecko. Przypominał z lekka roztrzepaną Mavis. - Tak dawno nie widziałem Daidre!
- To ja pójdę do Emmy i Mary Jane. - powiedziała niska dziewczyna, przecierając zaczerwienione powieki. - Dobranoc wam, śpijcie dobrze po tym zakręconym dniu.
- Dobranoc Levy. - uśmiechnął się Kurogane, a Hughes pomachał jej na dobranoc, po czym objął Gajeela ramieniem.
- Oooj, chłopiee. - wycedził przez zęby. - Musimy pogadać.
***********
Stał na zielonej polanie. Czuł się jak po jakieś potężniejszej walce. Mięśnie rąk go bolały. Miał na sobie swoje wygodne długie i podarte spodnie, brązową koszulkę, również obdartą i bandanę w odcieniu czerwieni i beżu. Przed nim stała dziewczyna, która męczyła go długo w snach. Znowu? Kolejny raz? Tym razem jej spojrzenie było w miarę normalne. Oczy miały to swoje światełko pełne życia. Jej ubiór również był inny. Sukienka była o wiele bielsza i z tyłu miała dużą kokardę. Przez włosy miała przeplecioną białą przepaskę z jakimś dużym kwiatem po prawej stronie. Stała naprzeciw niego. Na jej twarzy pojawił się.. uśmiech.
- Witaj Gajeel. - powiedziała ciepło. To zdecydowanie była Levy, a nie ten okropny duch.
- Levy. - wydukał, jak idiota.
- Jesteś ranny? - oglądała się na niego. - Nie widzę, żeby zaszła tutaj jakaś bitwa.
Upadł na kolana, a gdy to zobaczyła, od razu do niego podeszła i objęła go, również kucając. Wtuliła jego głowę do swojej płaskiej piersi.
- Gajeel.. - zaczęła cicho i łagodnie.
- Tak? - spojrzał na nią. Uważał, że z tego profilu jej twarz jest naprawdę ładna.
- Pocałowałeś mnie. - na jej policzki wleciał lekki róż. Dziwne, mimo snu, czuł od niej ciepło. Czuł jej przyśpieszone bicie serca. To dziwne. Ale w śnie wszystko jest możliwe.
- Rzeczywiście, pocałowałem. - zaśmiał się charakterystycznie. - Ale nie byłaś prawdziwa, krewetka się o tym nie dowie, jeśli jakimś cudem nie przejdziesz do jej głowy.
- Rzeczywiście. - zaśmiała się dość zakłopotana, po czym spojrzała na niego. W jego czerwone oczy. On nie wiedział. Po prostu nie wiedział. Po chwili ich twarze się zbliżały. Powoli. Dzieliły ich centymetry. Milimetry. W końcu delikatnie się połączyły. Ich wargi zetknęły się. I uwierzyć, że dwa razy tego samego dnia, a raczej wieczoru. Dziwne uczucie ciepła przeszło przez niego. To samo czuł w iluzji. Ale zaraz.. czy w śnie można czuć? Pieprzyć to. Byle tylko, by krewetka się nie dowiedziała o czym śni.
Nastał poranek i otworzyła oczy. Leżała w pokoju wraz z Emmą i Mary Jane, które już uradowane chodziły po pokoju. Czyli to jednak był sen. Delikatnie dotknęła opuszkami palców swoich warg. Czy to naprawdę był sen? Czuła jego ciepło. Czułą jego dotyk, zapach. Jakim cudem to się wszystko działo? Lekko roztrzepana wstała i dołączyła do tańczących na rozgrzewkę Emmy i Mary Jane. Ostatni dzień Festiwalu Plonów. Nie mogła się doczekać popołudnia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ten tydzień miałam urwany masakrycznie. 5 dni. 5 sprawdzianów. 5 kartkówek. Boże, umieram. Oglądaliście już nowy odcinek Fairy Tail? Nie wyrabiałam z wpół gołego Gajeela. ;w;
" A ty myślałaś, że nie chciałbym cię przeprosić za to, że widziałem cię z kilkanaście razy prawie nago, raz wpół nago, kolejny raz nagie plecy, że biegałem wpół nagi po pokoju i że wyrywałem ci pamię.." prawie się popłakałam ze śmiechu gdy to czytałam. XDD
OdpowiedzUsuńAle jak to wszystko fajnie i gładko wyjaśniłaś! Naprawdę świetna robota! :D
Cz-cze-czekaj... Levy śniła, że całowała się z Gajeelem, Gajeel śnił, że całował się z Levy. XD To ma ze sobą jakieś prawdziwe powiązanie, nie? Nie? NIE? >/////////////<
A nowy odcinek FT był cudowny~! :DD Pół nagi Gajeel, awww. XDD To teraz w sobotę dadzą mi moją Levy i będę jeszcze bardziej szczęśliwa. ;w;