poniedziałek, 9 czerwca 2014

26. Dzieci to kłopoty!

Rozdział w sadze : VIII
Rozdział ogółem : XXVI
Ilość słów : 1749
Adnotacje : Czasy w Edolas przypominają XIX wiek w Europie, tak szybko rozwinęli się z powodu braku magii. Jedyne czego brakuje to komórek i internetu. 
 ~~~~~~~~~~~~
- Co?! - Heartphilia spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Przecież mieliśmy tutaj zostać dwa dni, nie mamy jak dotrzeć do Królewskiego Miasta!
- Natsu was tam zabierze. Albo Ja. - wskazała palcem na swoją odpowiedniczkę. - Pokazywałam ci przecież jak prowadzić auto.
- Ale tylko raz! - wrzasnęła na nią przerażona. - Nie umiem prowadzić auta!
- Nie zapomnisz niczego. Spokojnie. - powiedziała, uspakajając oddech. - Zadzwonię do Regulusa, on pojedzie do Królewskiego Miasta i zabierze was do króla. W szufladzie przy siedzeniu pasażera są pieniądze i mapa. Jak tylko dojedziecie do Królewskiego Miasta, idźcie do centrum i znajdźcie budkę telefoniczną. Na mapie jest wypisany numer wydawnictwa Gajeela, przekażcie mu, że dojechaliście.
- Ale czemu nie możesz jechać z nami?! Dlaczego teraz?!
- JAZDA! - dziewczyna wydarła się pokazując palcem na wyjście za barem. Ci natychmiast wyruszyli w stronę drzwi przerażeni tonem Blackwolf. Ta po chwili ruszyła za nimi i dołączyła do nich w pokoju z samochodem.
- Pamiętajcie, żeby zadzwonić. - powiedziała już spokojniejszym tonem, jednak ciągle gniewnie.
- Natsu ma chorobę lokomocyjną. - Heartphilia wtrąciła się nieco rozgoryczona, jednak po chwili Erza uderzyła chłopaka w brzuch tak mocno, że ten stracił przytomność.
- Do bagażnika z nim. - wtrąciła się, ocierając dłonie z niewidzialnego kurzu. - Lucy, siądziesz z przodu, żeby pokazywać McGarden kierunek. Gajeel, Wendy, wsiadajcie do samochodu.
- Dziękujemy za pomoc, pani Levy. - uśmiechnęła się do niej Wendy.
- Nie ma za co mała. - rozczochrała jej włosy dłonią. - Powodzenia i mam nadzieję, że już się nie zobaczymy.
- Niestety. - prychnęła McGarden, smucąc się, że nigdy już nie zobaczy Lici i Huntera.- Trzymaj się, Blackwolf!
- Nawzajem, McGarden! - wrzasnęła, otwierając przejazd dla samochodu i uciekła do środka. Levy szybko wsiadła na miejsce kierowcy, po czym reszta również zajęła swoje miejsca.
- Jak się otwiera to cholerstwo?! - wrzeszczała Heartphilia próbując otworzyć skrytkę przy siedzeniu pasażera, lecz po chwili McGarden wcisnęła guzik na szufladce, przez co się otworzyła. - Oł. Dzięki, Levy.
- Dobra, otwieraj tą mapę, nie mamy czasu. - Gajeel prychnął na blondynkę, a ta po chwili obdarzyła go złowrogim wzrokiem. Levy powoli przypomniała sobie wszystkie rzeczy, które miała pamiętać : podstawowe znaki zakazu, odpalenie silnika, nie przekraczać prędkości oraz jechać zawsze prawą stroną ulicy. Złapała za dźwignię obok siebie, powoli odpalając silnik samochodu. Przycisnęła gaz i ruszyła przed siebie z wielkim impotentem i uśmiechem na twarzy.
- Woah! - wrzasnęła z zachwytu. - To mi się podoba!
- Levy-san, zwolnij! - wrzeszczała przerażona Wendy, wtulając się w Erzę.
- Wendy ma rację! Jak nie zwolnisz, to nas pozabijasz! - wrzasnął na nią Gajeel.
- Zamknij się, ona nic takiego nie powiedziała! - spojrzała na niego w lusterku mierzwiąc złowrogo wzrokiem.
- Kłócicie się jak stare małżeństwo. - zaśmiała się Lucy, przy czym Scarlet kiwnęła jej głową na zgodę, na co oboje wykrzyknęli głośno na swoją obronę "NIKT WAS NIE PROSIŁ O ZDANIE."
- Coś tu się rusza. - szepnęła Wendy, pokazując na koc pod siedzeniem pasażera.
- Rzeczywiście, coś się rusza. - Erza pochyliła się lekko próbując sięgnąć koca.
- Że pode mną?! - Heartphilia przeraziła się. - Jezu, jak ja nienawidzę takich rzeczy!
- Spokojnie, Lucy. - usłyszeli znajomy głos, dobiegający spod koca, po czym ujrzeli białą łapę, kiedy podnosiła koc.
- Charla! - Wendy ucieszyła się, kiedy "kotka" podeszła do niej i siadła jej na kolanach.
- I my. - powiedział Pantherlily, wychodząc spod koca, razem z Happym. - Aye!
- Jak wy się tam w  ogóle zmieściliście?! - Heartphilia coraz bardziej popadała w panikę.
- Ale ktoś tam jest jeszcze. - Redfox spojrzał kątem oka na ruszający się koc i cichy śmiech.
- N-no nie.. - Erza wzdrygnęła się, kiedy zobaczyła, że spod kocyka wyłania się kilka ciemnoniebieskich kosmyków włosów.
- Coś się stało? - Levy spojrzała w lusterku na Erzę.
- N-nie nic. - zaśmiała się cicho, biorąc dziewczynkę w kocyku na kolana. - Jak daleko jest jeszcze do stolicy?
- Z dwie godziny drogi minimum. - odpowiedziała Lucy, patrząc w mapę. - Na następnym skrzyżowaniu będziesz musiała skręcić w prawo Levy.
- Dzięki, Lu. - powiedziała, powoli, szykując się do skrętu. - Erza, co masz na kolanach?
- Co, ja? - powiedziała, patrząc na śpiącą dziewczynkę, owiniętą w koc. - K-koc, zimno mi trochę.
- Przecież masz na sobie zbroję, Erza. - powiedziała Lucy, lecz po chwili poczuła kopnięcie w siedzenie fotela. Mocne kopnięcie. - Ale rozumiem, że blacha jest zimna, i że ci zimno!
- Erza-san. - Wendy szepnęła w jej stronę. - Co ona tutaj robi?!
- Nie mam zielonego poję...
- Więc, Happy, Charla, Lily. - przerwała im Levy. - Co wy tutaj robicie?
- Próbowaliśmy gdziekolwiek wyjść, ale się zgubiliśmy. - zaczęła Charla. - Na dodatek ten głupi niebieski kocur gdzieś zwiał i nie mogliśmy go z Lilym znaleźć.
- Wszedłem tylko do samochodu. - powiedział niebieski exceed smutnym głosem. - No po prostu no.
- Dobra, nie czas na kłótnie. - wrzasnęła McGarden, skręcając ostro. - Teraz macie myśleć, jak dostaniemy się do Mystguna, jak broni go pierdylion straży!
- Levy, jak ty się odzywasz! - wrzasnęła na nią Lucy, odrywając wzrok od mapy.
- Wybacz Lu, udziela mi się, będąc tutaj. Coraz bardziej denerwuję się tym, że nie wrócimy już do domu.
- Spokojnie. - Wendy spojrzała na nią z uśmiechem. - Na pewno dostaniemy się do domu, Levy-san!
Po chwili zdawało się słyszeć uderzenie w klapę bagażnika.
*******
- W końcu! - wrzasnęła Lucy, wyskakując z samochodu, zaparkowanego w dość dobry sposób jak na pierwszy raz na parkingu niedaleko centrum. - Myślałam, że to nigdy się nie skończy. Dobra robota, Levy!
- Dziękuję, Lu. - uśmiechnęła się, zamykając za sobą drzwi od samochodu. - Bylibyśmy tutaj szybciej, gdyby ktoś nie wypuścił Natsu z bagażnika.
- Przepraszam, Levy. - powiedział smutnie niebieski exceed, spuszczając głowę.
- Powinieneś raczej przeprosić Erzę. - Wendy zwróciła się w stronę exceeda.
- Wendy ma rację. - Charla stanęła przy niebieckim "kocie" klepiąc go w ramię. - Może ci wybaczy.
- Ale ja nie wiem, czy Levy wybaczy mi zarzyganą tapicerkę. - nad McGarden krązyła ciemna aura, taka sama jak nad Happym. - Może nie zauważy.
- Wątpiłbym. - powiedział Redfox dołączając do grupki, uciekającej od gniewnej Erzy, goniącej Natsu. - Poczekajmy jeszcze chwilę, może w końcu się zmęczą.
******
- Nie mogę uwierzyć. - chrząknęła Lucy. - To już prawie godzina jak go tak goni!
- Nie mam do nich siły. - na czole Redfoxa zaczęła pulsować mała żyłka.
- Zaraz, co to? - McGarden podeszła do samochodu i zobaczyła małą śpiącą osóbkę, przykrytą kocem na tylnych siedzeniach. - CO?! ERZAA!
- No to poczekamy tutaj kolejną godzinę. - mruknęli prawie jednocześnie.
******
- Przepraszam, Levy. - Erza masowała tył głowy, idąc przed siebie. - Chciałam ci powiedzieć, ale..
- Ale co?! - wrzasnęła na nią. - Jakbyś powiedziała nam wcześniej, to mogłabym ją chociaż odwieźć! Wiesz jak jej matka i ojciec się pewno teraz zamartwiają?!
- Ej, Levy, spokojnie. - blondynka złapała ją za ramię. - Erza nie chciała. Zadzwonisz do nich, prawda?
- Tak. - westchnęła uspakajając się powoli. - Tam stoi telefon. Chodź ze mną Lucy.
- Tak jest!
*******
 - Blackwolf, słucham? - usłyszała męski głos w słuchawce.
- Czekaj, czy ja dobrze to.. ah! Gajeel?
- Przy telefonie.
- To ja, Levy! - uśmiechnęła się do słuchawki. - Chciałam przekazać, że dojechaliśmy do Królewskiego Miasta.
- To oni?! - dało się słyszeć po drugiej stronie. - Dawaj ich! Nie sprzeciwiaj mi się, Gajeel! Levy, to ty?
- Tak, to ja. - uśmiechnęła się dość mocno. - Zaraz, czy ty..
- Wcale nie płakałam, jeśli to chcesz wiedzieć. - wrzasnęła do słuchawki gniewnie. - Po prostu mam kłopoty z dziećmi, nie mogę nigdzie znaleźć Lici. Czy Loki już tam jest?
- Jeszcze nigdzie go nie znaleźliśmy. - powiedziała z zakłopotaniem. - Może jeszcze dojeżdża?
- Możliwe, jak dzwoniłam do salonu, odebrała Aries. - powiedziała spokojniej, jednak ciągle z oburzeniem. - Powinien niedługo być. Powiedziałam mu, że najwyżej będziecie pod pałacem przed wyjazdem.
- Rozumiem, spróbujemy się tam jakoś dostać. - ścisnęła mocniej słuchawkę.
- Dobra, chcesz jeszcze czegoś? 
- T-tak. - mina Levy pokazywała jej przerażenie. -  Chodzi o Licę.
- Uciekła Gajeelowi, jeśli to chcesz wiedzieć. - chrząknęła. - Kiedy powiedział jej, że ciocia z wujkiem muszą jechać, zaczęła płakać, że się nie pożegnała. Do tej pory nie możemy jej znaleźć.
- Ona jest tu z nami. - w końcu wydusiła z siebie informację i odsunęła telefon od ucha.
- Co?
- Lica jest z nami...
- JAK TO LICA JEST Z WAMI?! - słyszała, mimo że słuchawka była oddalona od jej twarzy na odległość wyciągniętej ręki. - NO ZARAZ MNIE SZLAG TRAFI. DLACZEGO NIE WRÓCILIŚCIE Z NIĄ?!
- Erza powiedziała mi o niej dopiero kiedy dojechaliśmy. - powiedziała, po chwili przykładając słuchawkę z powrotem do ucha, lecz po wypowiedzeniu się, ponownie ją odsunęła.
- Gajeel, porozmawiaj z nią, bo ja nie mam siły!
- Halo? - przybliżyła słuchawkę do twarzy.
- Tu Gajeel. - powiedział dość spokojnym głosem. - Nie martwcie się nią, po prostu ma dzisiaj gorszy dzień.
- GORSZY? TY NAWET MNIE NIE DENERWUJ.
- Same słyszycie. - zaśmiał się cicho. - Będę już kończył. Spotkacie Lokiego pod pałacem. Powodzenia.
Po chwili pożegnała się i odłożyła słuchawkę. Odwróciła się na pięcie w stronę przyjaciółki i stojącego obok nich niebieskiego exceeda, tłumacząc im krzyki ze słuchawki. Blondynka tylko lekko się wzdrygnęła i ruszyła w stronę grupy siedzącej niedaleko wraz z Levy, by wytłumaczyć im co zaszło. Usiedli razem przy stoliku kawiarenki i dokończyli plan, dzięki któremu mieli dostać się do pałacu zamkowego.
*******
- Proszę, uspokój się. - powiedział, machając w jej stronę dłońmi.
- Nie uspokoję się! - mówiła, wręcz łkała. - Jedno z moich dzieci jest prawie na drugim końcu kraju! W stolicy! Z obcymi ludźmi!
- Po prostu tam pojedźmy! - wrzasnął w końcu, wstając z fotela w jego biurze. - Po prostu tam Levy pojedźmy.
- A co z Hunterem?! - wrzasnęła, wtulając się w męża. - Jedno dziecko daleko,a  drugie jest chore! Nie mogę go zostawić! Nie mam z kim!
- Posłuchaj. - mężczyzna złapał żonę za ramiona i lekko odsunął ją od siebie, żeby spojrzeć w jej przeszklone oczy. - Jutro z rana przyjedzie Alzack z Biscą. Poprosimy, żeby pojechali i przypilnowali Huntera, a my wtedy pojedziemy po małą. Dobrze?
Kiwnęła powoli głową, ponownie wtulając się w mężczyznę przed nią. Kiedyś go nienawidziła, teraz był jej bliższy niż ktokolwiek był. Mężczyzna, któremu to raz ona uratowała życia, to raz on jej. Ojciec jej dzieci, pan jej życia. Gdyby nie on, kto wie, co by działo się z Fairy Tail. Czasem była na niego zła za to, że inne kobiety (tj. z większą klatką piersiową) patrzą się na niego z ciekawością. Ale tylko udawała. Wiedziała, że ona posiada jego całkowitą uwagę. Za to się cieszyła jak nigdy, nawet tego nie ukazując.
- Cśśś. - szepnął, głaszcząc jej włosy. - Wszystko będzie dobrze.
- Mam taką nadzieję, czterooki.
~~~~~~~~~~
Wróciłam z wycieczki i specjalnie dla moich nieistniejących pewno czytelników łamię zasady i wstawiam 9-go \;w;/. Mam nadzieję, że się wam podoba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz