poniedziałek, 3 marca 2014

5. Nie taka dama malowana

Rozdział w sadze : V
Rozdział ogółem : V
Ilość słów : 916 (najkrótszy rozdział chyba XD)
Adnotacje : Teli Agrah to imię jednego z przyjaciół Makarova, który zachęcił Levy do nauki Solidnego Skrytpu. (w opowiadaniu oczywiście) 
Odwrócili się jednocześnie. Za nimi stał wysoki brunet z piwnymi oczami. Włosy miał dość długie, rozłożone na boki, jakby ciągle rozwiewał je wiatr. Miał na sobie czarny garnitur z czerwonym krawatem, który przykuwał uwagę ze względu na czarne linie przy brzegach. 
- To wy jesteście z Fairy Tail? - spytał pochylając się lekko nad nimi. - Jestem Marco Tatori. - uśmiechnął się ukazując swoje białe i zadbane zęby.
- Dzien dobry. - wydukała cicho Levy. - Jestem Levy McGarden, to jest mój tymczasowy partner Gajeel Redfox, a to jest Lily. - wskazała dłonią na małą panterę z poważną miną i kremem na wąsach.
- Miło mi was poznać. Chodźmy do powozu, wytłumaczę wam wszystko po drodze. 
Po tych słowach pod ich ławkę podjechał powóz z dużą karocą. Wsiedli do środka i powóz ruszył.
- A więc. - rozpoczął. - Sprawa jest prosta. Musicie się wtopić w moją służbę i jednocześnie pilnować mojego bezpieczeństwa przez jakiś czas. Oczywiście będziecie musieli utajnić wasze nazwiska.
- Czemu niby mamy się ukrywać jak jakieś tchórze? - warknął niespokojnie Redfox.
- Ponieważ wolałbym aby moja służba was nie wykryła. W moim domu są tylko dwie godne zaufania osoby. Mam nadzieję, że z waszym pojawieniem się będą cztery.
- Może pan na nas liczyć panie Tatori! - podskoczyła lekko dziewczyna. - Levy.. To znaczy Daidre Marvno i Teli Agrah zgłaszają się do pracy!
- Teli Agrah to tak bufoniasto brzmi. - prychnął Ga.. Tali. 
- A sam byś lepiej wymyślił?
- To mi wymyśl ksywkę! - wołał Lily.
- Może Pantherlily? - oparł głowę o dłoń patrząc przez okno. - Nie chce mi się szczerze mówiąc.
- Aleś ty kreatywny. Aż ranisz. - zapłakał cicho exceed po czym zamilczał. 
Tatori zaśmiał się cicho, a Levy westchnęła nad swoim losem z tym idiotą. Spojrzała przez okno. Na dworze tylko pola i lasy. Czyżby byli już poza miastem?
- Przy służbie będę się zwracał do was po waszych pseudonimach, ale na osobności możesz mi mówić Marco młoda damo. - można było zauważyć, że Levy wpadła mu w oko.
- Młoda damo? - parsknął Gajeel, przy czym wybuch śmiechem razem z Lilim.- Jakbyś widział co się działo trzy godziny temu, to byś jej tak nie nazwał.
- Gajeel, tan facet pieprzy głupoty jak nie wiem. - śmiał się Lily, tarzając się po siedzeniu. 
- Jeśli zaraz się nie uspokoicie to was stąd wykopię. - warknęła, grożąc swoją małą pięścią.
- No już, spokojnie kurduplu. - powiedział, ocierając łzy szczęścia.- A właśnie mam do pana pytanie. Jakim sposobem tyleś zarobił?
- Gajeel, tak nie wolno pytać...
- Nic nie szkodzi Levy. - machnął ręką Marco. - Otóż jestem rolnikiem i jednym z największych importerów tego kraju żywności międzyregionalnej i międzynarodowej. Hoduję głównie owoce egzotyczne typu kiwi od 3 lat.
- Największym importerem?!
- Od 3 lat?! Tylko?! I tyle kasy?!
- KIWI?!
- Spokojnie, spokojnie. - uspokajał całą trójkę. 
- Trafiłem do nieba! - krzyczał wesoły Lily. 
- No proszę, jesteśmy już na miejscu. - wskazał ręką na okno od strony Levy. - Zapraszam w moje skromne progi!
Skromne?! Ten dom to była gigantyczna rezydencja milionera! Po prawej gigantyczna szklarnia z owocami, po lewej gigantyczny ogród, a za domem widać było kilka dużych balkonów i jezioro. Dom niczym pałac. Aż opadły im szczęki, gdy to ujrzeli. Przez minimum tydzień mieli tutaj mieszkać? No nieźle. Aż Levy poczuła się jak księżniczka. 
- Chodźcie za mną, pokazę wam dom. - uśmiechnął się po czym ruszył w stronę gigantycznej bramy. 
Levy ruszyła z exceedem w swojej torbie, a po chwili dołączył do niej Redfox z grymasem na twarzy. Coś mu nie pasowało w tym człowieku. I dalej wszyscy bogacze byli dla niego bufonami. 
- Ten mały jest taki pocieszny. - powiedział po pewnym czasie Marco zauważając, że ciągle wzdycha w stronę szklarni. Wyciągnął w jego stronę rękę, ale został zatrzymany, przez dłoń Gajeela.
- On gryzie. - parsknął. - A na dodatek ma wściekliznę.
- Gajeel, co ty pleciesz?! - wrzasnęła na niego Levy. - Nie możesz się chociaż na chwilę uspokoić?
Spojrzał na nią i było widać zdenerwowanie i to mocne na jej twarzy.Zamilkł. Spośród nich tylko Marco mówił przez dłuższą chwilę oprowadzając ich po rezydencji. Nie obyło się bez różnorodnych spotkań służby. Nie rozumieli czemu, on im nie ufał. Kompletnie. 
- Są też dwa minusy co do was moi drodzy. - powiedział, stając przy dużych drzwiach. - Pierwsza dotyczy klejnotów, tygodniowa stawka jest zmniejszona do pół miliona, przepraszam was za to.
- A ta druga? - spytał Gajeel opierając się o ścianę.
- Niestety ten pokój to jedyny pokój w całej rezydencji i musicie tam siedzieć razem. 
Zrzedły im miny. Jak to mieli dzielić pomiędzy siebie jeden pokój?! Jak on to sobie wyobrażał?! Może jeszcze mieli spać w jednym łóżku?! A właśnie, a co jak tam jest jedno łóżko i druga osoba zacznie się dobierać do kogoś?! O nie, tylko nie to.
- A-ale są tam dwa łóżka? - spytała zdenerwowana.
- Co? Tak tak, oczywiście! - zaśmiał się. - Proszę wejdźcie. Teli i Daidre, wasza służba zacznie się jutro z samego rana, a teraz rozgośćcie się a potem możecie pójść nad jezioro lub do wioski 10 minut drogi stąd na wschód. 
- Dziękujemy za życzliwość panie Tatori. - ukłoniła się lekko, po czym on odszedł. - A teraz Teli otwórz proszę drzwi.
- Proszę młoda damo. - po czym parsknął śmiechem. 
Pokój okazał się gigantyczny. Były w nim dwa łóżka. Nie! ŁOŻA, wielki dywan, półka z książkami, szafa z garderobą męską i damską oraz duży balkon z widokiem na jezioro. Można rzecz - pokój nie dla służby, lecz dla szlachty.
- Łoah! - wrzasnął z zachwytu Lily. - Coś czuje że mi się tutaj spodoba.
________________________________________________________
Gomenne, że dzisiaj tak słabo (tylko dwie strony) ale jest już prawie 21, a ja mam jutro 2 kartkówki, korki, a po jutrze sprawdzian. Masakra, co nie? No cóż, postaram się coś jutro napisać, jeśli nie, następna część w środę. Gomenne!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz