niedziela, 2 marca 2014

4. Kiwi

 Rozdział w sadze : IV
Rozdział ogółem : IV
Ilość słów : 1976
Adnotacje : Brak.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
- Ej, poczekaj krewetko! - było widać idącego za nią Smoczego Zabójcę.
Przystanęła. W końcu ją dogonił, lecz ta siedziała cicho. Poszli w kierunku domku gdzie mieli potwierdzić ich misję. Szli tak w ciszy. Redfox spoglądał na nią co jakiś czas, lecz ta szła przed siebie z głową opuszczoną w dół.
- Levy, wszystko w porządku? - spytał lecący za nimi exceed.
- Co? - podniosła głowę w stronę exceeda lecącego po prawej chłopaka.
Spojrzał w jej oczy. Kurka wodna, już widział te oczy. To nie były jej oczy. Były takie smutne. Zmartwione i zamyślone jednocześnie. Jak tej kobiety ze snu. Tylko nie mówcie, że on ją jakoś uraził. (No ja mam nadzieję, skopałabym mu dupsko jak nie wiem)
- Coś cicha jesteś. - powiedział lekko zmartwiony Lily. - Ty tak zawsze?
- Zazwyczaj nie, ale teraz się zamyśliłam. - powiedziała, a do jej oczu wrócił ten jej blask. Uff.
- A nad czym tak myślałaś? - spytał zaciekawiony Gajeel, zakładając ręce za głowę.
- Nie twój interes wielkoludzie. - powiedziała po czym przyspieszyła kroku i znów spuściła głowę. Skierowali się do domu, gdzie mieli odhaczyć wzięcie zadania. Domem okazał się wielki budynek rady miasta. Weszli powoli sprawdzając czy nie przeszkadzają czy coś. Budynek był ogromny od środka, a było w nim tylko jedno biurko a za nim kobieta z ciemnymi włosami splecionymi w kok.
- Umm.. - wydukała Levy podchodząc do biurka. - Przepraszam za najście, ale..
- Wy jesteście z Fairy Tail? - spytała nie odchodząc wzrokiem od papierów trzymanych w ręce.
- Tak, my do pana Marco Tatori. - powiedział chłopak, podchodząc do towarzyszki, po czym oparł rękę na jej ramieniu.
- Proszę przyjść o 15, wtedy pan Tatori kończy pracę. Wtedy was zawiezie do jego rezydencji. A teraz.. - powiedziała, wyganiając ich ostrym ruchem ręki. - Sio.
No tak, przecież było dopiero koło 10, za wcześnie żeby kończyć pracę. W końcu ruszyli do wyjścia i skierowali się na zewnątrz.
- Pójdę poczekać do jakiejś biblioteki, spotkajmy się tutaj o 15. - powiedziała Levy idąc przed siebie.
- Ej, gdzie ty leziesz?! - warknął Gajeel.
- A co ciebie to obchodzi?! - wrzasnęła odwracając się do niego na pięcie. Podeszła do niego szybko i wskazała na niego palcem. - Oświadczam ci, że będę robiła to co będę chciała i nie ważne, czy ty tam będziesz czy nie.
Gajeel patrzył na nią zdziwiony. Nikt nie ośmielił mu się stawiać. A do tego jeszcze taki kurdupel, który kilka miesięcy temu się go bał. Złapał ją w pasie i podniósł, przerzucając przez ramię.
- Co ty robisz Gajeel?! - wrzeszczała. - Postaw mnie do jasnej cholery!
- Damie nie wypada tak mówić. Gehee. - powiedział, po czym skierował się w stronę centrum.
- Gajeel zostaw mnie! - wrzeszczała waląc w jego plecy pięściami. - Puszczaj mnie! Ratunku! ZboczenieC! Pomóżcie, dama w potrzebie!
- Dama nie klnie. - powiedział ot tak lecący za nimi exceed.
- Zamknij się Lily, niech on mnie puści! - wrzeszczała ciągle.
- Nie wierzgaj tak nogami bo ci się kieca podwinie jak w bibliotece i nie tylko ja będę widział co ty tam masz pod spodem.- zaśmiał się Gajeel, a po tych słowach, jej bunt ustał.
Szedł do centrum miasta a ona wymieniała się spojrzeniami i chichotami z Lilim.
- Co to za śmiechy? - spytał groźnie Redfox, kiedy chichoty zmieniły się w ciągły głośny śmiech.
- Nic nic. - powiedziała Levy, wypłakując łzy śmiechu w jego koszulkę.
- To czemu się tak śmiejecie?! - odwrócił się w stronę Liliego, który właśnie zrobił zeza i wywalił język, ale jak zobaczył że ma przed sobą twarz Gajeela a nie Levy, aż skamieniał. Gajeel prychnął na niego i odwrócił się z powrotem idąc w stronę centrum. Znowu chwila ciszy.
- Gajeel, mogę cię o coś spytać? - powiedziała cicho Levy, znużona ciszą i nudą.
- Śmiało.
- Co ci się śniło w nocy? - spytała cicho ponieważ bała się ponownego krzyku Gajeela.
- Nie mówiłem ci, że to nie twój interes? - spytał o dziwo spokojnie.
- Tak, wiem, ale chociaż powiedz troszeczkę o czym było. - powiedziała obracając głowę.
- Po co ci? Nie musisz o tym nic wiedzieć. - powiedział już trochę bardziej wkurzony. 
- To chociaż mi powiedz czy to był koszmar, martwię się trochę o ciebie. - powiedziała zwieszając głowę.
Nie uzyskała odpowiedzi. Patrzyła smutnie na oddalający się budynek w którym niedawno byli. Szli w ciszy tak kilka minut, póki ten nie zrzucił jej na ziemię.
- To bolało. - powiedziała gniewnie pocierając obolałą kość ogonową.
- Jesteśmy blisko miasta, chcesz, żeby ktoś zobaczył jak cię niosę? - powiedział patrząc na nią. - Wątpię coś.
Wstała szybko i ruszyła szybko za nim.  Weszli do miasta od strony jakiegoś starego rynku. Levy podniosła z ziemi już opadającego z sił exceeda i wsadziła go do swojej torby.
- Jeśli chce ci się pić to na dnie torby masz tam butelkę wody. - powiedziała klepiąc Liliego po głowie.
- Nie chciałbym cię martwić, ale wypiłem ją wczoraj w nocy. - powiedział z poważną miną.
- Lily, co?! - wrzasnęła. - Ja rozumiem słodycze i kiwi, ale woda to już przesada! Muszę trochę przyoszczędzić Lily, rozumiesz?
- Nie wrzeszcz na mojego kota! - wrzasnął Gajeel.
- Zamknij się nie do ciebie mówię! - wrzasnęła w stronę Gajeela po czym skierowała się w stronę straganów.
Gajeel westchnął. Ta dziewucha robiła się coraz bardziej uparta, wkurzało go to masakrycznie. I jeszcze musiał z nią pracować, czemu on się na to zgodził?! A no tak. Bo jak tylko złapała tamtą kartkę miał złe przeczucia co do tej misji. Jego mocno rozwinięty szósty zmysł wrzeszczał za każdym razem kiedy przechodził obok tamtej karty. Ruszył powoli w tamtym kierunku w którym pobiegła, żeby ją znaleźć.
- Nie byłaś dla niego za ostra? - spytał pochłaniacz kiwi z ogonem.
- Dla niego nie można być za ostrym. - powiedziała pewnie. - Poza tym, to przecież Gajeel. Nie znam go aż tak dobrze, jak ty, ale wiadomo, że jego to nic nie obchodzi. Przecież jestem tylko smarkulą dla niego, którą może zabić jedną ręką.
- Ej, nie mów tak Levy, Gajeel by tak nie zrobił, jesteście w jednej gildii przecież. - powiedział pochłaniając kolejne kiwi. - Szlag, kiwi się kończą, kupimy jakieś?
- Oczywiście Lily że kupimy ci jakieś kiwi. - uśmiechnęła się. - I masz rację, jesteśmy w jednej gildii, więc jest moim przyjacielem.
Szła wesoło wśród straganów. Nie było za dużo ludzi. Wszelakie stragany były pełne rozmaitych towarów. Owoce, warzywa, mięso, ryby, prowiant suchy. Obok kawiarnie i apteki. Niby takie małe miasto, a w ciągu tych siedmiu lat rozrosło się bardzo. Zaraz... sklep z książkami!
- Lily, widzę bramy raju! - wrzasnęła wesoło, robiąc swój taniec szczęścia, który składał się ze skoków i ruchów rąk.
- A moje kiwi?! - zarzucił się rzewnymi łzami. - I twoja woda!
- Okej, to najpierw skombinujemy prowiant, a po wykonaniu misji wrócimy tutaj i kupię kilka książek! - powiedziała wyrzucając szczęśliwie rękę w górę. - Szykuj się księgarnio, niedługo splądruje cię  mag solidnego skryptu z Fairy Tail!
- Dziewczynka z Fairy Tail? - usłyszała czyjś śmiech, po czym odwróciła się. Za nią stał wysoki blondyn straszliwie przypominający Laxusa, ale był o wiele chudszy i mizerniejszy. Gdyby Laxus nie był z nimi na wyspie to mogłaby pomyśleć, że to on.
- Czego ode mnie chcesz? - warknęła ustawiając się w pozycji bojowej na wszelki wypadek.
- Ja, niczego. - powiedział, po czym szybko złapał ją za nadgarstek o przysunął do siebie. - O ile coś mi proponujesz.
Levy próbowała się wyszarpać, nieskutecznie. Musiała obmyślić plan szybkiej ucieczki lub pokonania napastnika. W torbie miała Liliego, który wychylał tylko czubek głowy spod torby, chyba czekał aż z nim się odpowiednio skontaktuje do ataku.
- A wiesz, ja lubię takie dziewczyny jak ty. - powiedział chłopak przyciągając jej twarz bliżej siebie. - Możesz od dzisiaj nazywać mnie swoim marzeniem.
Levy zrzuciła torbę na ziemię dając Liliemu większą swobodę wyjścia z torby nie rozrywając jej.
- Więc mówisz że będziesz moim marzeniem? - spytała niepewnie.
- Oczywiście słonko. - powiedział głaszcząc ręką po jej udzie.
- Więc musisz wiedzieć, że w obecnej chwili marzenia są dla mnie najważniejsze. -powiedziała wykrzykując zaklęcie solidnego skryptu, po czym w jej dłoni pojawił się miecz. - I żeby się spełniły, trzeba je pokonać. Lily, pomożesz?
Z torby wyskoczyła czarna pantera z mieczem w dłoni, gwałtownie zmieniająca swój rozmiar. Chłopak nie puścił dziewczyny, nawet gorzej, zacisnął ją bliżej.
- Jeśli myślałaś, że to ci się uda, to się grubo myliłaś. - zaśmiał się, wkładając ręce jeszcze bardziej pod jej ubrania.
- Nie, nie myślałam tak. Solidny skrypt : dziura! - wykrzyczała, po czym popchnęła chłopaka w tył wpadając z nim w dziurę. Lily skoczył w szybkim tempie łapiąc dziewczynę i wynosząc ją na powierzchnie.
- C-co tu się.. - powiedział Gajeel, stojący z szarą papierową torbą wypełnioną po brzegi jedzeniem.
- Gajeel? - powiedział wystraszony exceed zmieniając ponownie rozmiar. - Co ty tu robisz?
- Chciałem was znaleźć i pomyślałem że może jesteście przy bibliotece lub księgarni. I co się tu stało?
- Ktoś na mnie napadł. - powiedziała otrzepując się. - Miał tak ohydne łapska, będę musiała się myć chyba miesiącami z tego.
- Poradziłaś sobie sama?
- Troszkę mi Lily pomógł, ale tak to to wszystko sama.
- M-moje gratulacje. - powiedział trochę osłupiony. - No ale chodźmy pod ten budynek gdzie musimy czekać na pana wielkiego.
- Nie nazywaj go tak, nawet nie wiesz jaki jest. - powiedziała cicho Levy, jednak z oburzeniem na twarzy.
- Oj tam, pewno tak samo zbufoniały jak inni bogacze. - machnął ręką po czym  ruszył stamtąd skąd przyszedł.
- Chodź Lily, kupimy twoje kiwi i ruszymy za tym bufonem który jest twoim właścicielem.
- Ja to usłyszałem! - wrzasnął.
Speszona zaczęła podnosić rzeczy z podłogi i wkładać z powrotem do torby. 
On szedł powoli przed siebie. "Kiedyś nie będziesz mógł jej pomóc, wiesz o tym." Ale tak szybko miała stać się odpowiedzialna sama za siebie?  Ta twarz ciągle pojawiała mu się przed oczami. Ta wpół bez wyrazu, uśmiechnięta i przerażona, że zaraz zostanie pochlastana. Wyobrażał sobie ciągle jej widok. Leżącą na trawię w zachlapanej krwią sukience. Nikt nie słyszał jak krzyczała, nikogo nie było w okół, gdy ten ją mordował. Nikogo nie obchodziła jej kończąca się egzystencja. Jej oddech uchodził wraz z jej duszą. Piękne błękitne włosy, które były pokryte szkarłatną krwią. I ta twarz. Nie, to już nie wyglądało na twarz. Próbował wytrzymać ten widok w jego głowie. Ledwo rozumiał co się w okół niego działo, kiedy to widział. To go prześladowało. Może ktoś rzucił na niego urok? Rzucił urok tego snu! Albo tego, że się tak o nią troszczy. To byłoby bardziej prawdopodobne.
- Coś tak zbladłeś. - powiedziała doganiając go.
- No masz rację Levy. - powiedział patrząc spod klapki torebki.
- Nic mi nie jest, chodźmy. - powiedział idąc drogą skąd przyszli.
- Ale mamy jeszcze 2 godziny ponad!
- No to siądziemy tam i coś zjemy, chodź. - powiedział oschle, po czym ta dobiegła do niego i wyrównała mu kroku.
Znowu szli w ciszy, a przynajmniej on. Ona razem z Lilim rzucali żartami i udawali Elfmana.
- Męsko! - wydarła się Levy wyrównując ramiona. - To jest takie męskie, kiedy jesteś męski! Mężczyzna!
Gajeel cicho się zaśmiał. Jedynym plusem było to, że jej nic nie było. Lecz ciągle uważał że tamten sen to urok, i nie tylko to.
- A wiesz co ja mam dla ciebie Lily? - powiedziała kiedy już usiedli na ławce przy budynku pracy Tatoriego.Otworzyła coś co było zawinięte w biały kawałek papieru śniadaniowego.
- O mój Boże, to ciasto z kiwi! - powiedział mały Lily ocierając swoje łzy szczęścia z futra.
- Ty się coś ostatnio ciapowaty zrobiłeś, trzeba znowu trening zrobić. - warknął Gajeel.
- Cicho siedź dla ciebie też mam zazdrośniku. - powiedziała wciskając mu w usta kawałek ciasta na łyżeczce.
- Nie takie złe szczerze mówiąc, możesz dać. - powiedział, ale nie był zadowolony do końca.
- Coś taki smutny?
- Liczyłem na metalową łyżeczkę. - westchnął cicho.
- Nie będziesz mi zżerał łyżeczek metalowy świrze!
- Oj no spokojnie, żartowałem!
- Twoje żarty o zjadaniu przedmiotów nie są śmieszne!
- To ty nie masz poczucia humoru!
- Ty w ogóle gustu nie masz!
- Zamknijcie się do cholery jasnej! - wykrzyczał, kiedy w końcu przez ich kłótnie upuścił kawałek ciastka na ziemię.
- Przepraszam bardzo, czy to wy jesteście z Fairy Tail?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz