niedziela, 4 maja 2014

21. Edolas

- Czy może któreś z was mi powie co tu robicie?
Mężczyzna przed nimi miał założone ręce na piersi i tupał nerwowo nogą. Kapelusz ciągle przysłaniał mu dużą część twarzy. Levy patrzyła na niego przerażona, a Wendy próbowała spojrzeć na jego twarz, by odkryć nieznaną osobowość mężczyzny. Wzięła cichy, jednocześnie głęboki wdech i zdmuchnęła chłopakowi kapelusz. Ich przerażenie w tej chwili okazało się jeszcze większe.
- O mój Boże! - Levy zasłoniła usta dłonią, by nie wyrzucić z nich jakiegoś przekleństwa lub gorzej. - Jakim cudem?!
- Levy-san, to nie tak. - poklepała ją po ramieniu Wendy. - W Edolas istnieją ludzie podobni do tych z Ziemi, ale to nie są oni.
- W rzeczy samej. - ujął chłopak podnosząc z ziemi kapelusz, strzepując kurz z ćwieków na pasku kapelusza. - Odpowiecie mi?
- Anima. - z torby wyłoniły się głowy Charli i Liliego, który pomachał z wrednym uśmieszkiem do mężczyzny.
- Czyli to jednak nie były plotki. - mruknął nieprzyjemnie, łapiąc się za brodę. - Muszę was stąd zabrać jak najszybciej.
- Zaraz! - wrzasnęła Levy, łapiąc się za głowę. - Nigdzie nie idę, póki ktoś mi nie wytłumaczy co tu się dzieje! Anima? Edolas? I Gajeel z innego świata?! Cholera no, szału można dostać!
- Ona nie zachowuje się tak normalnie, prawda? - spytał Edo-odpowiednik Redfoxa.
- Skąd pan wiedział?
- Bo tak zachowuje się tutejsza Levy. Na codzień. - mruknął pod nosem prawie niedosłyszalnie.
- No to niezłe macie tutaj jaja. - zaśmiał się Lily, wystający z torby.
- A żebyś wiedział, kocurze! - zaśmiał się charakterystycznym śmiechem Gajeela.. albo Gajeelów. - Musimy ruszać, zanim ktoś was tutaj zobaczy. Jazda!
- W ogóle mam pytanie. - Charla spojrzała na chłopaka. -  Fairy Tail dalej jest mroczną gildią?
- Opowiem wam już na miejscu. - warknął, po czym podszedł do dziewczyny z torbą i przymknął klapę, zakrywając głowy kotów. Złapał ją za rękę i wyszedł z nią tak z alejki, a za nimi szła mocno zdziwiona Wendy. Levy próbowała wyszarpnąć dłoń z uścisku mężczyzny.
- Nie szarp się, nic ci nie zrobię, spokojnie. - chłopak szepnął do niej półgłosem, uspokajając ją troszkę. Zachowywał się całkiem inaczej niż Gajeel. Przede wszystkim był spokojny, czego brakowało Gajeelowi, bardzo. Dłoń EdoGajeela była naprawdę ciepła i przyjemna. Nie miała jak porównać jej z dłonią Gajeela, bo nigdy nie trzymała go za dłoń. W ogóle, czy to coś miało być, poza jednym pocałunkiem tam nad rzeką? Jej policzki powoli przyjęły kolor czerwieni co nie uciekło uwadze Wendy.
- Coś się stało Levy-san? - zapytała cicho. - Jesteś cała czerwona.
- Nie, nic! - otrząsnęła się szybko ze wspomnień na wspólnej misji. - Daleko jeszcze?
- Nie, to już tutaj. - mężczyzna w garniturze wskazał palcem na wysoki budynek ze wstęgą przy wejściu, na której znajdował się znak gildii. Budynek nie wyróżniał się znacznie od innych. Puścił dłoń dziewczyny i otworzył przed nimi drzwi kłaniając się lekko. Levy i Wendy trochę oniemiałe sytuacją, weszły powoli do budynku Fairy Tail. Okazał się on czymś w rodzaju wydawnictwa. Wszędzie biegali ludzie ubrani w garnitury ze stosami kartek, plików i innych rzeczy. Gajeel ruszył w kierunku stolika, przy którym siedziała wysoka dziewczyna z fioletowymi włosami. Po chwili odwróciła się w ich stronę, ukazując twarz nieziemsko podobną do twarzy Kinany.
- Gajeel! - wrzasnęła półgłosem zdziwiona. - Już wróciłeś? Myślałam, że nie będzie cie dłużej.
Dziewczyna oblepiła go dość kuszącym wzrokiem, co Levy i Wendy przyprawiło o mocne ciarki. Dekolt jej koszuli był straszliwie głęboki, a ona próbowała to jak najbardziej pokazywać.
- Ta, wróciłem. Niech nikt nie przychodzi do mnie przez minimum godzinę, jasne? - warknął, odwracając wzrok od Kinany, lekko speszony.
- Ta, jasne. - burknęła, wydymając wargi.
Gajeel machnął do dziewczyn ręką, a te ruszyły za nim wpatrzone jak sroka w słoninę. Levy była przerażona. Wszystko tutaj było.. inne. Wendy już kiedyś była w Edolas i ejst przygotowana do tego, że wszystko będzie inne. Gajeel otworzył im ciemne drewniane drzwi i wpuścił je do środka. Kolejna rzecz, która potwierdzała, że to nie był Gajeel - ten był dżentelmenem. Rozejrzały się po pokoju. Małe osobiste biuro.
- Ten budynek to tylko przykrywka. - warknął cicho. - Jednocześnie moja przykrywka dla roboty.
- Jesteś informatorem? - spytała Wendy, powoli obracając się w jego stronę, za to Levy poszła oglądać półki z książkami przy biurku Gajeela.
- W rzeczy samej. Wasza gildia stała się teraz czymś w rodzaju królewskich militariów. Jesteśmy czymś w rodzaju tajniaków pracujących dla króla, najbardziej znienawidzeni przez lud Edolas.
- Czy możemy już wyjść? - spod klapy torby Levy wyłoniła się główka Charli. - Lily ma chyba klaustofobię, bo się strasznie wierci.
- Nie mam, jedyne czego się boję to burza.
- Przynajmniej dobrze, że się przyznałeś. - parsknęła exceedka wychodząc z torby. Gajeel zaśmiał się cicho i otworzył kolejne drzwi przy jednym z regałów, prawie zasłonięte przez regał. Wzrokiem dał do zrozumienia, że tam mają wejść, co posłusznie wykonali. Zamknął za nimi drzwi i kazał iść w dół schodów. Na dole znajdowały się kolejne drzwi, zza których były głośne dyskusje. Czy to był głos Lucy? Levy uśmiechnęła się szeroko. Gajeel otworzył drzwi, a ich oczom ukazały się osoby z gildii, a raczej ich odpowiednicy z Edolas.
- Wróciłeś? - usłyszeli damski głos, lekko zachrypnięty. To była Lucy. Lucy Ashley. - No w końcu! Ta mała raszpla usychała z tęsknoty za tobą, dupku! Mam ją wreszcie z gło... Czekaj. Co ona robi tam za tobą? I kto to ta ma... - zamilkła, a całe spojrzenie gildii zwróciło się w stronę drzwi za barem. Przez nie wyszła średniego wzrostu kobieta z średnim biustem, ubrana w krótką bordową sukienkę, odkrywającą zdecydowanie zbyt dużo ciała. Włosy miała dość przydługawe, lekko za ramiona, związane czymś w rodzaju opaski. Na dłoniach miała brudne rękawiczki w odcieniu bordowym. Szła powoli w stronę drzwi, których stał Gajeel, zasłaniając Levy i Wendy. Na jej twarzy pojawiała się surowa mina, natomiast na twarzy mężczyzny - niepokój. Dziewczyna szybkim krokiem znalazła się tuż przed chłopakiem i przycisnęła mu palec wskazujący do nosa.
- Gdzieś ty kurwa był?! - wrzasnęła na cały budynek.
- Spokojnie, drzwi są otwarte, an górze mogą cię usłysze...
- Gówno mnie obchodzi czy mogą mnie usłyszeć, ty śmieciu! - wrzasnęła, przyciskając mocniej palec do jego nosa.
- Zamknij mordę ty pchło cholerna! - wrzasnęła na nią blondynka. Kobieta zwróciła twarz w jej stronę, po czym wskazała palcem na nią.
- Czy ja cholera jasna mówiłam do ciebie? - warknęła na nią. - O zdanie cię nikt nie prosił.
- Mam takie same cholerne prawa jak ty, raszplo.
- Zamknij się, bo jak ci zaraz przyłożę to... - kobieta ruszyła w stronę Lucy z zaciśniętą pięścią, lecz odwróciła głowę w stronę drzwi, kiedy usłyszała w nich głośne westchnięcie. Jej oczy rozszerzyły się. Przerażona podeszłą bliżej drzwi, odpychając tak wysokiego chłopaka jak Gajeel jedną ręką z przejścia. Stała przed nią. Niska dziewczyna. Z niebieskimi włosami. Taka jak ona. Tylko niższa. I z małym biustem. Dziewczyna przed nią również była przerażona. Czuła się jak przed lustrem. Tylko takim postarzającym.
- Kim ona kurwa jest?! - wykrzyknęła w końcu dziewczyna, wpatrując się znowu w Gajeela. - Gadaj do jasnej cholery!
- Levy kurna, uspokój się!
- Nie uspokoję się, dopóki nie dowiem się, czemu przyprowadzasz jakieś flądry tutaj! Na dodatek tak kurewsko podobne do mnie! Czy ty oszalałeś do reszty?! - dziewczyna dźgała go palcem w twarz coraz szybciej. Była tak wkurzona, że nad jej głową była prawie widoczna para.
- P-przepraszam.. - wydukała Levy, powoli wchodząc do środka pokoju. - Jak się założę, j-jesteś...
- Levy, zgadza się. - warknęła patrząc na nią gniewnie. - Czego tu kurwa włazisz? Wypad mi stąd!
- W tym rzecz, że ja też jestem Levy. - przełknęła ślinę i stanęła pewnie.
- Co? - wszyscy spojrzeli się w stronę ziemskiej dziewczyny, po czym spojrzeli na ich edolański egzemplarz.
- Masz jeszcze czelność przyprowadzać tutaj dziewczynę z takim samym imieniem jak moje?! - warknęła, a jej twarz przyjęła kolor purpury. Gotowała się wewnętrznie. - Chyba cię zaraz zabiję idioto!
- Uspokój się! - za nią stanęła wysoka dziewczyna, łapiąc ją szybko za ramię. - Ona nie jest stąd. Spójrz.
EdoLevy jeszcze raz odwróciła się w stronę wejścia. Obok ziemsjkiej jej pojawiła się mała wersja Wendy - kobiety, która powstrzymywała ją od zabicia Gajeela. Razem z nią weszły dwa małe koty.
- Kurwa! Exceedy! - wrzasnęła, odsuwając się. - To znaczy, że wy...
- Tak. - powiedział Gajeel, poprawiając kapelusz na głowie. - Oni są z Ziemi.
- Ale to znaczy, że...
- Tak, to musiała być prawda. - chrypnął ponuro, zamykając drzwi za wchodzącymi.
- Ale że co jest prawdą? - spojrzała Levy na Levy, siebie, tą z Edolas.. była pogubiona jak nigdy.
- Ktoś najprawdopodobniej włamał się do królestwa i włączył Animę, by przywrócić do tego świata magię i wywołać bunt w Edolas. - warknął Gajeel rzucając kapelusz na bar, uwalniając jednocześnie schowany kucyk włosów pod marynarką.
- Niestety, to był ktoś od nas, bo tylko my z nieklasyfikowanych ludzi mamy dostęp do pałacu króla. - warknęła Levy idąc w kierunku Gajeela.
- Macie może podejrzenie kto mógłby aktywować animę? - spytała niepewnie McGarden.
- Cóż. - Lucy spojrzała na ziemską Levy. - Kilka osób odeszło od nas w zeszłym miesiącu, ale zabraliśmy im klucze od pałacu, a Shadow Gear sprało ich tak, że nawet nie pamiętają jak się nazywają.
- Ouć. - Wendy szepnęła cicho, słyszalnie tylko dla McGarden. - Dużo ich odeszło?
- Chyba pięciu. - warknęła Lucy. - Nie pamiętam, nie mam do tego głowy.
- Levy. - McGarden zrobiła krok do przodu. - To znaczy ja, no wiesz o co chodzi.
- Czego chcesz? - warknęła patrząc na nią spode łba. - Tak jakby właśnie kogoś opierdzielałam.
- Mam przeczucie, że może ty znasz te nazwiska. - zrobiła niepewnie jeszcze jeden krok do przodu. - Może nie jesteś taka jak ja, ale mam takie przeczucie, że mogłaś to zrobić.
- Ahh! - wrzasnęła, a na jej twarzy pojawił się dziki uśmiech. - Rzeczywiście, zapomniałam! Skąd wiedziałaś?
- Przeczucie, tak jakoś.
- Chyba zaczynam cię lubić. - podeszłą do niej i oplotła ją ramieniem. - Znaczy się.
- Ja i tamten Gajeel niewiele się od siebie różniliśmy, ale wy.. - parsknął chłopak w garniturze. - Wy to dopiero się różnicie, jednak macie co do siebie intuicję.
- Dobra! - wrzasnęła wesoło McGarden. - Pokaż nam te papiery, pewno to sobie gdzieś zapisałaś.
- Rzeczywiście, zapisałam. - zaśmiała się nerwowo. - Mam słabą pamięć jeśli chodzi o zapamiętywanie. Jestem bardziej sprawna fizycznie i mechanicznie, to jedyna dziedzina w której myślę. Od myślenia mam tamtego pana.
Gajeel zaśmiał się wesoło, ale po chwili spojrzał na otwierające się drzwi od strony baru. W drzwiach stanął ktoś niski, a gdy tylko Gajeel ujrzał tą osobę, wstał zszokowany z krzesła i zamknął się za tamtymi drzwiami.
- Poczekaj, pójdę po papiery. - EdoLevy powoli odeszła od swojej ziemskiej kopii.
- Co jest za tamtymi drzwiami? - spytała.
- Tam są nasze pokoje. - zaśmiała się. - Nikt nie chce nam wynajmować albo sprzedawać domów, dlatego zamieszkaliśmy tutaj. Pokoje ciągną się prawie pod całym miastem, może znajdziemy wam coś do nocowania, chodźcie za mną.
Levy i Wendy ruszyły za kobietą i weszły do korytarza pełnego pokoi i drzwi.
- Tam po lewo na końcu mam mój warsztat. - wskazała na ciemne drzwi. - Tam dorabiam na utrzymanie gildii. Ludzie przyjeżdżają tam z samochodami, a ja pomagam je ulepszyć.
- Samo-czym?
- Samochody. Auta. - warknęła. - Takie coś na czterech kołach napędzane paliwem, kiedyś magią. Albo końmi.
- Aaaaa! - obie wydały okrzyk zrozumienia.
- No. Tam jest pokój Mirajane i Elfmana Strauss. Nie podchodźcie tam, jeśli nie chcecie spędzić tam reszty życia na obrzydliwiej herbacie. Tam jest pokój Lucy i Cany. Tam też trzymajcie się z daleka.
- Czemu? Przecież Lu-chan jest moją przyjaciółką.
- Lu-chan? - wzdrygnęła się EdoLevy. - Hahaha! Dobre! Lu! Jakie to głupie przezwisko!
- Może ty i tutejsza Lu..cy jesteście pokłócone, ale my tam na Ziemi naprawdę jesteśmy bardzo dobrze zgrane.
- Mniejsza z tym. - machnęła na nie ręką. - Z daleka.
- Dalej nie wytłumaczyłaś czemu.
- A tam jest pokój mój i Gajeela. Jeśli czegoś będziecie potrzebować to pukajcie, ale raczej nie chciałabym, żebyście czegoś potrzebowali.
- Zaraz... - Wendy podrapała się po brodzie. - Masz wspólny pokój z Gajeelem?
- Tak, dziwi cię to? - dziewczyna powoli zaczęła zdejmować osmolone rękawiczki, ukazując stojącym przed nią dziewczynom lewą dłoń. - W końcu to mój mąż.
- Zaraz, co?! - Levy stanęła w osłupieni, a z jej twarzy odpłynęła krew.
- Lucy-san, czy ja o czymś nie wiem? - Wendy spojrzała na nią zadziornie, próbując powstrzymać chichot.
- Nie, zaraz, Wendy! - McGarden była kompletnie zdruzgotana. - Wendy, to nie tak jak myślisz! To nie ja! To ona! To znaczy ja! I Gajeel! - dziewczyna z nerwów złapała się za głowę. - O mój Boże!
- A z nią co? - warknęła, otwierając jasne drzwi po jej prawej. - To jak na razie jedyny wolny pokój na stanie. Bawcie się dobrze.
EdoLevy wepchnęła zakłopotane ziemianki do pokoju i zatrzasnęła za nimi drzwi. Za ścianą zdało się słychać stłumiony chichot, otrzepywanie rąk, a po chwili kroki oddalające się. Co. To. Miało. Być?! Edolas coraz bardziej przerażało zdruzgotaną dziewczynę. Po części była zszokowana, a le z drugiej strony cieszyła się, że chociaż tutejsza Levy nie ma problemów z Gajeelam. Przynajmniej nie takich, jakie ma ona na Ziemi. Ta tutejsza ona jest zadziorna, straszna i zazdrosna. Ogółem straszna. Bardzo straszna. Levy podeszła do jednego posłania, które miało imitować łóżko. Rzeczywiście, nie mieli kompletnie pieniędzy na utrzymanie dobrych warunków. Wściekła walnęła twarzą w poduszkę i westchnęła głośno, dając oznaki zmęczenia.
***********
- Znowu to popierdolone miejsce. - mruknął, próbując otrzepać się z nieistniejącego kurzu.
-  Widzisz je gdzieś tam? - różowowłosy obrócił się w stronę przyjaciółki z dzieciństwa.
- Ni śladu. Za to znalazłam tą butelkę. - białowłosa wskazała na małą butelkę z czerwonymi kapsułkami, która chwilę potem znalazła się w jej dłoniach. Chłopak wyrwał ją z rąk dziewczyny i obwąchał ją z każdej strony.
- Czuję ich zapach! Byli tutaj! - warknął szczęśliwie.
- Byli? Czyje czujesz zapachy? - blondynka przysunęła się bliżej Natsu, lecz białowłosa spiorunowała ją lekko wzrokiem, wręcz niezauważalnie.
- Wendy, Charla, Pantherlily i Levy. - powiedział, odwracając głowę w stronę reszty.
- Lily też? - Gajeel wzdrygnął się mocno. - Kurwa!
- Opanuj język, Redfox! - Titania uderzyła go w tył głowy.
- Uspokój się, kobieto! Nie jesteś moją matką, żeby mi mówić, jakiego języka mam używać.
- Racja Erza. - blondynka potwierdziła to niepewnie. - Poza tym musimy teraz uratować Wendy i Levy!
- Tutaj jesteście. - usłyszeli głos kobiety, po czym odwrócili się. Za nimi stała dziewczyna, nastolatka w wieku podobnym do Romea. Na sobie miała sukienkę w czerwoną kratę, długie, ciemnoniebieskie włosy miała związane w kitkę, a grzywka opadała jej na oko. W dłoni trzymała jedną długą laskę. Erza na jej widok wzdrygnęła się mocno.
- Ta laska.. - szepnęła słyszalnie tylko dla jej towarzyszy. - Przysłał cię tutaj MystGun?
- Można powiedzieć. - uśmiechnęła się nieszczerze, a na jej twarz po chwili powróciła obojętność.
- Co tutaj robisz sama? - spytała, podchodząc powoli do dziewczyny, po czym kucnęła przed nią.
- Siedzę. Milczę. - na jej twarzy ciągle wypisana była obojętność, a słowa wypowiadała tak, jakby była wręcz nieobecna. - Pomagam takim jak wy.
- Takim jak my? - złapała dziewczynę za ramiona, ta jednak nie zareagowała.
- Takim jak wy. Tym dobrym.
- Jak to dobrym? O czym ty mówisz?
- Były tutaj dwie panie i dwa koty. - wskazała palcem na miejsce po jej prawej. - Dokładnie tam.
- I co się z nimi stało?
- Dokładnie tam postawiłam butelkę z kapsułkami. A potem.. - dziewczyna palcem, którym wskazywała miejsce powędrowała do góry, do przejścia do Edolas. - Przejście zaraz się zamknie. 
- Jak mamy się tam dostać? - Erza spytała wstając i puszczając dziewczynę.
- Tak.
Dziewczyna zrobiła krok do przodu i wbiła laskę w podłoże, imitując przy tym jasne światło, które pochłonęło ludzi przed nią. Po chwili nogi wzniosły im się do góry i polecieli w kierunku przejścia do Edolas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz