Rozdział w sadze : IX
Rozdział ogółem : XXVII
Ilość słów : 1919
Adnotacje : W połowie rozdziału przypomniałam sobie, że z nimi jest Lica, więc wszelakie niezgodności w rozdziale są przypadkowe.
~~~~~~~~~~
- Oh! - powiedział wesoło widząc kilka znajomych twarzy wśród grupki ludzi niedaleko niego.
- Loki! - wrzasnęła Levy wymachując wesoło rękami. - Lokii!
- To ciebie panienka Blackwolf przyprowadziła ze sobą do mnie do salonu, prawda? - zaśmiał się. - Wyglądasz zupełnie jak ona. O, i ciebie też przyprowadziła! - wskazał wesoło palcem na Wendy, ta zaś odkiwnęła głową. - Potrzymać ci torbę? Wygląda na dość ciężką.
- Ja ci dam na dość ciężką. - pisknęła Charla, po chwili pochrząkując. - Dobra, udajmy, że nic nie słyszałeś.
- Exceedy? - wstrząsnęło lekko chłopakiem. - Ile ich tam dokładnie jest?
- Trójka. - chrząknął Gajeel, stając obok niebieskowłosej. - Nie będą sprawiać większych kłopotów.
- Chyba nie. - obejrzał się za dwójkę stojącą koło niego i spojrzał na Scarlet. - Ale ona wręcz przeciwnie.
- Że ja? - spojrzała na niego. - Co może być nie tak?
- Zobaczysz, kiedy wejdziemy do pałacu. - kiwnął głową. - Pójdziemy do mojego samochodu, stamtąd, przygotujemy przykrywkę.
Loki Regulus ruszył na swoje prawo, poprawiając okulary na nosie. Wszyscy magowie spojrzeli na niego ze zdziwieniem, po czym ruszyli w ślad za nim. Dogonili go w końcu, kiedy stał przy dość dużym samochodzie, kiedy w dłoniach trzymał.. sterty ubrań. Natsu i Gajeel po chwili zaczęli się wycofywać, lecz zostali złapani przez Titanię, która popchnęła ich w stronę Lokiego, ten natomiast wręczył im ubrania w dłonie, które przysłoniły ich prawie po czubki głów. Lucy i Erza dostały natomiast po manekinie, Wendy niosła rolki z materiałami,a Levy dostała dwie małe książki, miarkę krawiecką i "kartofla" z igłami, którego ofiarowała Lice. Po chwili Loki wyjął z samochodu brązowy kaszkiet i podszedł do Scarlet, związując jej włosy gumką, po czym kucyk wsadził pod kaszkiet, tłumacząc się, że tak będzie lepiej. W ciszy poszli pod pałac, obserwowani przez ludzi wokół. Straż pałacowa nie zamieniła z nimi nawet słowa, mimo to, uchyliła im przejście do wnętrza pałacu. Lekko zdziwieni zaistniałą sytuacją ruszyli za Lokim, który obrał już pewien kierunek w pałacu. Po kilku zakrętach i schodach znaleźli się przed dużymi, potężnymi i pięknie zdobionymi drzwiami. Loki lekko pchnął je, dając potężne światło na grupkę za nim.
- Dzień dobry, wasza wysokość. - ukłonił się lekko do osoby stojącej przy dużym oknie. Kobiety, mimo, że jej ubiór tego nie pokazywał, pokazywały to długie, czerwone wręcz krwiste włosy. Na sobie kobieta miała coś w rodzaju krótkich spodni, z których przy pasie wylewały się pasma długiej, błękitnej tkaniny zdobionej wręcz złotymi nićmi. Górę kobiety zdobił gorset w odcieniu podobnym do tkaniny rozlewającej się wokół jej długich nóg, również zdobiony złotymi nićmi i pasmem białego futra przebiegającego wokół jej szyi. Dłonie spoczywały przy jej bokach, owinięte w materiał rękawiczek.
- Regulus? - odwróciła wzrok w jego stronę, ukazując brązowe oczy, jednocześnie wywołując szok u Titanii. - Myślałam, że nie byliśmy dzisiaj umówieni. Miałeś nie przyjeżdżać, dopóki sprawy nie ucichną.
- Tak wiem, pani. - powiedział, wstając z wpół uklęku, jednocześnie wskazując na ludzi za siebie dłonią. - Ale ci państwo mają do ciebie sprawę.
- Zaraz. - jej oczy lekko się rozszerzyły i podbiegła do ludzi w drzwiach sali tronowej, odsłaniając wysokie buty na obcasach w odcieniu błękitu. - Czy wy jesteście z Fairy Tail?
- T-tak, wasza wysoko.. - wydukała McGarden, wskazując znak gildii na dłoni Heartphili palcem.
- Przecież Ashley nie miała znaku gildii na dłoni. - zmarszczyła czoło patrząc na Titanię, która ciągle miała schowane włosy pod kaszkietem. - Ściągnij nakrycie głowy, kiedy tutaj jesteś.
Titania bez słów ściągnęła kaszkiet, wyrzucając spod niego kaskadę szkarłatnych włosów.
- Dawno się nie widziałyśmy, Knightwalker. - uśmiechnęła się szyderczo.
- Scarlet. - odwzajemniła uśmiech, podchodząc do niej bliżej. - Nie zmieniłaś się przez siedem lat.
- A tobie odrosły włosy. - zaśmiała się. - Na dodatek zostałaś królową Edolas.
- Z wyboru króla. - kiwnęła lekko głową. - Najprawdopodobniej dlatego, że po części przypominałam mu ciebie.
- Chodzi ci o Mystguna? - spojrzała na nią Heratphilia, natomiast ta krzywo się na nią spojrzała.
- Jellal! - wrzasnęła Wendy dość szczęśliwie. - Czy mogłabym się z nim teraz zobaczyć?
- Oczywiście, moja droga. - kiwnęła jej głową. - Poproszę, żeby ktoś cię zaprowadził do komnaty króla.
- Ja to zrobię. - z torby McGarden wyskoczył Pantherlily, ukazując się swojej dawnej towarzyszce. - Kopę lat, Knightwalker.
- Pantherlily! - wrzasnęła, dość ubawiona. - Skurczyłeś się!
- Taa.. bardzo śmieszne. - prychnął, wychodząc, jednocześnie pośpieszając Wendy.
- Matko, umieram z głodu. - wrzasnął Natsu.
- Przecież kilka godzin temu jadłeś. - spojrzał na niego Kurogane.
- Ale przecież to wszystko zwróciłem! I właśnie kilka GODZIN temu! To było tak dawno!
- Możecie pójść do kuchni, tam coś zjecie. - uśmiechnęła się dość słodko. - Albo przygotujemy ucztę, dla was wszystkich. Rozejrzyjcie się po pałacu, lecz nie wychodźcie poza mury przy ogrodzie.
Wszyscy kiwnęli głowami rzucając rzeczy jakie mieli ze sobą od Lokiego, zostawiając go samego z tym bałaganem. Erza jako jedyna została, ze względu na Knightwalker, natomiast Natsu zabrał Lucy ze sobą w kierunku kuchni, którą znalazł po zapachu. Levy wypuściła exceedy z torby i ruszyła z nimi i Licą przed siebie, zostawiając zdezorientowanego Gajeela za sobą.
- Królowa jest taka śliczna. - uśmiechnęła się dziewczynka. - Widziałam ją pierwszy raz na oczy!
- Jest podobna do cioci Erzy, prawda? - spojrzała na nią Charla.
- Z wyglądu tak, ale Królowa jest bardziej miła i promienieje od niej szczęściem. - prychnęła dziewczynka. - Od cioci Erzy promienieje raczej powagą i smutkiem. Czy ciocia ma faceta?
- Mała trafiła w sedno. - zaśmiał się Happy do łez. - Jestem głodny. Charla, masz ochotę na rybkę?
- Ja niezbyt.- fuknęła na niebieskiego exceeda. - A ty, mała?
- Jestem głodna! - kiwnęła wesoło głową Lica, po czym exceedy podniosły ją i uruchomiły Areę, magię, która pozwalała im latać, unosząc dziewczynkę.
- Przyniesiemy ją całą. - Charla spojrzała na Levy. - Nie bój się, jej matka pewno już nie jest zła.
- Mam taką nadzieję. - zatrzęsła się z ciarek. - Spotkamy się potem przy sali tronowej.
Exceedy odmachały Levy i poleciały przed siebie z małą, natomiast Levy ruszyła w stronę drzwi, które kusiły ją nie tylko wyglądem, lecz i zapachem jaki zza nich dochodził. Drzwiami do ogrodu. Kiedy w końcu przed nimi stanęła otworzyła je lekko, patrząc na piękną zieleń trawy wokół. Przepiękne kwiaty, jakich nigdy nie widziała na oczy rosły na ścianie od strony ogrody, opatulając swoimi kwiatami i liśćmi drzwi ze starego drewna. Na prawo przy ścianie pałacu rosły kwiaty podobne do tulipanów, lecz bardziej postrzępione, różnokolorowe oraz z minimum dwoma kwiatostanami na łodydze. A na lewo, oh. Przepiękne kwiaty, niczym ziemskie róże. I od razu przypomniał jej się ogród wuja Hughesa, który wyhodował u Marco przez kilka lat. Jego duma i pasja, oh, jakby wuj Hughes był tutaj szczęśliwy. I mama. Mama też tutaj byłaby szczęśliwa. Mimo nowych wiadomości Levy szybko przyzwyczaiła się do mówienia na Daidre mama. Niby miały dużo do nadrobienia, ale jednak miała jakąś rodzinę, poza magami Fairy Tail. Kątem oka zauważyła białą altanę oplecioną wokół róż i rośliny rosnącej przy drzwiach, a w niej - Gajeela. Jakim cudem zauważyła go dopiero teraz? Najprawdopodobniej on jej nie zobaczył, dlatego powoli podeszła do niego od tyłu.
- Można się dosiąść? - powiedziała ciepło, kiedy odwrócił głowę w jej stronę.
- Jasne. - odchrząknął, nadając swoim wypukłym kościom lekki kolor czerwieni.
- O czym tak myślisz? - spytała siadając obok niego. - Nawet nie zauważyłeś, że tu idę.
- Uwierzysz mi, jeśli powiem, że myślałem o tobie i jednocześnie nie? - obejrzał się na nią, ta jednak kiwnęła głową.
- O mnie z Edolas?
- Dość mądra jesteś i po części tak. - chrząknął. - Chodzi mi wiesz, no..
- O ich dzieci? - spuściła głowę, patrząc na dłonie splątane na jej kolanach. - Myślałam, że ci nie powiedzą.
- Płomyczek się wygadał. - prychnął. - Sam nawet tego nie rozumiał na początku, tch. Myślał, że to moje dzieci.
- Można powiedzieć, że możesz czuć się za nie po części odpowiedzialny. - zaśmiała się, lecz po chwili zamilkła, kiedy spotkała się z jego gniewnym wzrokiem.
- Ja nawet nie wiem co mam na ten temat myśleć.
- To nie myśl.
- To będzie zbyt trudne, bo tu chodzi o nas, Krewetko.
Levy spojrzała na niego zdziwiona. O nas? Gajeel myślał o nich. Jej policzki stawały się coraz bardziej czerwone, aż w końcu jej twarz zrobiła się koloru pomidora, wręcz buraka. Swoje myśli wyrzuciła z siebie nagłym śmiechem.
- A ty z czego znowu się śmiejesz? - skarcił ją wzrokiem, krzyżując ręce na piersi.
- Dopiero teraz zauważyłam. - zaśmiała się. - Masz na głowie bandanę, którą ci dałam.
- Możliwe. - próbował spojrzeć oczami na swoje czoło i bandanę, która zakrywała jego połowę. - Dopiero teraz zauważyłaś?
- Bo wcześniej myślałam o Lice. - na jej twarz powrócił rumieniec. - Ta mała jest naprawdę przeurocza.
- I ma naprawdę ładne imię. - zaśmiał się charakterystycznie. - Może jak będziesz miała córkę, to ją tak nazwiesz, co?
- Raczej jak.. - jak my będziemy ją mieć. - Nie ważne.
- Chciałabyś, żeby mała istniała u nas na Ziemi? - spojrzał jej w oczy, które błyszczały się od słońca powoli zachodzącego ku nocy.
- M-może. - mruknęła, odwracając wzrok. - Ale wiesz przecież, że ona nie jest tylko moim dzieckiem.
- Wiem. - powiedział i po chwili przybliżył się do niej. - I wiesz no. Jeśli tylko byś chciała, to.. Mów.
- Ale, że co? - spojrzała na niego jak na idiotę.
- Aleś ty niekumata. - warknął.
- Przecież nie jestem żabą, idioto. - prychnęła.
- Może jak cię pocałuję, to zmienisz się w księżniczkę. Gihii.
- Nie podoba ci się?
Lecz jej słowa zostały przerwane przez Gajeela, który przyłożył swoje usta do jej. Tego potrzebowali oboje. Chwili spokoju i wzajemnej czułości. Zbyt dużo się działo, żeby nad tym wszystkim myśleć. Niepewnie podniosła ręce i owinęła je wokół jego szyi, kiedy ten miał oderwać swoje usta od jej. Przycisnęła je mocniej, pogłębiając pocałunek, przy czym dała zielone światło dla Gajeela. Złapał ją dłońmi w pasie i zrzucił z ławki w altanie, na trawę. Delikatnie przesunął jedną ręką po jej zgniłozielonej sukience na jej plecy. Na jej odkryte i gładkie plecy. Ich pocałunek się pogłębiał, dopóki Levy nie oderwała się na chwilę by zaczerpnąć powietrza.
- Jak chcesz takiego małego bachora to możemy go zrobić tu i teraz. - zaśmiał się Redfox.
- G-gajeel! - dziewczyna natychmiast zaczerwieniła się na twarzy a znad jej głowy zdawała się ulatywać para.
- Oj przecież wiesz, że żartuję. - wybuchł śmiechem, po czym spojrzał na jej rozgniewane oczy. - Najpierw musiałbym zrobić wiele innych rzeczy.
- N-na przykład? - spytała niepewnie.
- Zarobić na nie, przede wszystkim. - siadł, sadzając dziewczynę na swoich kolanach. - I musielibyśmy być małżeństwem, co nie?
- Tak ci śpieszno do tego małżeństwa? - spojrzała na niego krzywo.
- Co? Ja tylko przykłady daję. - zaśmiał się, mierzwiąc jej włosy. - Możesz przecież znaleźć sobie faceta, albo jednego z twoich piesków.
- Oni są dla mnie jak bracia, Gajeel! - wrzasnęła mu w twarz. - Poza tym, znalazłam sobie faceta.
- Na serio? Kogo?
- N-no ciebie, i-idioto! - jąknęła, czerwieniąc się.
- Ej, nie burmusz tak tej swojej buźki, mała. - poklepał ją po głowie kilka razy. - Z resztą, mnie sobie nie wybrałaś.
- Jak to sobie ciebie nie wybrałam? A to co przed chwilą było, to co niby?
- Ale weź się zastanów. Jestem wielki, ludzie mnie nienawidzą, nie mam znajomych, a na dodatek jem metal, nie sprzątam po sobie i nie opuszczam deski w łazience. I jeszcze jedno - smoki wybierają swojego partnera na całe życie. Jesteś pewna, że chcesz sobie to zrobić?
W tym momencie to jego Levy uciszyła sposobem całowania. Zacisnęła w dłoniach materiał jego koszulki i pogłębiła pocałunek, po chwili się odrywając.
- Czy to wystarczy na dowód, że jestem tego pewna? - spojrzała na niego zarumieniona.
- Hmm. - zaśmiał się, przybliżając się ponownie do pocałunku, szepcząc jej prawie przy ustach. - Zastanowię się.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak mi brakowało wątku miłosnego~! Moje życie nie ma miłości, dlatego muszę dawać miłość tutaj, to smutne. Mam nadzieję, że wam się podoba i za wszelkie opóźnienia przepraszam. ^^''
Co mi ślina przyniesie
Opowiadania pisane przeze mnie~Nutałka
piątek, 20 czerwca 2014
poniedziałek, 9 czerwca 2014
26. Dzieci to kłopoty!
Rozdział w sadze : VIII
Rozdział ogółem : XXVI
Ilość słów : 1749
Adnotacje : Czasy w Edolas przypominają XIX wiek w Europie, tak szybko rozwinęli się z powodu braku magii. Jedyne czego brakuje to komórek i internetu.
~~~~~~~~~~~~
- Co?! - Heartphilia spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Przecież mieliśmy tutaj zostać dwa dni, nie mamy jak dotrzeć do Królewskiego Miasta!
- Natsu was tam zabierze. Albo Ja. - wskazała palcem na swoją odpowiedniczkę. - Pokazywałam ci przecież jak prowadzić auto.
- Ale tylko raz! - wrzasnęła na nią przerażona. - Nie umiem prowadzić auta!
- Nie zapomnisz niczego. Spokojnie. - powiedziała, uspakajając oddech. - Zadzwonię do Regulusa, on pojedzie do Królewskiego Miasta i zabierze was do króla. W szufladzie przy siedzeniu pasażera są pieniądze i mapa. Jak tylko dojedziecie do Królewskiego Miasta, idźcie do centrum i znajdźcie budkę telefoniczną. Na mapie jest wypisany numer wydawnictwa Gajeela, przekażcie mu, że dojechaliście.
- Ale czemu nie możesz jechać z nami?! Dlaczego teraz?!
- JAZDA! - dziewczyna wydarła się pokazując palcem na wyjście za barem. Ci natychmiast wyruszyli w stronę drzwi przerażeni tonem Blackwolf. Ta po chwili ruszyła za nimi i dołączyła do nich w pokoju z samochodem.
- Pamiętajcie, żeby zadzwonić. - powiedziała już spokojniejszym tonem, jednak ciągle gniewnie.
- Natsu ma chorobę lokomocyjną. - Heartphilia wtrąciła się nieco rozgoryczona, jednak po chwili Erza uderzyła chłopaka w brzuch tak mocno, że ten stracił przytomność.
- Do bagażnika z nim. - wtrąciła się, ocierając dłonie z niewidzialnego kurzu. - Lucy, siądziesz z przodu, żeby pokazywać McGarden kierunek. Gajeel, Wendy, wsiadajcie do samochodu.
- Dziękujemy za pomoc, pani Levy. - uśmiechnęła się do niej Wendy.
- Nie ma za co mała. - rozczochrała jej włosy dłonią. - Powodzenia i mam nadzieję, że już się nie zobaczymy.
- Niestety. - prychnęła McGarden, smucąc się, że nigdy już nie zobaczy Lici i Huntera.- Trzymaj się, Blackwolf!
- Nawzajem, McGarden! - wrzasnęła, otwierając przejazd dla samochodu i uciekła do środka. Levy szybko wsiadła na miejsce kierowcy, po czym reszta również zajęła swoje miejsca.
- Jak się otwiera to cholerstwo?! - wrzeszczała Heartphilia próbując otworzyć skrytkę przy siedzeniu pasażera, lecz po chwili McGarden wcisnęła guzik na szufladce, przez co się otworzyła. - Oł. Dzięki, Levy.
- Dobra, otwieraj tą mapę, nie mamy czasu. - Gajeel prychnął na blondynkę, a ta po chwili obdarzyła go złowrogim wzrokiem. Levy powoli przypomniała sobie wszystkie rzeczy, które miała pamiętać : podstawowe znaki zakazu, odpalenie silnika, nie przekraczać prędkości oraz jechać zawsze prawą stroną ulicy. Złapała za dźwignię obok siebie, powoli odpalając silnik samochodu. Przycisnęła gaz i ruszyła przed siebie z wielkim impotentem i uśmiechem na twarzy.
- Woah! - wrzasnęła z zachwytu. - To mi się podoba!
- Levy-san, zwolnij! - wrzeszczała przerażona Wendy, wtulając się w Erzę.
- Wendy ma rację! Jak nie zwolnisz, to nas pozabijasz! - wrzasnął na nią Gajeel.
- Zamknij się, ona nic takiego nie powiedziała! - spojrzała na niego w lusterku mierzwiąc złowrogo wzrokiem.
- Kłócicie się jak stare małżeństwo. - zaśmiała się Lucy, przy czym Scarlet kiwnęła jej głową na zgodę, na co oboje wykrzyknęli głośno na swoją obronę "NIKT WAS NIE PROSIŁ O ZDANIE."
- Coś tu się rusza. - szepnęła Wendy, pokazując na koc pod siedzeniem pasażera.
- Rzeczywiście, coś się rusza. - Erza pochyliła się lekko próbując sięgnąć koca.
- Że pode mną?! - Heartphilia przeraziła się. - Jezu, jak ja nienawidzę takich rzeczy!
- Spokojnie, Lucy. - usłyszeli znajomy głos, dobiegający spod koca, po czym ujrzeli białą łapę, kiedy podnosiła koc.
- Charla! - Wendy ucieszyła się, kiedy "kotka" podeszła do niej i siadła jej na kolanach.
- I my. - powiedział Pantherlily, wychodząc spod koca, razem z Happym. - Aye!
- Jak wy się tam w ogóle zmieściliście?! - Heartphilia coraz bardziej popadała w panikę.
- Ale ktoś tam jest jeszcze. - Redfox spojrzał kątem oka na ruszający się koc i cichy śmiech.
- N-no nie.. - Erza wzdrygnęła się, kiedy zobaczyła, że spod kocyka wyłania się kilka ciemnoniebieskich kosmyków włosów.
- Coś się stało? - Levy spojrzała w lusterku na Erzę.
- N-nie nic. - zaśmiała się cicho, biorąc dziewczynkę w kocyku na kolana. - Jak daleko jest jeszcze do stolicy?
- Z dwie godziny drogi minimum. - odpowiedziała Lucy, patrząc w mapę. - Na następnym skrzyżowaniu będziesz musiała skręcić w prawo Levy.
- Dzięki, Lu. - powiedziała, powoli, szykując się do skrętu. - Erza, co masz na kolanach?
- Co, ja? - powiedziała, patrząc na śpiącą dziewczynkę, owiniętą w koc. - K-koc, zimno mi trochę.
- Przecież masz na sobie zbroję, Erza. - powiedziała Lucy, lecz po chwili poczuła kopnięcie w siedzenie fotela. Mocne kopnięcie. - Ale rozumiem, że blacha jest zimna, i że ci zimno!
- Erza-san. - Wendy szepnęła w jej stronę. - Co ona tutaj robi?!
- Nie mam zielonego poję...
- Więc, Happy, Charla, Lily. - przerwała im Levy. - Co wy tutaj robicie?
- Próbowaliśmy gdziekolwiek wyjść, ale się zgubiliśmy. - zaczęła Charla. - Na dodatek ten głupi niebieski kocur gdzieś zwiał i nie mogliśmy go z Lilym znaleźć.
- Wszedłem tylko do samochodu. - powiedział niebieski exceed smutnym głosem. - No po prostu no.
- Dobra, nie czas na kłótnie. - wrzasnęła McGarden, skręcając ostro. - Teraz macie myśleć, jak dostaniemy się do Mystguna, jak broni go pierdylion straży!
- Levy, jak ty się odzywasz! - wrzasnęła na nią Lucy, odrywając wzrok od mapy.
- Wybacz Lu, udziela mi się, będąc tutaj. Coraz bardziej denerwuję się tym, że nie wrócimy już do domu.
- Spokojnie. - Wendy spojrzała na nią z uśmiechem. - Na pewno dostaniemy się do domu, Levy-san!
Po chwili zdawało się słyszeć uderzenie w klapę bagażnika.
*******
- W końcu! - wrzasnęła Lucy, wyskakując z samochodu, zaparkowanego w dość dobry sposób jak na pierwszy raz na parkingu niedaleko centrum. - Myślałam, że to nigdy się nie skończy. Dobra robota, Levy!
- Dziękuję, Lu. - uśmiechnęła się, zamykając za sobą drzwi od samochodu. - Bylibyśmy tutaj szybciej, gdyby ktoś nie wypuścił Natsu z bagażnika.
- Przepraszam, Levy. - powiedział smutnie niebieski exceed, spuszczając głowę.
- Powinieneś raczej przeprosić Erzę. - Wendy zwróciła się w stronę exceeda.
- Wendy ma rację. - Charla stanęła przy niebieckim "kocie" klepiąc go w ramię. - Może ci wybaczy.
- Ale ja nie wiem, czy Levy wybaczy mi zarzyganą tapicerkę. - nad McGarden krązyła ciemna aura, taka sama jak nad Happym. - Może nie zauważy.
- Wątpiłbym. - powiedział Redfox dołączając do grupki, uciekającej od gniewnej Erzy, goniącej Natsu. - Poczekajmy jeszcze chwilę, może w końcu się zmęczą.
******
- Nie mogę uwierzyć. - chrząknęła Lucy. - To już prawie godzina jak go tak goni!
- Nie mam do nich siły. - na czole Redfoxa zaczęła pulsować mała żyłka.
- Zaraz, co to? - McGarden podeszła do samochodu i zobaczyła małą śpiącą osóbkę, przykrytą kocem na tylnych siedzeniach. - CO?! ERZAA!
- No to poczekamy tutaj kolejną godzinę. - mruknęli prawie jednocześnie.
******
- Przepraszam, Levy. - Erza masowała tył głowy, idąc przed siebie. - Chciałam ci powiedzieć, ale..
- Ale co?! - wrzasnęła na nią. - Jakbyś powiedziała nam wcześniej, to mogłabym ją chociaż odwieźć! Wiesz jak jej matka i ojciec się pewno teraz zamartwiają?!
- Ej, Levy, spokojnie. - blondynka złapała ją za ramię. - Erza nie chciała. Zadzwonisz do nich, prawda?
- Tak. - westchnęła uspakajając się powoli. - Tam stoi telefon. Chodź ze mną Lucy.
- Tak jest!
*******
- Blackwolf, słucham? - usłyszała męski głos w słuchawce.
- Czekaj, czy ja dobrze to.. ah! Gajeel?
- Przy telefonie.
- To ja, Levy! - uśmiechnęła się do słuchawki. - Chciałam przekazać, że dojechaliśmy do Królewskiego Miasta.
- To oni?! - dało się słyszeć po drugiej stronie. - Dawaj ich! Nie sprzeciwiaj mi się, Gajeel! Levy, to ty?
- Tak, to ja. - uśmiechnęła się dość mocno. - Zaraz, czy ty..
- Wcale nie płakałam, jeśli to chcesz wiedzieć. - wrzasnęła do słuchawki gniewnie. - Po prostu mam kłopoty z dziećmi, nie mogę nigdzie znaleźć Lici. Czy Loki już tam jest?
- Jeszcze nigdzie go nie znaleźliśmy. - powiedziała z zakłopotaniem. - Może jeszcze dojeżdża?
- Możliwe, jak dzwoniłam do salonu, odebrała Aries. - powiedziała spokojniej, jednak ciągle z oburzeniem. - Powinien niedługo być. Powiedziałam mu, że najwyżej będziecie pod pałacem przed wyjazdem.
- Rozumiem, spróbujemy się tam jakoś dostać. - ścisnęła mocniej słuchawkę.
- Dobra, chcesz jeszcze czegoś?
- T-tak. - mina Levy pokazywała jej przerażenie. - Chodzi o Licę.
- Uciekła Gajeelowi, jeśli to chcesz wiedzieć. - chrząknęła. - Kiedy powiedział jej, że ciocia z wujkiem muszą jechać, zaczęła płakać, że się nie pożegnała. Do tej pory nie możemy jej znaleźć.
- Ona jest tu z nami. - w końcu wydusiła z siebie informację i odsunęła telefon od ucha.
- Co?
- Lica jest z nami...
- JAK TO LICA JEST Z WAMI?! - słyszała, mimo że słuchawka była oddalona od jej twarzy na odległość wyciągniętej ręki. - NO ZARAZ MNIE SZLAG TRAFI. DLACZEGO NIE WRÓCILIŚCIE Z NIĄ?!
- Erza powiedziała mi o niej dopiero kiedy dojechaliśmy. - powiedziała, po chwili przykładając słuchawkę z powrotem do ucha, lecz po wypowiedzeniu się, ponownie ją odsunęła.
- Gajeel, porozmawiaj z nią, bo ja nie mam siły!
- Halo? - przybliżyła słuchawkę do twarzy.
- Tu Gajeel. - powiedział dość spokojnym głosem. - Nie martwcie się nią, po prostu ma dzisiaj gorszy dzień.
- GORSZY? TY NAWET MNIE NIE DENERWUJ.
- Same słyszycie. - zaśmiał się cicho. - Będę już kończył. Spotkacie Lokiego pod pałacem. Powodzenia.
Po chwili pożegnała się i odłożyła słuchawkę. Odwróciła się na pięcie w stronę przyjaciółki i stojącego obok nich niebieskiego exceeda, tłumacząc im krzyki ze słuchawki. Blondynka tylko lekko się wzdrygnęła i ruszyła w stronę grupy siedzącej niedaleko wraz z Levy, by wytłumaczyć im co zaszło. Usiedli razem przy stoliku kawiarenki i dokończyli plan, dzięki któremu mieli dostać się do pałacu zamkowego.
*******
- Proszę, uspokój się. - powiedział, machając w jej stronę dłońmi.
- Nie uspokoję się! - mówiła, wręcz łkała. - Jedno z moich dzieci jest prawie na drugim końcu kraju! W stolicy! Z obcymi ludźmi!
- Po prostu tam pojedźmy! - wrzasnął w końcu, wstając z fotela w jego biurze. - Po prostu tam Levy pojedźmy.
- A co z Hunterem?! - wrzasnęła, wtulając się w męża. - Jedno dziecko daleko,a drugie jest chore! Nie mogę go zostawić! Nie mam z kim!
- Posłuchaj. - mężczyzna złapał żonę za ramiona i lekko odsunął ją od siebie, żeby spojrzeć w jej przeszklone oczy. - Jutro z rana przyjedzie Alzack z Biscą. Poprosimy, żeby pojechali i przypilnowali Huntera, a my wtedy pojedziemy po małą. Dobrze?
Kiwnęła powoli głową, ponownie wtulając się w mężczyznę przed nią. Kiedyś go nienawidziła, teraz był jej bliższy niż ktokolwiek był. Mężczyzna, któremu to raz ona uratowała życia, to raz on jej. Ojciec jej dzieci, pan jej życia. Gdyby nie on, kto wie, co by działo się z Fairy Tail. Czasem była na niego zła za to, że inne kobiety (tj. z większą klatką piersiową) patrzą się na niego z ciekawością. Ale tylko udawała. Wiedziała, że ona posiada jego całkowitą uwagę. Za to się cieszyła jak nigdy, nawet tego nie ukazując.
- Cśśś. - szepnął, głaszcząc jej włosy. - Wszystko będzie dobrze.
- Mam taką nadzieję, czterooki.
~~~~~~~~~~
Wróciłam z wycieczki i specjalnie dla moich nieistniejących pewno czytelników łamię zasady i wstawiam 9-go \;w;/. Mam nadzieję, że się wam podoba.
Rozdział ogółem : XXVI
Ilość słów : 1749
Adnotacje : Czasy w Edolas przypominają XIX wiek w Europie, tak szybko rozwinęli się z powodu braku magii. Jedyne czego brakuje to komórek i internetu.
~~~~~~~~~~~~
- Co?! - Heartphilia spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Przecież mieliśmy tutaj zostać dwa dni, nie mamy jak dotrzeć do Królewskiego Miasta!
- Natsu was tam zabierze. Albo Ja. - wskazała palcem na swoją odpowiedniczkę. - Pokazywałam ci przecież jak prowadzić auto.
- Ale tylko raz! - wrzasnęła na nią przerażona. - Nie umiem prowadzić auta!
- Nie zapomnisz niczego. Spokojnie. - powiedziała, uspakajając oddech. - Zadzwonię do Regulusa, on pojedzie do Królewskiego Miasta i zabierze was do króla. W szufladzie przy siedzeniu pasażera są pieniądze i mapa. Jak tylko dojedziecie do Królewskiego Miasta, idźcie do centrum i znajdźcie budkę telefoniczną. Na mapie jest wypisany numer wydawnictwa Gajeela, przekażcie mu, że dojechaliście.
- Ale czemu nie możesz jechać z nami?! Dlaczego teraz?!
- JAZDA! - dziewczyna wydarła się pokazując palcem na wyjście za barem. Ci natychmiast wyruszyli w stronę drzwi przerażeni tonem Blackwolf. Ta po chwili ruszyła za nimi i dołączyła do nich w pokoju z samochodem.
- Pamiętajcie, żeby zadzwonić. - powiedziała już spokojniejszym tonem, jednak ciągle gniewnie.
- Natsu ma chorobę lokomocyjną. - Heartphilia wtrąciła się nieco rozgoryczona, jednak po chwili Erza uderzyła chłopaka w brzuch tak mocno, że ten stracił przytomność.
- Do bagażnika z nim. - wtrąciła się, ocierając dłonie z niewidzialnego kurzu. - Lucy, siądziesz z przodu, żeby pokazywać McGarden kierunek. Gajeel, Wendy, wsiadajcie do samochodu.
- Dziękujemy za pomoc, pani Levy. - uśmiechnęła się do niej Wendy.
- Nie ma za co mała. - rozczochrała jej włosy dłonią. - Powodzenia i mam nadzieję, że już się nie zobaczymy.
- Niestety. - prychnęła McGarden, smucąc się, że nigdy już nie zobaczy Lici i Huntera.- Trzymaj się, Blackwolf!
- Nawzajem, McGarden! - wrzasnęła, otwierając przejazd dla samochodu i uciekła do środka. Levy szybko wsiadła na miejsce kierowcy, po czym reszta również zajęła swoje miejsca.
- Jak się otwiera to cholerstwo?! - wrzeszczała Heartphilia próbując otworzyć skrytkę przy siedzeniu pasażera, lecz po chwili McGarden wcisnęła guzik na szufladce, przez co się otworzyła. - Oł. Dzięki, Levy.
- Dobra, otwieraj tą mapę, nie mamy czasu. - Gajeel prychnął na blondynkę, a ta po chwili obdarzyła go złowrogim wzrokiem. Levy powoli przypomniała sobie wszystkie rzeczy, które miała pamiętać : podstawowe znaki zakazu, odpalenie silnika, nie przekraczać prędkości oraz jechać zawsze prawą stroną ulicy. Złapała za dźwignię obok siebie, powoli odpalając silnik samochodu. Przycisnęła gaz i ruszyła przed siebie z wielkim impotentem i uśmiechem na twarzy.
- Woah! - wrzasnęła z zachwytu. - To mi się podoba!
- Levy-san, zwolnij! - wrzeszczała przerażona Wendy, wtulając się w Erzę.
- Wendy ma rację! Jak nie zwolnisz, to nas pozabijasz! - wrzasnął na nią Gajeel.
- Zamknij się, ona nic takiego nie powiedziała! - spojrzała na niego w lusterku mierzwiąc złowrogo wzrokiem.
- Kłócicie się jak stare małżeństwo. - zaśmiała się Lucy, przy czym Scarlet kiwnęła jej głową na zgodę, na co oboje wykrzyknęli głośno na swoją obronę "NIKT WAS NIE PROSIŁ O ZDANIE."
- Coś tu się rusza. - szepnęła Wendy, pokazując na koc pod siedzeniem pasażera.
- Rzeczywiście, coś się rusza. - Erza pochyliła się lekko próbując sięgnąć koca.
- Że pode mną?! - Heartphilia przeraziła się. - Jezu, jak ja nienawidzę takich rzeczy!
- Spokojnie, Lucy. - usłyszeli znajomy głos, dobiegający spod koca, po czym ujrzeli białą łapę, kiedy podnosiła koc.
- Charla! - Wendy ucieszyła się, kiedy "kotka" podeszła do niej i siadła jej na kolanach.
- I my. - powiedział Pantherlily, wychodząc spod koca, razem z Happym. - Aye!
- Jak wy się tam w ogóle zmieściliście?! - Heartphilia coraz bardziej popadała w panikę.
- Ale ktoś tam jest jeszcze. - Redfox spojrzał kątem oka na ruszający się koc i cichy śmiech.
- N-no nie.. - Erza wzdrygnęła się, kiedy zobaczyła, że spod kocyka wyłania się kilka ciemnoniebieskich kosmyków włosów.
- Coś się stało? - Levy spojrzała w lusterku na Erzę.
- N-nie nic. - zaśmiała się cicho, biorąc dziewczynkę w kocyku na kolana. - Jak daleko jest jeszcze do stolicy?
- Z dwie godziny drogi minimum. - odpowiedziała Lucy, patrząc w mapę. - Na następnym skrzyżowaniu będziesz musiała skręcić w prawo Levy.
- Dzięki, Lu. - powiedziała, powoli, szykując się do skrętu. - Erza, co masz na kolanach?
- Co, ja? - powiedziała, patrząc na śpiącą dziewczynkę, owiniętą w koc. - K-koc, zimno mi trochę.
- Przecież masz na sobie zbroję, Erza. - powiedziała Lucy, lecz po chwili poczuła kopnięcie w siedzenie fotela. Mocne kopnięcie. - Ale rozumiem, że blacha jest zimna, i że ci zimno!
- Erza-san. - Wendy szepnęła w jej stronę. - Co ona tutaj robi?!
- Nie mam zielonego poję...
- Więc, Happy, Charla, Lily. - przerwała im Levy. - Co wy tutaj robicie?
- Próbowaliśmy gdziekolwiek wyjść, ale się zgubiliśmy. - zaczęła Charla. - Na dodatek ten głupi niebieski kocur gdzieś zwiał i nie mogliśmy go z Lilym znaleźć.
- Wszedłem tylko do samochodu. - powiedział niebieski exceed smutnym głosem. - No po prostu no.
- Dobra, nie czas na kłótnie. - wrzasnęła McGarden, skręcając ostro. - Teraz macie myśleć, jak dostaniemy się do Mystguna, jak broni go pierdylion straży!
- Levy, jak ty się odzywasz! - wrzasnęła na nią Lucy, odrywając wzrok od mapy.
- Wybacz Lu, udziela mi się, będąc tutaj. Coraz bardziej denerwuję się tym, że nie wrócimy już do domu.
- Spokojnie. - Wendy spojrzała na nią z uśmiechem. - Na pewno dostaniemy się do domu, Levy-san!
Po chwili zdawało się słyszeć uderzenie w klapę bagażnika.
*******
- W końcu! - wrzasnęła Lucy, wyskakując z samochodu, zaparkowanego w dość dobry sposób jak na pierwszy raz na parkingu niedaleko centrum. - Myślałam, że to nigdy się nie skończy. Dobra robota, Levy!
- Dziękuję, Lu. - uśmiechnęła się, zamykając za sobą drzwi od samochodu. - Bylibyśmy tutaj szybciej, gdyby ktoś nie wypuścił Natsu z bagażnika.
- Przepraszam, Levy. - powiedział smutnie niebieski exceed, spuszczając głowę.
- Powinieneś raczej przeprosić Erzę. - Wendy zwróciła się w stronę exceeda.
- Wendy ma rację. - Charla stanęła przy niebieckim "kocie" klepiąc go w ramię. - Może ci wybaczy.
- Ale ja nie wiem, czy Levy wybaczy mi zarzyganą tapicerkę. - nad McGarden krązyła ciemna aura, taka sama jak nad Happym. - Może nie zauważy.
- Wątpiłbym. - powiedział Redfox dołączając do grupki, uciekającej od gniewnej Erzy, goniącej Natsu. - Poczekajmy jeszcze chwilę, może w końcu się zmęczą.
******
- Nie mogę uwierzyć. - chrząknęła Lucy. - To już prawie godzina jak go tak goni!
- Nie mam do nich siły. - na czole Redfoxa zaczęła pulsować mała żyłka.
- Zaraz, co to? - McGarden podeszła do samochodu i zobaczyła małą śpiącą osóbkę, przykrytą kocem na tylnych siedzeniach. - CO?! ERZAA!
- No to poczekamy tutaj kolejną godzinę. - mruknęli prawie jednocześnie.
******
- Przepraszam, Levy. - Erza masowała tył głowy, idąc przed siebie. - Chciałam ci powiedzieć, ale..
- Ale co?! - wrzasnęła na nią. - Jakbyś powiedziała nam wcześniej, to mogłabym ją chociaż odwieźć! Wiesz jak jej matka i ojciec się pewno teraz zamartwiają?!
- Ej, Levy, spokojnie. - blondynka złapała ją za ramię. - Erza nie chciała. Zadzwonisz do nich, prawda?
- Tak. - westchnęła uspakajając się powoli. - Tam stoi telefon. Chodź ze mną Lucy.
- Tak jest!
*******
- Blackwolf, słucham? - usłyszała męski głos w słuchawce.
- Czekaj, czy ja dobrze to.. ah! Gajeel?
- Przy telefonie.
- To ja, Levy! - uśmiechnęła się do słuchawki. - Chciałam przekazać, że dojechaliśmy do Królewskiego Miasta.
- To oni?! - dało się słyszeć po drugiej stronie. - Dawaj ich! Nie sprzeciwiaj mi się, Gajeel! Levy, to ty?
- Tak, to ja. - uśmiechnęła się dość mocno. - Zaraz, czy ty..
- Wcale nie płakałam, jeśli to chcesz wiedzieć. - wrzasnęła do słuchawki gniewnie. - Po prostu mam kłopoty z dziećmi, nie mogę nigdzie znaleźć Lici. Czy Loki już tam jest?
- Jeszcze nigdzie go nie znaleźliśmy. - powiedziała z zakłopotaniem. - Może jeszcze dojeżdża?
- Możliwe, jak dzwoniłam do salonu, odebrała Aries. - powiedziała spokojniej, jednak ciągle z oburzeniem. - Powinien niedługo być. Powiedziałam mu, że najwyżej będziecie pod pałacem przed wyjazdem.
- Rozumiem, spróbujemy się tam jakoś dostać. - ścisnęła mocniej słuchawkę.
- Dobra, chcesz jeszcze czegoś?
- T-tak. - mina Levy pokazywała jej przerażenie. - Chodzi o Licę.
- Uciekła Gajeelowi, jeśli to chcesz wiedzieć. - chrząknęła. - Kiedy powiedział jej, że ciocia z wujkiem muszą jechać, zaczęła płakać, że się nie pożegnała. Do tej pory nie możemy jej znaleźć.
- Ona jest tu z nami. - w końcu wydusiła z siebie informację i odsunęła telefon od ucha.
- Co?
- Lica jest z nami...
- JAK TO LICA JEST Z WAMI?! - słyszała, mimo że słuchawka była oddalona od jej twarzy na odległość wyciągniętej ręki. - NO ZARAZ MNIE SZLAG TRAFI. DLACZEGO NIE WRÓCILIŚCIE Z NIĄ?!
- Erza powiedziała mi o niej dopiero kiedy dojechaliśmy. - powiedziała, po chwili przykładając słuchawkę z powrotem do ucha, lecz po wypowiedzeniu się, ponownie ją odsunęła.
- Gajeel, porozmawiaj z nią, bo ja nie mam siły!
- Halo? - przybliżyła słuchawkę do twarzy.
- Tu Gajeel. - powiedział dość spokojnym głosem. - Nie martwcie się nią, po prostu ma dzisiaj gorszy dzień.
- GORSZY? TY NAWET MNIE NIE DENERWUJ.
- Same słyszycie. - zaśmiał się cicho. - Będę już kończył. Spotkacie Lokiego pod pałacem. Powodzenia.
Po chwili pożegnała się i odłożyła słuchawkę. Odwróciła się na pięcie w stronę przyjaciółki i stojącego obok nich niebieskiego exceeda, tłumacząc im krzyki ze słuchawki. Blondynka tylko lekko się wzdrygnęła i ruszyła w stronę grupy siedzącej niedaleko wraz z Levy, by wytłumaczyć im co zaszło. Usiedli razem przy stoliku kawiarenki i dokończyli plan, dzięki któremu mieli dostać się do pałacu zamkowego.
*******
- Proszę, uspokój się. - powiedział, machając w jej stronę dłońmi.
- Nie uspokoję się! - mówiła, wręcz łkała. - Jedno z moich dzieci jest prawie na drugim końcu kraju! W stolicy! Z obcymi ludźmi!
- Po prostu tam pojedźmy! - wrzasnął w końcu, wstając z fotela w jego biurze. - Po prostu tam Levy pojedźmy.
- A co z Hunterem?! - wrzasnęła, wtulając się w męża. - Jedno dziecko daleko,a drugie jest chore! Nie mogę go zostawić! Nie mam z kim!
- Posłuchaj. - mężczyzna złapał żonę za ramiona i lekko odsunął ją od siebie, żeby spojrzeć w jej przeszklone oczy. - Jutro z rana przyjedzie Alzack z Biscą. Poprosimy, żeby pojechali i przypilnowali Huntera, a my wtedy pojedziemy po małą. Dobrze?
Kiwnęła powoli głową, ponownie wtulając się w mężczyznę przed nią. Kiedyś go nienawidziła, teraz był jej bliższy niż ktokolwiek był. Mężczyzna, któremu to raz ona uratowała życia, to raz on jej. Ojciec jej dzieci, pan jej życia. Gdyby nie on, kto wie, co by działo się z Fairy Tail. Czasem była na niego zła za to, że inne kobiety (tj. z większą klatką piersiową) patrzą się na niego z ciekawością. Ale tylko udawała. Wiedziała, że ona posiada jego całkowitą uwagę. Za to się cieszyła jak nigdy, nawet tego nie ukazując.
- Cśśś. - szepnął, głaszcząc jej włosy. - Wszystko będzie dobrze.
- Mam taką nadzieję, czterooki.
~~~~~~~~~~
Wróciłam z wycieczki i specjalnie dla moich nieistniejących pewno czytelników łamię zasady i wstawiam 9-go \;w;/. Mam nadzieję, że się wam podoba.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
25. Śniadanie
Rozdział w sadze :VII
Rozdział ogółem :XXV
Ilość słów : 1850
Adnotacje : Wiem, że rozdział jest straszliwie pomieszany i niezespolony, lecz.. nie umiem się wytłumaczyć na swoją obronę, po prostu przepraszam.
~~~~~~~~~~~~~~~~
- Właśnie! - Lucy odwróciła się w stronę Natsu. - Natsu ma rację. Nigdzie nie było z nami Lisanny! Nawet na noc!
- Może jest już na sali. - uśmiechnęła się lekko McGarden. - Pewno spała z tutejszą Mirą, dawno się nie widziały, a wiesz, że Lisanna przeżyła tutaj aż dwa lata.
- Sprawdźmy więc. - powiedziała spokojnie Erza idąc na salę.
Po chwili cała grupa uchyliła drzwi do sali i weszła wolnym krokiem. Na sali siedziała już Cana z Warrenem, Wakabą i tutejszym Natsu. Siedzieli i cicho popijali herbatę jedząc swoje śniadanie. W końcu Cana spojrzała na grupkę stojącą przy ladzie i rozpromieniała na twarzy. Zaraz po niej na grupkę podchodzącą do stolika spojrzał Warren z Wakabą, a nawet Natsu oderwał twarz od stolika.
- Oh! Ziemksi ja! - uśmiechnął się chłopak. - Cześć ja!
- Cześć! - machnął wesoło do chłopaka, na co ten lekko się wzdrygnął. - Co u ciebie słychać?
- Oprócz tego że pracuję na zlecenia królestwa mam zakład z Levy. Jest świetnym mechanikiem!
- Naprawdę? - McGarden spojrzała na chłopaka zza Natsu.
- Tak, mama z wujkiem Natsu sprzedają samochody tam gdzie mama zabrała ciebie i ciocię Wendy. - dziewczynka na rękach Redfoxa spojrzała na odpowiedniczkę swojej matki. - Wujek Natsu przywozi też stare samochody z czasów magii i razem z mamusią naprawiają je tak, by były teraz zdatne do użycia.
- Lica ma rację. - uśmiechnęła się Cana. - Ta dwójka naprawdę pomaga nam tutaj utrzymywać się, lecz wszystko robią dalej na czarno.
- Na czarno? - spytała zdziwiona Heartphilia. - I jak to utrzymują was tutaj? Mieszkacie tu w tej norze?!
- Nikt nie chce dać pracy ani mieszkania komuś, kto robi zlecenia dla Królestwa.
- Naprawdę? - spytała Scarlet siadając obok dziewczyny w jasnej sukience. - Myślałam, że po skończeniu Tyranii waszego starego króla nie będzie już kłopotów.
- Też tak myśleliśmy. - wtrącił się Warren popijając łyk kawy. - Ale większość ludzi z kraju nienawidzi Króla za usunięcie magii z tego świata i próbują wszystkiego, żeby się na nim zemścić.
- Tak jak to było z ludźmi w zamku? - spytała Wendy, patrząc na Warrena.
- Dokładnie. Widzę, że byliście u Regulusa. - zaśmiał się wesoło. - Może chcecie coś do jedzenia? Pewno jesteście głodni.
- I to strasznie! - wrzasnął różowowłosy wymachując dłońmi we wszystkie strony. - A poza tym widzieliście Lisannę?
- Lisanna wyjechała z Mirajane z samego rana do Elfmana. Dzisiaj w nocy.
- Pewno to obudziło tatusia. - spojrzała na nią Lica. - Chcę na dół.
Gajeel prychnął cicho, bo szczerze nie chciał puszczać dziewczynki, lecz na jej żądanie postawił ją na ziemi, a ta stanęła przy Levy. Szarpnęła ją za rękaw nowej sukienki, przez co ta wstała i zaczęła bawić się z małą.
- Tak dużo się u was tutaj stało przez te 7 lat. - uśmiechnęła się Heartphilia patrząc na Canę.
- Właśnie. Dlaczego wy się nic nie zmieniliście przez te 7 lat? - spojrzał na nią EdoNatsu po czym na Erzę. - Kompletnie nic a nic.
- Po powrocie do domu mieliśmy egzaminy na maga wyższej klasy. - mówiła Erza. - Wypłynęliśmy na wyspę Tenrou gdzie miały się odbyć, lecz tam mieliśmy dużo nieprzyjemności. Zaatakował nas Smoczy Król i cudem dzięki zaklęciu Pierwszej przeżyliśmy. Jedynym minusem jest to, że straciliśmy 7 lat naszego życia.
- Czyli was zahibernowało? - spojrzał na nich Warren, kładąc na stole kilka rzeczy przydatnych do robienia śniadania i kilka kubków. - Też bym tak chciał się nie zestarzeć czy coś. Kawy czy herbaty?
***
- Spójrz! - zawołała dziewczynka siedząca na ziemi pokazując siedzącej obok niej McGarden obrazek, narysowany na kartce. - Ładne?
- Łał! - dziewczyna uśmiechnęła się. - Wygląda troszkę jak Asuka! Czy to miała być ona?
- Tak! - dziewczynka uśmiechnęła się szczęśliwa. - Skąd wiedziałaś?!
- U nas w gildii także jest Asuka. I wygląda dokładnie tak samo!
- Naprawdę?! - dziewczynka zaczęła biegać wokół McGarden. - Chciałabym zaprzyjaźnić się także z tamtą Asuką!
- Spokojnie Lica! Usiądź!
- Najpierw mnie złap! - zaśmiała się i uciekła w stronę korytarza, po czym Levy pobiegła za nią, próbując ją złapać.
- Lica jest naprawdę żywa. - zaśmiała się Bisca, siedząca na kolanach Alzacka. - Nieprawdaż, Al Al?
- Oczywiście Bis Bis. - zaśmiał się przytulając bardziej żonę.
- Lica to śliczne imię jak dla dziewczynki. - uśmiechnęła się Erza, lecz na jej twarzy było widać lekkie zakłopotanie siedzącej obok Bisci i Alzacka, lecz wszyscy byli speszeni, co nie wprawiało nikogo w osłupienie.
- Nazwali ją tak z nazwiska najlepszego przyjaciela jej ojca. Hunter ma po nim imię. - Cana machnęła ręką, upijając łyk herbaty z filiżanki. - Jak mu tam było, jakoś tak śmiesznie. Hunter Metalicana bodajże.
- Ej. - Natsu obrócił się w stronę Gajeela. - A czy to nie był smok, który cię wychowywał?
- Porylusica to przecież Grandine z tego świata. - wtrąciła się Wendy odwracając głowę od Bisci i Alzacka. - Więc możliwe, że tutaj istniał Metalicana i najprawdopodobniej znał się z panem Gajeelem.
- Co? - Wakaba spojrzał na chłopaka siedzącego obok niego. - Nie wyglądasz trochę jak ten nasz tutejszy Gajeel przez ten piercing i tym podobne, ale z zachowania jesteś troszkę do niego podobny.
- I Hunter jest do niego podobny. - Warren spojrzał na niego kątem oka. - Lica po części też, ma jego oczy.
- Zaraz, co?! - warknął smoczy Zabójca wstając od stołu. - Co wy pieprzycie?!
- To ty nie wiesz Gajeel? - Lucy spojrzała na niego.
- O czym mam niby wiedzieć blondyno?! - prychnął charakterystycznie.
- O tym, że Lica i Hunter to twoje dzieci. - zaśmiał się z niego Dragneel. - Nawet ojcem być nie potrafisz!
- Idioto to nie moje dzieci, ja nawet tu nie mieszkam! A po drugie, to myślałem że one są Kre... - w tym momencie twarz Gajeela zastygła. On i tutejsza Krewetka mają dzieci?! Oczywiście sądził, że jest ostrzejsza i fajniejsza niż Krewetka z Ziemi, ale no, bez przesady. I na dodatek żona?! O Boże, umarł od środka.Jak on z Edolas mógł w ogóle się ożenić?! Jemu by to przez myśl nie przeszło! Oczywiście Krewetka to co innego... ale no kurde! NA DODATEK DZIECI?!
- Gajeel? - Wendy machnęła przed jego skamieniałą twarzą dłonią kilka razy. - Gajeel-san?
- No i go dobiłeś Natsu. - Lucy westchnęła cicho, opierając twarz o stół.
****
- A wiesz, że tata uratował mamę z pożaru? - Lica spojrzała na swoją "ciotkę" siedzącą obok niej na łóżku w jej pokoju.
- Naprawdę? - zaśmiała się lekko zafascynowana. - Opowiadała ci o tym?
- Mhm! Tatuś opowiada mi i Hunterowi historie na dobranoc! Opowiadał ostatnio jak poznał się z mamą.
- Uratował ją z pożaru?
- Nieee! - roześmiała się mała Blackwolf. - Mama i tatuś poznali się przypadkiem, kiedy przyszedł dać informacje dla cioci Lu. Potem zaczął się zaprzyjaźniać z mamusią i w pewnym momencie ktoś podpalił do mamy.
- Tata powiedział ci kto to był? - spojrzała na nią dość smutnie.
- Mówił nam że to był wujek Jet i wujek Droy, ale jakoś nie mogliśmy z Hunterem w to uwierzyć. Wtedy tata uratował mamusię z pożaru.
Na twarzy Levy pojawił się lekki strach. Jak Jet i Droy mogli podpalić dom swojej partnerki? A co jakby to się stało na Ziemi, gdyby dowiedzieli się, że ona kocha Gajeela i chce z nim być? Co jakby tak się stało? Nie chciała tego z całego serca. Nie chciała zdrady swoich braci. Lica spojrzała na nią i na jej niepewną, lecz smutną twarz. Takie emocje przecież już dziecko mogło rozróżnić.
- Ciociu? - wyrwała ją z jej transu myśli.
- Wybacz Lica. - zachichotała, przecierając oczy. - Chodźmy coś zjeść, bo nic dzisiaj nie jadłaś.
*****
- Siedzi tak od dwudziestu minut. - Erza była coraz bardziej przerażona Gajeelem i jego umiejętnością bycia zszokowanym. Albo po prostu tak wolno myślał, jak ma zareagować. No dobra, może coś się tam troszkę podkapował z tymi dziećmi, bo on jedyny w Fairy Tail ma czerwone oczy, ale no kurwa co?! Na dodatek te dzieciaki mają imiona po Metalicanie. Po jego ojcu. Ja pierdolę, to będzie coraz bardziej skomplikowane, dam za to głowę i 50 klejnotów.
- Łiiii! - na salę wbiegła McGarden z małą Licą na rękach, rozłożonymi jak samolot.
- Dobra mała, a teraz lądujemy, nie mam siły, bo nic dzisiaj nie jadłam. - powiedziała, kładąc dziewczynkę na podłodze.
- A ja też mogę coś słodkiego? - spojrzała na nią z maślanymi oczami.
- Może rogala z dżemem, Lica? - zawołała na nią Cana, łapiąc za pieczywo. - Chcesz?
- Jasne! - dziewczynka podbiegła do ciotki siadając jej na kolanach ze śmiechem na twarzy, natomiast Levy podeszła do stolika i usiadła obok ciągle skamieniałego Gajeela, który o dziwo nagle się ruszył.
- A jemu co było? - wskazała na niego palcem.
- Dwadzieścia dwie minuty i trzydzieści cztery sekundy. - powiedział Warren, zabierając wzrok z zegarka na ręce Wakaby. - Nieźle.
- Ten idiota po prostu długo myśli. - warknął Dragneel.
- Co żeś powiedział, Płomyczku? - Redfox wymierzył w niego pięścią. - Nie twoja sprawa co robię idioto!
- Co tu się stało? - Levy patrzyła zakłopotana na wszystkich zebranych. - Ktoś mi powie? Erza? Lu? Wendy?
- Natsu się wygadał. - szepnęła jej na ucho niebieskowłosa, na co ta lekko się wzdrygnęła. - O tutejszym Gajeelu.
- Ou. - na jej twarzy pojawił się lekki rumieniec.
- To wujek i ciocia nie są razem jak mama i tata? - Lica spojrzała znad swojego rogala z dżemem malinowym na ludzi zebranych przy stole i nagle wszyscy znieruchomieli.
- No właśnie. - Lucy spojrzała z chytrą miną na McGarden.
- Z tego co pamiętam, to zniknęliście na Festynie Plonów na jakiś czas. - Erza spojrzała z podobną miną na Redfoxa. - Nie chcecie nam czegoś powiedzieć?
- Dość już! - Wendy wstała i wrzasnęła z całą siłą płuc. - Czy moglibyśmy zjeść do końca śniadanie i ruszyć w końcu do Królewskiego Miasta, żeby wrócić do domu?
- Masz rację Wendy. - Erza spojrzała na nią kiwając lekko głową. - Ja już skończyłam. Pójdę się przejść, chodź ze mną Lucy.
- Ale że ja? Ja jeszcze nie.. - blondynka nie dokończyła, bo po chwili była ciągnięta przez szkarłatnowłosą za kołnierz.
- To ja może też się przejdę. - Warren wstał od stołu i szybko wyszedł z sali.
- Warren, czekaj! Pójdziemy na górę do wydawnictwa! - wrzasnął na niego Wakaba, po czym za nim wybiegł. Przy stole została już tylko McGarden, Redfox, Marvel, Dragneel, mała Blackwolf na kolanach EdoCalberony.
- Pst. - Levy szturchnęła Wendy w ramię. - Dziękuję, Wendy.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się w stronę dziewczyny.
- Czyli jednak coś między wami jest? - Dragneel wskazał palcami na Levy i siedzącego obok niej chłopaka.
- Oj zamknij już mordę i żryj, bo cię zaraz jebnę. - warknął z ustami wypełnionymi bułkami. Tymczasem mała Lica odwróciła głowę w stronę drzwi od strony wydawnictwa.
- Mama?
Wszyscy jednocześnie odwrócili się w stronę drzwi. W progu stała EdoLevy zaciskając pięści na futrynie. Była zdyszana. Włosy miała porozrzucane po twarzy i lepiły się od potu. Ledwo łapała oddech, a na jej twarzy było widać wnerwienie. Czyste wnerwienie.
- Idź do taty, Lica. - w końcu wysapała.
- Mamo, czy z Hunterem wszystko w porządku?
- Na górę! - wrzasnęła, sapiąc coraz mocniej. - Ojciec już na ciebie czeka.
Dziewczyna złapała rogala w zęby i szybko wybiegła za matką z przerażoną miną.
- Czy wszystko w porządku? - spytała Levy, patrząc na sapiącą dziewczynę. - Ona chciała tylko wiedzieć co z jej bratem.
- Nie możecie tutaj już dłużej zostać.
~~~~~~~~~~~~~~~~
ZAM ZAM ZAM! Zwrot akcji! Jako, że jutro wyjeżdżam wieczorkiem i nie będzie mnie do końca tygodnia to wstawiam to dzisiaj, jednocześnie nie łamiąc mojej zasady dodawania rzeczy w parzyste dni miesiąca. Jestem już przy pisaniu 28 i 29 rozdziału (zaczęłam jeden, ale postanowiłam, że będzie później więc piszę kolejny). Czyta ktoś z was mangę? Mnie manga teraz rozwala no. Lucy w końcu się na coś przydała, walcząc z Tartarosem! A co najlepsze, że to co się dzieje tutaj, jest już po Tartarosie. XD Także no, do zobaczenia 10, kiedy wstawię kolejny rozdział~!
Rozdział ogółem :XXV
Ilość słów : 1850
Adnotacje : Wiem, że rozdział jest straszliwie pomieszany i niezespolony, lecz.. nie umiem się wytłumaczyć na swoją obronę, po prostu przepraszam.
~~~~~~~~~~~~~~~~
- Właśnie! - Lucy odwróciła się w stronę Natsu. - Natsu ma rację. Nigdzie nie było z nami Lisanny! Nawet na noc!
- Może jest już na sali. - uśmiechnęła się lekko McGarden. - Pewno spała z tutejszą Mirą, dawno się nie widziały, a wiesz, że Lisanna przeżyła tutaj aż dwa lata.
- Sprawdźmy więc. - powiedziała spokojnie Erza idąc na salę.
Po chwili cała grupa uchyliła drzwi do sali i weszła wolnym krokiem. Na sali siedziała już Cana z Warrenem, Wakabą i tutejszym Natsu. Siedzieli i cicho popijali herbatę jedząc swoje śniadanie. W końcu Cana spojrzała na grupkę stojącą przy ladzie i rozpromieniała na twarzy. Zaraz po niej na grupkę podchodzącą do stolika spojrzał Warren z Wakabą, a nawet Natsu oderwał twarz od stolika.
- Oh! Ziemksi ja! - uśmiechnął się chłopak. - Cześć ja!
- Cześć! - machnął wesoło do chłopaka, na co ten lekko się wzdrygnął. - Co u ciebie słychać?
- Oprócz tego że pracuję na zlecenia królestwa mam zakład z Levy. Jest świetnym mechanikiem!
- Naprawdę? - McGarden spojrzała na chłopaka zza Natsu.
- Tak, mama z wujkiem Natsu sprzedają samochody tam gdzie mama zabrała ciebie i ciocię Wendy. - dziewczynka na rękach Redfoxa spojrzała na odpowiedniczkę swojej matki. - Wujek Natsu przywozi też stare samochody z czasów magii i razem z mamusią naprawiają je tak, by były teraz zdatne do użycia.
- Lica ma rację. - uśmiechnęła się Cana. - Ta dwójka naprawdę pomaga nam tutaj utrzymywać się, lecz wszystko robią dalej na czarno.
- Na czarno? - spytała zdziwiona Heartphilia. - I jak to utrzymują was tutaj? Mieszkacie tu w tej norze?!
- Nikt nie chce dać pracy ani mieszkania komuś, kto robi zlecenia dla Królestwa.
- Naprawdę? - spytała Scarlet siadając obok dziewczyny w jasnej sukience. - Myślałam, że po skończeniu Tyranii waszego starego króla nie będzie już kłopotów.
- Też tak myśleliśmy. - wtrącił się Warren popijając łyk kawy. - Ale większość ludzi z kraju nienawidzi Króla za usunięcie magii z tego świata i próbują wszystkiego, żeby się na nim zemścić.
- Tak jak to było z ludźmi w zamku? - spytała Wendy, patrząc na Warrena.
- Dokładnie. Widzę, że byliście u Regulusa. - zaśmiał się wesoło. - Może chcecie coś do jedzenia? Pewno jesteście głodni.
- I to strasznie! - wrzasnął różowowłosy wymachując dłońmi we wszystkie strony. - A poza tym widzieliście Lisannę?
- Lisanna wyjechała z Mirajane z samego rana do Elfmana. Dzisiaj w nocy.
- Pewno to obudziło tatusia. - spojrzała na nią Lica. - Chcę na dół.
Gajeel prychnął cicho, bo szczerze nie chciał puszczać dziewczynki, lecz na jej żądanie postawił ją na ziemi, a ta stanęła przy Levy. Szarpnęła ją za rękaw nowej sukienki, przez co ta wstała i zaczęła bawić się z małą.
- Tak dużo się u was tutaj stało przez te 7 lat. - uśmiechnęła się Heartphilia patrząc na Canę.
- Właśnie. Dlaczego wy się nic nie zmieniliście przez te 7 lat? - spojrzał na nią EdoNatsu po czym na Erzę. - Kompletnie nic a nic.
- Po powrocie do domu mieliśmy egzaminy na maga wyższej klasy. - mówiła Erza. - Wypłynęliśmy na wyspę Tenrou gdzie miały się odbyć, lecz tam mieliśmy dużo nieprzyjemności. Zaatakował nas Smoczy Król i cudem dzięki zaklęciu Pierwszej przeżyliśmy. Jedynym minusem jest to, że straciliśmy 7 lat naszego życia.
- Czyli was zahibernowało? - spojrzał na nich Warren, kładąc na stole kilka rzeczy przydatnych do robienia śniadania i kilka kubków. - Też bym tak chciał się nie zestarzeć czy coś. Kawy czy herbaty?
***
- Spójrz! - zawołała dziewczynka siedząca na ziemi pokazując siedzącej obok niej McGarden obrazek, narysowany na kartce. - Ładne?
- Łał! - dziewczyna uśmiechnęła się. - Wygląda troszkę jak Asuka! Czy to miała być ona?
- Tak! - dziewczynka uśmiechnęła się szczęśliwa. - Skąd wiedziałaś?!
- U nas w gildii także jest Asuka. I wygląda dokładnie tak samo!
- Naprawdę?! - dziewczynka zaczęła biegać wokół McGarden. - Chciałabym zaprzyjaźnić się także z tamtą Asuką!
- Spokojnie Lica! Usiądź!
- Najpierw mnie złap! - zaśmiała się i uciekła w stronę korytarza, po czym Levy pobiegła za nią, próbując ją złapać.
- Lica jest naprawdę żywa. - zaśmiała się Bisca, siedząca na kolanach Alzacka. - Nieprawdaż, Al Al?
- Oczywiście Bis Bis. - zaśmiał się przytulając bardziej żonę.
- Lica to śliczne imię jak dla dziewczynki. - uśmiechnęła się Erza, lecz na jej twarzy było widać lekkie zakłopotanie siedzącej obok Bisci i Alzacka, lecz wszyscy byli speszeni, co nie wprawiało nikogo w osłupienie.
- Nazwali ją tak z nazwiska najlepszego przyjaciela jej ojca. Hunter ma po nim imię. - Cana machnęła ręką, upijając łyk herbaty z filiżanki. - Jak mu tam było, jakoś tak śmiesznie. Hunter Metalicana bodajże.
- Ej. - Natsu obrócił się w stronę Gajeela. - A czy to nie był smok, który cię wychowywał?
- Porylusica to przecież Grandine z tego świata. - wtrąciła się Wendy odwracając głowę od Bisci i Alzacka. - Więc możliwe, że tutaj istniał Metalicana i najprawdopodobniej znał się z panem Gajeelem.
- Co? - Wakaba spojrzał na chłopaka siedzącego obok niego. - Nie wyglądasz trochę jak ten nasz tutejszy Gajeel przez ten piercing i tym podobne, ale z zachowania jesteś troszkę do niego podobny.
- I Hunter jest do niego podobny. - Warren spojrzał na niego kątem oka. - Lica po części też, ma jego oczy.
- Zaraz, co?! - warknął smoczy Zabójca wstając od stołu. - Co wy pieprzycie?!
- To ty nie wiesz Gajeel? - Lucy spojrzała na niego.
- O czym mam niby wiedzieć blondyno?! - prychnął charakterystycznie.
- O tym, że Lica i Hunter to twoje dzieci. - zaśmiał się z niego Dragneel. - Nawet ojcem być nie potrafisz!
- Idioto to nie moje dzieci, ja nawet tu nie mieszkam! A po drugie, to myślałem że one są Kre... - w tym momencie twarz Gajeela zastygła. On i tutejsza Krewetka mają dzieci?! Oczywiście sądził, że jest ostrzejsza i fajniejsza niż Krewetka z Ziemi, ale no, bez przesady. I na dodatek żona?! O Boże, umarł od środka.Jak on z Edolas mógł w ogóle się ożenić?! Jemu by to przez myśl nie przeszło! Oczywiście Krewetka to co innego... ale no kurde! NA DODATEK DZIECI?!
- Gajeel? - Wendy machnęła przed jego skamieniałą twarzą dłonią kilka razy. - Gajeel-san?
- No i go dobiłeś Natsu. - Lucy westchnęła cicho, opierając twarz o stół.
****
- A wiesz, że tata uratował mamę z pożaru? - Lica spojrzała na swoją "ciotkę" siedzącą obok niej na łóżku w jej pokoju.
- Naprawdę? - zaśmiała się lekko zafascynowana. - Opowiadała ci o tym?
- Mhm! Tatuś opowiada mi i Hunterowi historie na dobranoc! Opowiadał ostatnio jak poznał się z mamą.
- Uratował ją z pożaru?
- Nieee! - roześmiała się mała Blackwolf. - Mama i tatuś poznali się przypadkiem, kiedy przyszedł dać informacje dla cioci Lu. Potem zaczął się zaprzyjaźniać z mamusią i w pewnym momencie ktoś podpalił do mamy.
- Tata powiedział ci kto to był? - spojrzała na nią dość smutnie.
- Mówił nam że to był wujek Jet i wujek Droy, ale jakoś nie mogliśmy z Hunterem w to uwierzyć. Wtedy tata uratował mamusię z pożaru.
Na twarzy Levy pojawił się lekki strach. Jak Jet i Droy mogli podpalić dom swojej partnerki? A co jakby to się stało na Ziemi, gdyby dowiedzieli się, że ona kocha Gajeela i chce z nim być? Co jakby tak się stało? Nie chciała tego z całego serca. Nie chciała zdrady swoich braci. Lica spojrzała na nią i na jej niepewną, lecz smutną twarz. Takie emocje przecież już dziecko mogło rozróżnić.
- Ciociu? - wyrwała ją z jej transu myśli.
- Wybacz Lica. - zachichotała, przecierając oczy. - Chodźmy coś zjeść, bo nic dzisiaj nie jadłaś.
*****
- Siedzi tak od dwudziestu minut. - Erza była coraz bardziej przerażona Gajeelem i jego umiejętnością bycia zszokowanym. Albo po prostu tak wolno myślał, jak ma zareagować. No dobra, może coś się tam troszkę podkapował z tymi dziećmi, bo on jedyny w Fairy Tail ma czerwone oczy, ale no kurwa co?! Na dodatek te dzieciaki mają imiona po Metalicanie. Po jego ojcu. Ja pierdolę, to będzie coraz bardziej skomplikowane, dam za to głowę i 50 klejnotów.
- Łiiii! - na salę wbiegła McGarden z małą Licą na rękach, rozłożonymi jak samolot.
- Dobra mała, a teraz lądujemy, nie mam siły, bo nic dzisiaj nie jadłam. - powiedziała, kładąc dziewczynkę na podłodze.
- A ja też mogę coś słodkiego? - spojrzała na nią z maślanymi oczami.
- Może rogala z dżemem, Lica? - zawołała na nią Cana, łapiąc za pieczywo. - Chcesz?
- Jasne! - dziewczynka podbiegła do ciotki siadając jej na kolanach ze śmiechem na twarzy, natomiast Levy podeszła do stolika i usiadła obok ciągle skamieniałego Gajeela, który o dziwo nagle się ruszył.
- A jemu co było? - wskazała na niego palcem.
- Dwadzieścia dwie minuty i trzydzieści cztery sekundy. - powiedział Warren, zabierając wzrok z zegarka na ręce Wakaby. - Nieźle.
- Ten idiota po prostu długo myśli. - warknął Dragneel.
- Co żeś powiedział, Płomyczku? - Redfox wymierzył w niego pięścią. - Nie twoja sprawa co robię idioto!
- Co tu się stało? - Levy patrzyła zakłopotana na wszystkich zebranych. - Ktoś mi powie? Erza? Lu? Wendy?
- Natsu się wygadał. - szepnęła jej na ucho niebieskowłosa, na co ta lekko się wzdrygnęła. - O tutejszym Gajeelu.
- Ou. - na jej twarzy pojawił się lekki rumieniec.
- To wujek i ciocia nie są razem jak mama i tata? - Lica spojrzała znad swojego rogala z dżemem malinowym na ludzi zebranych przy stole i nagle wszyscy znieruchomieli.
- No właśnie. - Lucy spojrzała z chytrą miną na McGarden.
- Z tego co pamiętam, to zniknęliście na Festynie Plonów na jakiś czas. - Erza spojrzała z podobną miną na Redfoxa. - Nie chcecie nam czegoś powiedzieć?
- Dość już! - Wendy wstała i wrzasnęła z całą siłą płuc. - Czy moglibyśmy zjeść do końca śniadanie i ruszyć w końcu do Królewskiego Miasta, żeby wrócić do domu?
- Masz rację Wendy. - Erza spojrzała na nią kiwając lekko głową. - Ja już skończyłam. Pójdę się przejść, chodź ze mną Lucy.
- Ale że ja? Ja jeszcze nie.. - blondynka nie dokończyła, bo po chwili była ciągnięta przez szkarłatnowłosą za kołnierz.
- To ja może też się przejdę. - Warren wstał od stołu i szybko wyszedł z sali.
- Warren, czekaj! Pójdziemy na górę do wydawnictwa! - wrzasnął na niego Wakaba, po czym za nim wybiegł. Przy stole została już tylko McGarden, Redfox, Marvel, Dragneel, mała Blackwolf na kolanach EdoCalberony.
- Pst. - Levy szturchnęła Wendy w ramię. - Dziękuję, Wendy.
- Nie ma za co. - uśmiechnęła się w stronę dziewczyny.
- Czyli jednak coś między wami jest? - Dragneel wskazał palcami na Levy i siedzącego obok niej chłopaka.
- Oj zamknij już mordę i żryj, bo cię zaraz jebnę. - warknął z ustami wypełnionymi bułkami. Tymczasem mała Lica odwróciła głowę w stronę drzwi od strony wydawnictwa.
- Mama?
Wszyscy jednocześnie odwrócili się w stronę drzwi. W progu stała EdoLevy zaciskając pięści na futrynie. Była zdyszana. Włosy miała porozrzucane po twarzy i lepiły się od potu. Ledwo łapała oddech, a na jej twarzy było widać wnerwienie. Czyste wnerwienie.
- Idź do taty, Lica. - w końcu wysapała.
- Mamo, czy z Hunterem wszystko w porządku?
- Na górę! - wrzasnęła, sapiąc coraz mocniej. - Ojciec już na ciebie czeka.
Dziewczyna złapała rogala w zęby i szybko wybiegła za matką z przerażoną miną.
- Czy wszystko w porządku? - spytała Levy, patrząc na sapiącą dziewczynę. - Ona chciała tylko wiedzieć co z jej bratem.
- Nie możecie tutaj już dłużej zostać.
~~~~~~~~~~~~~~~~
ZAM ZAM ZAM! Zwrot akcji! Jako, że jutro wyjeżdżam wieczorkiem i nie będzie mnie do końca tygodnia to wstawiam to dzisiaj, jednocześnie nie łamiąc mojej zasady dodawania rzeczy w parzyste dni miesiąca. Jestem już przy pisaniu 28 i 29 rozdziału (zaczęłam jeden, ale postanowiłam, że będzie później więc piszę kolejny). Czyta ktoś z was mangę? Mnie manga teraz rozwala no. Lucy w końcu się na coś przydała, walcząc z Tartarosem! A co najlepsze, że to co się dzieje tutaj, jest już po Tartarosie. XD Także no, do zobaczenia 10, kiedy wstawię kolejny rozdział~!
środa, 28 maja 2014
24. Opad wojennego kurzu
Rozdział w sadze : VI
Rozdział ogółem : XXIV
Ilość słów : 1775
Adnotacje : Wiem, że Sharon nie brzmi jak Lica, ale Natsu ma naprawdę słabą pamięć, nieprawdaż?
~~~~~~
- Levy?
- Tak Gajeel? - dziewczyna odwróciła się za siebie, lecz zauważając, że za nią stoi jej przyjaciel z gildii, ponownie odwróciła się w stronę baru. - Czego chcesz?
- Zaschło mi w gardle. - mruknął.
- Tam jest woda. - dziewczyna wskazała palcem i ruszyła w stronę drzwi, próbując uciec od spotkania sam na sam z Redfoxem.
- Czekaj. - złapał ją szybko za ramię, lecz ona nie odwróciła wzroku w jego stronę. - Musimy pogadać.
- O czym niby chcesz rozmawiać?
- Ty już idealnie wiesz o czym.
I tak było. Wiedziała idealnie, że będzie chciał mówić o tym co działo się dwa dni temu. Westchnęła cicho i siadła przy barze, patrząc się na blat. On wziął butelkę wody i po chwili usiadł obok niej na stołku barowym.
- Od kiedy? - spytał patrząc na nią, ta jednak tego nie widziała, bo włosy spadały jej na twarz.
- Pół roku. - westchnęła cicho po dłuższej chwili ciszy i o dwóch ponownych zapytaniach.
- Czemu? - spytał ponownie bez emocji, mimo że cały w środku płonął ze wściekłości.
- Po co ci to wiedzieć? - warknęła, odrywając wzrok od blatu i podnosząc głowę do góry.
- Mów czemu. - powtórzył.
- Nie powiem ci czemu, nie musisz tego wiedzieć...
- Cholera, Kurduplu! - warknął, waląc pięścią w blat. - Martwię się, zrozumiano?!
Spojrzała na niego lekko zdziwiona i zobaczyła w jego oczach jednocześnie gniew jak i strach.Czy to na pewno był strach? Nigdy nie widziała, żeby się bał, nawet podczas ataku Acnologii. Uznała go po chwili za większy gniew.
- Kto by pomyślał, że będziesz się martwił. - prychnęła, patrząc znowu w blat, jednocześnie machając lekko stopami.
- Martwię się tylko o trzy kobiety, lecz ty jesteś wśród nich najwyżej. Od twojej ucieczki na tamtej cholernej wyspie myślałem, że umrę Kurduplu. - warczał, opierając rękę na blacie, a po chwili głowę. - Serio.
- Masz chyba lepsze rzeczy niż popadanie w depresje. - zachichotała cicho, spoglądając na niego okiem. On również się uśmiechał.
- Tch! I kto to mówi? Popijawa po każdej misji? - i cały urok chwili prysnął wraz z ciarkami jego słów.
- Jeśli jesteś taki mądry to mnie pilnuj. - upiła kolejny łyk wody, w końcu pozostawiając pustą butelkę.
- I tak chyba zrobię, gihii. To nie taki głupi pomysł.
Ta jednak zaśmiała się cicho, wstała i pomachała do niego, wychodząc z sali. Udała się korytarzem przed siebie, do pokoju. Jednak ktoś stał na jej drodze. Mała dziewczyna z ciemnoniebieskimi włosami, zbyt dużą, białoczerwoną koszulką imitującą koszulę do spania i łaciatym misiem w dłoni. Dziewczynka rozglądała się i w końcu spojrzała na Levy. Jej oczy były krwistoczerwone. Tak jak oczy Gajeela i Huntera.
- Mama? - spytała sennie dziewczynka.
- Jestem można powiedzieć siostrą twojej mamy. - przykucnęła obok niej. - Ty jesteś Lica, prawda?
Dziewczynka kiwnęła głową, patrząc na nią sennie.
- Czemu jesteś na korytarzu, a na dodatek nie śpisz? - spytała.
- Chciałam iść siku, ale nie widzę który to mój pokój. - szepnęła smutnie.
- Pomóc ci do niego dojść? - spytała łagodnie, podając dziewczynce rękę.
Dziewczynka znowu kiwnęła głową, tym razem weselej, po czym, wyciągnęła obie rączki w stronę Levy. McGarden wzięła dziewczynę na ręce i powoli ruszyła z nią w stronę pokojów na końcu korytarza.
- Wyglądasz jak mamusia. - powiedziała cicho. - Pomyliłam cię z nią.
- Wiesz Lica, można powiedzieć, że jestem tą samą osobą co twoja mamusia. - zaśmiała się cicho idąc powoli z dziewczynką na rękach. Chciała się nacieszyć tym, że może ją nieść na rękach, a nikt tego nie widział. - Jestem ze świata, o którego istnieniu pewno dzieci w waszym wieku mylą z legendami.
- Ciocia jest z Ziemi? - dziewczynka spojrzała na Levy, a Levy lekko się zarumieniła. Ciocia, jak to słodko brzmiało.
- Mhm. Na Ziemi istnieją odpowiedniki ludzi z Edolas, którzy przypominają was wyglądem, ale nie zawsze zachowaniem. Na przykład twoja mamusia i pani Lucy się tutaj nie lubią, prawda?
- Prawda. Mamusia nie lubi cioci Lu. - ciocia Lu, ale jaja.
- No, a na ziemi ja i ciocia Lu strasznie się lubimy. - zaśmiała się, po usłyszeniu rozkosznego chichotu małej.
- A czy na Ziemi jestem ja? - Lica spojrzała na mężczyznę stojącego niedaleko nich, przy pokoju, gdzie zatrzymywali się Ziemianie.
- Niestety, mała. - powiedziała, stawiając ją na Ziemi. - Ale zrobię wszystko co w mojej mocy, żebyś pojawiła się tam z Hunterem.
- Ale ja go nie lubię. Mogę bez Huntera? - dziewczynka pomarkotniała i zrobiła smutną minkę.
- To twój braciszek, musisz go kochać. Uwierz mi, że dałabym wiele, żeby mieć rodzeństwo. Ale teraz moi przyjaciele są dla mnie jak bracia i siostry i zawsze mi pomagają. Docenisz kiedyś brata.
Levy położyła rękę na głowie dziewczynki i potarła jej już rozczochrane włosy, ta natomiast zaśmiała się cicho. Cicho podziękowała Levy i weszła do pokoju po jej prawej. Levy podniosła się z zimnej podłogi i odwróciła się, zauważając Gajeela, stojącego przy pokoju.
- Kto to był? - spytał, dość uśmiechnięty.
- Dowiesz się w swoim czasie, Redfox. - zachichotała podchodząc do niego.
- Mała nazywa się Lica, tak? Asuka ma tutaj koleżankę, no patrz. Tylko dlaczego jej nie ma u nas?
- Powiedziałam, że dowiesz się w swoim czasie, Redfox. - tym razem spiorunowała go wzrokiem i weszła do pokoju, a on tuż za nią, idąc do pomieszczenia obok. Położyła się cicho na łóżku, próbując nie zbudzić przyjaciółki, jednak na próżno. Ramiona i nogi blondynki oplotły ją w jej cielistym więzieniu, a na jej twarzy pojawił się gniewny wzrok.
- No dobra, McGarden. - zaśmiała się cicho, tak, by nie zbudzić Erzy i Wendy. - Co robiłaś tak późno z Gajeelem i kim jest Lica!
- Poszłam się napić wody do sali. - zaczęła cicho. - Potem spotkałam Gajeela z Edolas z Hunterem i..
- Z Hunterem? - spytała zdziwiona. - Kto to? Jakiś przystojniaczek?
- Można powiedzieć. - zaśmiała się głośno, przypominając sobie pięcioletniego chłopca, siedzącego na blacie. - Hunter to jego syn.
- Żartujesz! - blondynka wydawała się już mocno zdziwiona.
- Nie, nie blefuję. Potem przyszedł Gajeel i siedzieliśmy trochę sami i ...
- Jak to sami?! Co się tam stało?
- Lu-chan, jeśli przerwiesz mi jeszcze raz to ci nie dokończę!
- Przepraszam, Levy! Kończ!
- No to siedziałam chwilę sam na sam z Gajeelem i rozmawialiśmy o moim ostatnim wygłupie, o którym pewno opowiadała ci Cana. Powiedział mi, że się o mnie martwi, potem poszłam. Tam spotkałam Licę, siostrę bliźniaczkę Huntera.
- Bliźniaki?! - prychnęła Lucy, patrząc na przyjaciółkę tak, jakby zobaczyła ponownie odchudzoną Virgo.
- Tak i to prześliczne. Potem znowu spotkałam się ponownie z Gajeelem ale to już widziałaś.
- Ty i Gajeel! Na dodatek z dziećmi! - Lucy pisknęła głośno, otrzymując po chwili mocne uderzenie poduszką od Scarlet.
- Erza! - obydwie podskoczyły przerażone.
- Słyszałam wszystko.. - powiedziała zakłopotana. - P-przez wasze piski radości nie da się spać.
- I tak już niedługo ranek, to po co spać? - Heartphillia obróciła się na bok, opierając głowę na ręce.
- Opowiedz jak wyglądają Hunter i Lica! - powiedziała cicho Wendy, najprawdopodobniej też obudzona przez piski Lucy.
- No więc..
*********
- Pobudka, śmierdziele! - wrzasnęła, otwierając drzwi od ich pokoju, lecz wszystkie siedziały już na łózkach ubrane i o dziwo umyte. - O!
- Dzieńdoberek! - machnęła wesoło dłonią Lucy, do stojącej w drzwiach pani Blackwolf.
- A Gajeel i różowogłowy?
- Nie wiemy, nie wchodziłyśmy tam. - Erza stanęła na nogi i podeszła do drzwi, po czym otworzyła je z kopa. - Natsu! Gajeel! Lenie śmierdzące, wstawać bo jak nie to przetrzepię wam tyłki!
Dwójka magów leżała pod wykopanymi z zawiasów drzwi. Erza widząc ich wybuchła śmiechem, co rzadko było można u niej usłyszeć. Śmiech był tak zaraźliwy, że zaraz zaczęła się śmiać reszta dziewczyn, tylko chłopak pod drzwiami nie było do śmiechu. Wstali powoli, lecz na ich twarzach można było zauważyć nie tylko gniew jak i zmęczenie.
- Co żeście w nocy robili, że tacy zmęczeni jesteście? - spytała Blackwolf.
- Salamander tak się rozpychał, że w pewnym momencie spadłem z łóżka. - chrapnął Gajeel, przeciągając się. - Na dodatek w nocy też mnie zepchnął dziad jeden.
- Ej, kto stoi tam w drzwiach? - Natsu wskazał palcem na drzwi od korytarza, w których stała mała.
- Lica! - McGarden spojrzała na dziewczynkę ze smutną minką, natomiast Blackwolf spojrzała na nią krzywo i podbiegła do dziewczynki.
- Co się stało Lica? - przykucnęła i złapała ją za ramiona, mówiąc łagodnie.
- Hunterowi zrobiło się źle. - dziewczynka załkała. - Położyłam go do łóżka i powiedziałam tatusiowi. Kazał mi po ciebie iść, żebyś zawiozła go do pani Virgo.
- Co zrobiłaś? - spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Nigdy nie zajmowałaś się Hunterem. Co cię zmieniło?
- To mój brat, muszę mu pomagać, kiedy potrzebuje pomocy. - dziewczynka załkała mocniej, po chwili wtulając się mocniej. - Mamusiu, boję się o niego.
- Spokojnie kochanie, już z nim jedziemy. - wstała i odwróciła się w stronę magów. - Wrócę za jakieś cztery godziny. Zajmijcie się w ten czas Licą, jeśli dzisiaj Alzack wróci z Biscą i Asuką oddajcie ją pod ich opiekę i spotkamy się niedaleko salonu Regulusów. One wiedzą jak tam dojechać. - wskazała głową na Levy i Wendy, po czym wybiegła na korytarz, zostawiając za sobą córkę.
- Lica. - Levy przykucnęła przy niej. - Nie martw się o Huntera, na pewno wydobrzeje. Jestem z ciebie dumna.
- Sama powiedziałaś ciociu, że trzeba pomagać rodzinie! - wrzasnęła dziewczynka, ponownie wybuchając płaczem, tym razem wtulając się w McGarden. Ta lekko przytuliła dziewczynkę, po chwili biorąc ją na ręce.
- Czy tylko ja nie wiem kto to? - warknął Natsu. - Poza tym, jestem głodny.
- Natsu, starczy ci wiedzieć tylko to, że ma na imię Lica, a jej matką jest tutejsza Levy. - Heartphillia zdzieliła go wzrokiem.
- Co?! Levy ma córkę? - podszedł do dziewczyny i dotknął ją w brzuch. - Z kim?!
- Idioto! - Lucy stanęła pomiędzy nim a przyjaciółką, widząc czerwień na jej twarzy. - Ona nie ma dzieci!
- To Sharon... - Natsu wskazał palcem na dziewczynkę. - Kto jest twoim ojcem?
- Ona ma na imię Lica! - wrzasnęła na niego Levy, z lekkim burakiem na twarzy. - Poza tym, nie musisz tego wiedzieć. Chodźmy na salę, może znajdziemy tam coś do jedzenia.
Wszyscy wyruszyli z pokoju, zamykając go za sobą. Levy szła z tyłu, zaraz obok Gajeela, trzymając na rękach małą dziewczynkę. Ta natomiast zaczęła wyciągać ręce w stronę Redfoxa z chęcią bycia noszoną przez sobowtóra jej ojca. Chłopak niechętnie wziął ją na ręce, lecz w chwili gdy dziewczynka wtuliła się w niego ze swoim misiem poczuł dziwne ciepło jak wtedy za sceną na Festynie niedaleko Oshibany, kiedy siedział z Levy. Spojrzał na dziewczynkę. Miała czerwone policzki i zaczerwienione oczka od płaczu. Przytuliłby ją mocniej żeby nie płakała, gdyby to nie spowodowało zgniecenia jej kości. Po chwili jednak zatrzymał się o mało nie wpadając na Erzę.
- Natsu, co jest? - wrzasnęła na niego. - Czemu stoisz?
- Zaraz... Czy ktoś widział od wczoraj Lisannę?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
BUM! Kolejny chapter, który miał pojawić się w poniedziałek, ale damn, mam sklerozę! Wczoraj przedstawiłam projekt edukacyjny i z dumą potwierdzam, że zdałam. Taka duma. Na dodatek teraz jestem chora i niezbyt chodzę do szkoły, więc czasami coś piszę. Jestem coś przy pisaniu 27 rozdziału (2 rozdziały w przód, tak bardzo). Na dodatek 3-go wyjeżdżam wieczorem, więc wyjątek od reguły - WTEDY wstawię kolejną część i kolejną 9-go, kiedy będę już przytomna. Miłego czytania~~
Rozdział ogółem : XXIV
Ilość słów : 1775
Adnotacje : Wiem, że Sharon nie brzmi jak Lica, ale Natsu ma naprawdę słabą pamięć, nieprawdaż?
~~~~~~
- Levy?
- Tak Gajeel? - dziewczyna odwróciła się za siebie, lecz zauważając, że za nią stoi jej przyjaciel z gildii, ponownie odwróciła się w stronę baru. - Czego chcesz?
- Zaschło mi w gardle. - mruknął.
- Tam jest woda. - dziewczyna wskazała palcem i ruszyła w stronę drzwi, próbując uciec od spotkania sam na sam z Redfoxem.
- Czekaj. - złapał ją szybko za ramię, lecz ona nie odwróciła wzroku w jego stronę. - Musimy pogadać.
- O czym niby chcesz rozmawiać?
- Ty już idealnie wiesz o czym.
I tak było. Wiedziała idealnie, że będzie chciał mówić o tym co działo się dwa dni temu. Westchnęła cicho i siadła przy barze, patrząc się na blat. On wziął butelkę wody i po chwili usiadł obok niej na stołku barowym.
- Od kiedy? - spytał patrząc na nią, ta jednak tego nie widziała, bo włosy spadały jej na twarz.
- Pół roku. - westchnęła cicho po dłuższej chwili ciszy i o dwóch ponownych zapytaniach.
- Czemu? - spytał ponownie bez emocji, mimo że cały w środku płonął ze wściekłości.
- Po co ci to wiedzieć? - warknęła, odrywając wzrok od blatu i podnosząc głowę do góry.
- Mów czemu. - powtórzył.
- Nie powiem ci czemu, nie musisz tego wiedzieć...
- Cholera, Kurduplu! - warknął, waląc pięścią w blat. - Martwię się, zrozumiano?!
Spojrzała na niego lekko zdziwiona i zobaczyła w jego oczach jednocześnie gniew jak i strach.Czy to na pewno był strach? Nigdy nie widziała, żeby się bał, nawet podczas ataku Acnologii. Uznała go po chwili za większy gniew.
- Kto by pomyślał, że będziesz się martwił. - prychnęła, patrząc znowu w blat, jednocześnie machając lekko stopami.
- Martwię się tylko o trzy kobiety, lecz ty jesteś wśród nich najwyżej. Od twojej ucieczki na tamtej cholernej wyspie myślałem, że umrę Kurduplu. - warczał, opierając rękę na blacie, a po chwili głowę. - Serio.
- Masz chyba lepsze rzeczy niż popadanie w depresje. - zachichotała cicho, spoglądając na niego okiem. On również się uśmiechał.
- Tch! I kto to mówi? Popijawa po każdej misji? - i cały urok chwili prysnął wraz z ciarkami jego słów.
- Jeśli jesteś taki mądry to mnie pilnuj. - upiła kolejny łyk wody, w końcu pozostawiając pustą butelkę.
- I tak chyba zrobię, gihii. To nie taki głupi pomysł.
Ta jednak zaśmiała się cicho, wstała i pomachała do niego, wychodząc z sali. Udała się korytarzem przed siebie, do pokoju. Jednak ktoś stał na jej drodze. Mała dziewczyna z ciemnoniebieskimi włosami, zbyt dużą, białoczerwoną koszulką imitującą koszulę do spania i łaciatym misiem w dłoni. Dziewczynka rozglądała się i w końcu spojrzała na Levy. Jej oczy były krwistoczerwone. Tak jak oczy Gajeela i Huntera.
- Mama? - spytała sennie dziewczynka.
- Jestem można powiedzieć siostrą twojej mamy. - przykucnęła obok niej. - Ty jesteś Lica, prawda?
Dziewczynka kiwnęła głową, patrząc na nią sennie.
- Czemu jesteś na korytarzu, a na dodatek nie śpisz? - spytała.
- Chciałam iść siku, ale nie widzę który to mój pokój. - szepnęła smutnie.
- Pomóc ci do niego dojść? - spytała łagodnie, podając dziewczynce rękę.
Dziewczynka znowu kiwnęła głową, tym razem weselej, po czym, wyciągnęła obie rączki w stronę Levy. McGarden wzięła dziewczynę na ręce i powoli ruszyła z nią w stronę pokojów na końcu korytarza.
- Wyglądasz jak mamusia. - powiedziała cicho. - Pomyliłam cię z nią.
- Wiesz Lica, można powiedzieć, że jestem tą samą osobą co twoja mamusia. - zaśmiała się cicho idąc powoli z dziewczynką na rękach. Chciała się nacieszyć tym, że może ją nieść na rękach, a nikt tego nie widział. - Jestem ze świata, o którego istnieniu pewno dzieci w waszym wieku mylą z legendami.
- Ciocia jest z Ziemi? - dziewczynka spojrzała na Levy, a Levy lekko się zarumieniła. Ciocia, jak to słodko brzmiało.
- Mhm. Na Ziemi istnieją odpowiedniki ludzi z Edolas, którzy przypominają was wyglądem, ale nie zawsze zachowaniem. Na przykład twoja mamusia i pani Lucy się tutaj nie lubią, prawda?
- Prawda. Mamusia nie lubi cioci Lu. - ciocia Lu, ale jaja.
- No, a na ziemi ja i ciocia Lu strasznie się lubimy. - zaśmiała się, po usłyszeniu rozkosznego chichotu małej.
- A czy na Ziemi jestem ja? - Lica spojrzała na mężczyznę stojącego niedaleko nich, przy pokoju, gdzie zatrzymywali się Ziemianie.
- Niestety, mała. - powiedziała, stawiając ją na Ziemi. - Ale zrobię wszystko co w mojej mocy, żebyś pojawiła się tam z Hunterem.
- Ale ja go nie lubię. Mogę bez Huntera? - dziewczynka pomarkotniała i zrobiła smutną minkę.
- To twój braciszek, musisz go kochać. Uwierz mi, że dałabym wiele, żeby mieć rodzeństwo. Ale teraz moi przyjaciele są dla mnie jak bracia i siostry i zawsze mi pomagają. Docenisz kiedyś brata.
Levy położyła rękę na głowie dziewczynki i potarła jej już rozczochrane włosy, ta natomiast zaśmiała się cicho. Cicho podziękowała Levy i weszła do pokoju po jej prawej. Levy podniosła się z zimnej podłogi i odwróciła się, zauważając Gajeela, stojącego przy pokoju.
- Kto to był? - spytał, dość uśmiechnięty.
- Dowiesz się w swoim czasie, Redfox. - zachichotała podchodząc do niego.
- Mała nazywa się Lica, tak? Asuka ma tutaj koleżankę, no patrz. Tylko dlaczego jej nie ma u nas?
- Powiedziałam, że dowiesz się w swoim czasie, Redfox. - tym razem spiorunowała go wzrokiem i weszła do pokoju, a on tuż za nią, idąc do pomieszczenia obok. Położyła się cicho na łóżku, próbując nie zbudzić przyjaciółki, jednak na próżno. Ramiona i nogi blondynki oplotły ją w jej cielistym więzieniu, a na jej twarzy pojawił się gniewny wzrok.
- No dobra, McGarden. - zaśmiała się cicho, tak, by nie zbudzić Erzy i Wendy. - Co robiłaś tak późno z Gajeelem i kim jest Lica!
- Poszłam się napić wody do sali. - zaczęła cicho. - Potem spotkałam Gajeela z Edolas z Hunterem i..
- Z Hunterem? - spytała zdziwiona. - Kto to? Jakiś przystojniaczek?
- Można powiedzieć. - zaśmiała się głośno, przypominając sobie pięcioletniego chłopca, siedzącego na blacie. - Hunter to jego syn.
- Żartujesz! - blondynka wydawała się już mocno zdziwiona.
- Nie, nie blefuję. Potem przyszedł Gajeel i siedzieliśmy trochę sami i ...
- Jak to sami?! Co się tam stało?
- Lu-chan, jeśli przerwiesz mi jeszcze raz to ci nie dokończę!
- Przepraszam, Levy! Kończ!
- No to siedziałam chwilę sam na sam z Gajeelem i rozmawialiśmy o moim ostatnim wygłupie, o którym pewno opowiadała ci Cana. Powiedział mi, że się o mnie martwi, potem poszłam. Tam spotkałam Licę, siostrę bliźniaczkę Huntera.
- Bliźniaki?! - prychnęła Lucy, patrząc na przyjaciółkę tak, jakby zobaczyła ponownie odchudzoną Virgo.
- Tak i to prześliczne. Potem znowu spotkałam się ponownie z Gajeelem ale to już widziałaś.
- Ty i Gajeel! Na dodatek z dziećmi! - Lucy pisknęła głośno, otrzymując po chwili mocne uderzenie poduszką od Scarlet.
- Erza! - obydwie podskoczyły przerażone.
- Słyszałam wszystko.. - powiedziała zakłopotana. - P-przez wasze piski radości nie da się spać.
- I tak już niedługo ranek, to po co spać? - Heartphillia obróciła się na bok, opierając głowę na ręce.
- Opowiedz jak wyglądają Hunter i Lica! - powiedziała cicho Wendy, najprawdopodobniej też obudzona przez piski Lucy.
- No więc..
*********
- Pobudka, śmierdziele! - wrzasnęła, otwierając drzwi od ich pokoju, lecz wszystkie siedziały już na łózkach ubrane i o dziwo umyte. - O!
- Dzieńdoberek! - machnęła wesoło dłonią Lucy, do stojącej w drzwiach pani Blackwolf.
- A Gajeel i różowogłowy?
- Nie wiemy, nie wchodziłyśmy tam. - Erza stanęła na nogi i podeszła do drzwi, po czym otworzyła je z kopa. - Natsu! Gajeel! Lenie śmierdzące, wstawać bo jak nie to przetrzepię wam tyłki!
Dwójka magów leżała pod wykopanymi z zawiasów drzwi. Erza widząc ich wybuchła śmiechem, co rzadko było można u niej usłyszeć. Śmiech był tak zaraźliwy, że zaraz zaczęła się śmiać reszta dziewczyn, tylko chłopak pod drzwiami nie było do śmiechu. Wstali powoli, lecz na ich twarzach można było zauważyć nie tylko gniew jak i zmęczenie.
- Co żeście w nocy robili, że tacy zmęczeni jesteście? - spytała Blackwolf.
- Salamander tak się rozpychał, że w pewnym momencie spadłem z łóżka. - chrapnął Gajeel, przeciągając się. - Na dodatek w nocy też mnie zepchnął dziad jeden.
- Ej, kto stoi tam w drzwiach? - Natsu wskazał palcem na drzwi od korytarza, w których stała mała.
- Lica! - McGarden spojrzała na dziewczynkę ze smutną minką, natomiast Blackwolf spojrzała na nią krzywo i podbiegła do dziewczynki.
- Co się stało Lica? - przykucnęła i złapała ją za ramiona, mówiąc łagodnie.
- Hunterowi zrobiło się źle. - dziewczynka załkała. - Położyłam go do łóżka i powiedziałam tatusiowi. Kazał mi po ciebie iść, żebyś zawiozła go do pani Virgo.
- Co zrobiłaś? - spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Nigdy nie zajmowałaś się Hunterem. Co cię zmieniło?
- To mój brat, muszę mu pomagać, kiedy potrzebuje pomocy. - dziewczynka załkała mocniej, po chwili wtulając się mocniej. - Mamusiu, boję się o niego.
- Spokojnie kochanie, już z nim jedziemy. - wstała i odwróciła się w stronę magów. - Wrócę za jakieś cztery godziny. Zajmijcie się w ten czas Licą, jeśli dzisiaj Alzack wróci z Biscą i Asuką oddajcie ją pod ich opiekę i spotkamy się niedaleko salonu Regulusów. One wiedzą jak tam dojechać. - wskazała głową na Levy i Wendy, po czym wybiegła na korytarz, zostawiając za sobą córkę.
- Lica. - Levy przykucnęła przy niej. - Nie martw się o Huntera, na pewno wydobrzeje. Jestem z ciebie dumna.
- Sama powiedziałaś ciociu, że trzeba pomagać rodzinie! - wrzasnęła dziewczynka, ponownie wybuchając płaczem, tym razem wtulając się w McGarden. Ta lekko przytuliła dziewczynkę, po chwili biorąc ją na ręce.
- Czy tylko ja nie wiem kto to? - warknął Natsu. - Poza tym, jestem głodny.
- Natsu, starczy ci wiedzieć tylko to, że ma na imię Lica, a jej matką jest tutejsza Levy. - Heartphillia zdzieliła go wzrokiem.
- Co?! Levy ma córkę? - podszedł do dziewczyny i dotknął ją w brzuch. - Z kim?!
- Idioto! - Lucy stanęła pomiędzy nim a przyjaciółką, widząc czerwień na jej twarzy. - Ona nie ma dzieci!
- To Sharon... - Natsu wskazał palcem na dziewczynkę. - Kto jest twoim ojcem?
- Ona ma na imię Lica! - wrzasnęła na niego Levy, z lekkim burakiem na twarzy. - Poza tym, nie musisz tego wiedzieć. Chodźmy na salę, może znajdziemy tam coś do jedzenia.
Wszyscy wyruszyli z pokoju, zamykając go za sobą. Levy szła z tyłu, zaraz obok Gajeela, trzymając na rękach małą dziewczynkę. Ta natomiast zaczęła wyciągać ręce w stronę Redfoxa z chęcią bycia noszoną przez sobowtóra jej ojca. Chłopak niechętnie wziął ją na ręce, lecz w chwili gdy dziewczynka wtuliła się w niego ze swoim misiem poczuł dziwne ciepło jak wtedy za sceną na Festynie niedaleko Oshibany, kiedy siedział z Levy. Spojrzał na dziewczynkę. Miała czerwone policzki i zaczerwienione oczka od płaczu. Przytuliłby ją mocniej żeby nie płakała, gdyby to nie spowodowało zgniecenia jej kości. Po chwili jednak zatrzymał się o mało nie wpadając na Erzę.
- Natsu, co jest? - wrzasnęła na niego. - Czemu stoisz?
- Zaraz... Czy ktoś widział od wczoraj Lisannę?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
BUM! Kolejny chapter, który miał pojawić się w poniedziałek, ale damn, mam sklerozę! Wczoraj przedstawiłam projekt edukacyjny i z dumą potwierdzam, że zdałam. Taka duma. Na dodatek teraz jestem chora i niezbyt chodzę do szkoły, więc czasami coś piszę. Jestem coś przy pisaniu 27 rozdziału (2 rozdziały w przód, tak bardzo). Na dodatek 3-go wyjeżdżam wieczorem, więc wyjątek od reguły - WTEDY wstawię kolejną część i kolejną 9-go, kiedy będę już przytomna. Miłego czytania~~
wtorek, 20 maja 2014
23. "Łowca"
Rozdział w sadze : V
Rozdział ogólny : XXIII
Ilość słów : 2098
Adnotacje : Imię Lica czytać Lika.
~~~~~~~~
- O mój Boże! - blondynka wzdrygnęła się, szepcząc. - Nie strasz mnie tak!
- Lu! - zamaskowana dziewczyna rzuciła się blondynce na szyi, odsuwając jeszcze bardziej swoje niebieskie włosy spod chusty. - Tak strasznie się bałam!
- Spokojnie, Levy. uspokoiła ją Lucy, głaszcząc ją delikatnie po włosach. - Przyszliśmy po was. Musimy się spieszyć, bo Anima niedługo się zamknie i nie będzie możliwości przejścia z tego świata.
- Wiesz gdzie jest Wendy? - Lisanna oparła dłoń na ramieniu przytulającej się dziewczyny, przerywając błogą chwilę szczęścia. - Musimy naprawdę jak najszybciej wracać i nie zrobić zamieszania.
- Jest tam, gdzie się zatrzymałyśmy. Tam gdzie reszta. - jej warga drgała a na twarzy pojawiły się łzy. - Lu, tutaj jest strasznie!
- Ciii. - ponownie uspokoiła ją przyjaciółka pochylając się lekko nad nią. - Levy, zaprowadzisz nas tam, gdzie mówisz?
- Oczywiście! Chodźmy jak najszybciej. - dziewczyna szybko ruszyła przed siebie, a zaraz za nią pobiegły dwie maginie z ziemskiego Fairy Tail. Szybko dogoniły dziewczynę, która biegła z kupionymi książkami i ruszyły z nią w kierunku, o którym mówiła. Po chwili dziewczyna wskazała na uliczkę, w którą powinni wejść, żeby dostać się do środka. Po chwili jednak dziewczyna zamarła, widząc Wendy, która szła naprzeciw nich z Erzą, Natsu i... Gajeelem. Osz, cholera! Wendy po chwili również zauważyła dziewczynę, a jej reakcja była podobna.
- W-wendy, myślałam, że będziesz siedziała w pokoju. - szepnęła, podbiegając do niej.
- A ja myślałam, że pani będzie szukała naszych przyjaciół! - Wendy miała na twarzy wymalowany strach, a w oczach lekko błyskało oburzenie. - Ale rozumiem, że jednak książki panią odciągnęły.
- Tak, przepraszam Wendy. Chodźmy, musimy ich ukryć.
Szybko dołączyły do pozostałych przyjaciół i weszli w alejkę. Levy trzymała się jak najbliżej Lucy by Gajeel nie mógł do niej podejść, ani z nią porozmawiać. Bała się, że zrobi jej aferę przez to co zrobiła, gdy odprowadzał ją do domu po ich misji. Modliła się w myślach, żeby o wszystkim zapomniał, lecz z jej modłów wyłoniły ją drzwi do siedziby Fairy Tail. Szybko je otworzyła, lecz to, co za nimi zobaczyła, spowodowało, że odpłynęła jej cała krew z twarzy. Za drzwiami stała ona. Rozglądała się gniewnie póki nei spotkała się wzrokiem z przerażonym Gajeelem. Ten poczuł, jakby przeszywała go nim an wylot. Po chwili jednak EdoLevy mrugnęła kilka razy zdziwiona, ciągle patrząc na Gajeela.
- O kurwa. - mruknęła tak, że tylko Levy stojąca naprzeciw niej usłyszała. - Więcej to was matka nie miała?!
- Spokojnie, proszę. - uspokajała ją szybko, by nie robić zamieszania w alejce.
- Właźcie do cholery! - wrzasnęła odsuwając się z przejścia, przez co ci jak posłuszne dzieci słuchające się matki, ruszyli do środka. Po chwili znaleźli się w głównym pomieszczeniu Fairy Tail, gdzie siedziała większa ilość członków.
- Gdzie jest Gajeel? - warknęła podchodząc do stolika EdoLucy, trzaskając przy tym dłońmi o blat.
- Pewno w robocie, nie obchodzi mnie on. - mruknęła, odwracając wzrok od dziewczyny.
- Nie obchodzi? A czyim był informatorem, do jasnej cholery? - warknęła głośniej.
- Zamknij się! Jak sobie go owinęłaś wokół palucha, to przestałam brać od niego informacje.
- Natsu! - dziewczyna obróciła głowę w stronę chłopaka który siedział z Lucy, lecz nagle gdzieś zniknął. - Kurwa!
- Spokojnie, Lucy. - Wrzasnął do niej Wakaba, siedzący obok Cany. - Gajeel poszedł na górę, musiał oddelegować jakieś papiery.
- Do Kinany, tak? - mruknęła. - Pies na baby jak nic. Poza tym trzeba wysłać tą grupkę do Królewskiego Miasta, więc załatw mi jakieś większe auto Warren. Masz na to dwa dni.
- Rozumiem Levy. - chłopak wstał szybko i wybiegł przez drzwi za ladą.
- O mój Boże. - za nimi zdawało się słyszeć głuchy pisk. - Lisanna!
Do białowłosej szybko podbiegła jej Edosiostra, przez którą utrzymywała kontakty 9 lat temu. Oni również byli dla niej jak rodzeństwo, można powiedzieć, że zastępowała im to, czego u nich już od dawna nie było.
- Tak bardzo tęskniłam. - zdawało się słyszeć jej szloch. - Mimo, że nie jesteś prawdziwą Lisanną, tak bardzo tęskniliśmy z Elfim.
- Mirajane. - uśmiechnęła się, odwzajemniając uścisk dziewczyny. - Również się stęskniłam.Mimo że nie jesteśmy rodzeństwem czuję się częścią tego świata.
- Też racja. - uśmiechnęła się uroczo. - Spędziłaś tutaj dwa lata, a twoje rodzeństwo myślało że nie żyjesz.
- Nie zmieniłaś się przez te 7 lat, wiesz?
- Ty też nie, nic ci nie urosło!
- Mira-nee!
- Żartowałam! Urosłaś w dużej ilości miejsc!
- Koniec! - mruknęła EdoLevy wchodząc pomiędzy nie. - Mirajane, gdzie jest Elfman?
- Pojechał do Królewskiego Miasta, bo dostał zadanie od samego króla. - powiedziała, drapiąc tył głowy. - Nie wiem kiedy braciszek wróci. Zdziwiło mnie w ogóle że dostał zadanie od króla.
- To dość podejrzane, skoro król samodzielnie się nie pokazuje. - podrapała się po brodzie. - Okej! Dziewczyny idziecie do pokoju który dałam mnie i tej małej. Gajeela i różowego typa muszę zamieścić gdzieś indziej.
- Mamy się w cztery mieścić na dwóch łóżkach? - warknęła niezadowolona Levy.
- Właśnie! - Mirajane wskazała lekko palcem na EdoLevy. - zaprowadziłaś je przecież do pokoju z podwójną sypialnią!
- Racjaaa! Tam są drzwi, po drugiej stronie drzwi jest druga sypialnia z podwójnym łóżkiem. Niestety na tamtych musicie się mieścić w dwójkę, wcale mi nie przykro. - prychnęła obojętnie. - Won mi stąd, już!
Wszyscy przerażeni ruszyli w kierunku pokoju, w którym mieli się zatrzymać. Natsu buczał coś pod nosem, za nim szedł Gajeel, który również coś mruczał, dopóki nie dostał po głowie od Erzy za słownictwo używane przy Wendy, lecz ta jednak była zbyt zajęta szukaniem pokoju na czele. W środku szła Levy, która również rozglądała się po korytarzach, póki Lucy nie dobiegła do dziewczyny.
- Levy-chan - mruknęła jej cicho do ucha ze złowieszczym uśmieszkiem na twarzy. - Czy coś zaszło między tobą a Gajeelem, że nawet na niego nie patrzysz?
- Co?! - wrzasnęła, przez co wszyscy się zatrzymali i spojrzeli na nią, co wywołało u niej silne rumieńce. - Lu-chan, proszę, nie teraz. - po tych słowach podeszła do drzwi od ich pokoju i otworzyła je, ukazując wnętrze. - Patrz, rzeczywiście tutaj są jakieś drzwi.
- I za nimi jest podwójne łóżko. - Wendy otworzyła drzwi i rozejrzała się po niewielkiej przestrzeni. - Nie najlepsze warunki, ale lepszych nie mamy.
- Oj tam, jest okej. - Natsu machnął ręką. - Byliśmy już w gorszych warunkach.
- Na przykład Tartaros. - wzdrygnęła się Erza. - Nigdy nie zapomnę tego miejsca.
- Albo Pałac Skazańców czy jak to się tam nazywało pod pałacem w Crocusie.
- Twoja pamięć jest naprawdę niezawodna Natsu.
- Okej! - Levy szybko podniosła rękę. - Musimy wyznaczyć kto z kimś śpi, racja?
- To ja mogę spać z panią Erzą. - Wendy odwróciła się w stronę Erzy.
- To miłe z twojej strony Wendy. - Scarlet obdarzyła ją ciepłym uśmiechem.
- To ja śpię z Lucy. - powiedział Natsu siadając na dużym i w miarę wygodnym łóżku.
- Nie możesz spać z Lucy! - Levy wzdrygnęła się, wrzeszcząc jednocześnie na Natsu i myśląc, gdyby jej przyjaciółka się zgodziła musiałaby spać z Redfoxem.
- Czemu niby? Już wiele razy spałem z Lucy w jednym łóżku. - mruknął co wywołało czerwień na twarzy blondynki, gdy awanturująca się McGarden spojrzała na nią.
- Bo ja będę spała z Lucy i nie słyszę sprzeciwów! - wrzasnęła i pociągnęła za sobą blondynkę, zostawiając Redfoxa i Dragneela samych w pomieszczeniu, po czym trzasnęła drzwiami. Otarła czoło z niewidzialnych kropelek potu i oparła się placami o drzwi za nią, przez co wywołało zainteresowanie przebywających w pokoju dziewczyn.
- Levy-chan. - blondynka przykucnęła przy siedzącej na ziemi dziewczyny. - Czy coś się stało?
- Tutejsza ja.. dlatego Lu..- dziewczyna mówiła wpół szeptem, więc blondynka jej nie zrozumiała.
- Levy mów głośniej, ja cię nie rozumiem! - dziewczyna wrzasnęła, przez co pozostałe dziewczyny również podeszły do drzwi i również kucnęły przy McGarden. Nawet Natsu po drugiej stronie podszedł do drzwi i z pomocą swoich smoczych zmysłów próbował podsłuchać rozmowę. - Czy tutejsza ty coś ci zrobiła?
- Nie nie nie! - spojrzała na nią z załamaniem w oczach. - Posłuchaj Lu, to jest ciężkie jak dla mnie, mimo że to nie moje życie ale jednak to jestem ja i...
- No mów już! - dziewczyna złapała niebieskowłosą za ramiona i potrząsnęła lekko. - Niecierpliwię się!
- Tutejsza ja wyszła za Gajeela, Lu, przestań! - i po chwili zasłoniła swoje usta dłonią, słysząc za drzwiami głuche "ooh" i uderzenia w podłogę.
- Łoah. - blondynka spojrzała na Scarlet z wyłupiastymi ocami, ta jednak była mocniej wstrząśnięta.
- Ł-łoah. - wydudkała Erza, patrząc przerażona na Levy.
- To chyba nie koniec świata, prawda? - powiedziała Wendy, lecz po chwili wszystkich wzrok wpadł na nią. - No co? Ja się nie znam na sprawach miłosnych!
- A to w zeszłym tygodniu mruganie do Romea o którym opowiadała mi Mirajane?
- Pani Mira nie zawsze mówi prawdę! - warknęła na nią. - Poza tym pani Mira mówiła mi, że ostatnio Pan Natsu łapał panią Lucy tam gdzie się nie powinno! - i za ścianą ponownie można było usłyszeć głuche uderzenia i kolejne "ooh".
- Gdzie?! - Levy i Erza spojrzały na Marvel, a Lucy tylko zczerwieniała.
- P-przecież M-mirajane nie zawsze m-mówi prawdę! - warknęła na nie, rzucając w nie poduszką, przez co rozpętała wojnę na poduszki.
******
- Ale oni żywiołowi. - mruknęła przechodząc obok pokoju w którym odbywała się wojna na poduszki.
- Tak jak ty moja droga. - mruknął cicho, łapiąc ją pod bok.
- Może przez ich krzyki teraz nas nikt nie usłyszy? - spojrzała na niego i zatrzepotała długimi rzęsami w stronę swojego męża.
- O nie nie nie. Wybij to sobie z głowy. - puścił ją i ukazał słynną pozycję rąk "na focha".
- Oj no dobra, przepraszam. - mruknęła i otworzyła przed nim drzwi od pokoju.
*******
Było pewno około trzeciej albo drugiej, chociaż nie wiedziała, bo było za ciemno. Lucy spała tuż obok niej, a po drugiej stronie pokoju Wendy przytulała się do Erzy przez sen, a ta ją obejmowała. Wstała z łóżka próbując nie obudzić śpiącej przyjaciółki. Ubrała na siebie żakiet od sukienki, zakrywając również trochę odkrytego ciała, którego nie zakrywała piżama pożyczona od jej edolańskiej wersji. Otworzyła powoli drzwi i zauważyła światło świecące od strony sali. Miała sucho w gardle. Uschnęłaby, gdyby zaraz by się czegoś nie napiła. Ruszyła więc w stronę światła i weszła po chwili na pustą salę. Po chwili jednak zauważyła stojącego przy barze EdoGajeela i małą osóbkę, która siedziała na blacie zaraz obok mężczyzny. Gajeel był ubrany w czerwone spodnie, najprawdopodobniej od piżamy i czerwoną, filcową kamizelkę, niezapiętą. Spojrzała na jego brzuch. Nieco mniej umięśniony od Gajeela, ale jednak.
- Oh! - powiedział, zauważając McGarden. - Czemu nie śpisz?
- Zaschło mi w gardle, więc pomyślałam, że tutaj znajdę jakąś wodę. - powiedziała podchodząc trochę bliżej do niego i zauważając, że mała osóbka trzyma w dłoni niebieski kocyk i prawie śpi.
- Hunterowi też zaschło, więc też się obudził. - zaśmiał się, po czym podał jej butelkę wody. - Trzymaj, woda.
- Dziękuję. - powiedziała, upijając łyka wody i czując jednocześnie ulgę w gardle, po czym podeszła do siedzącego na blacie chłopca. - To jest Hunter, tak?
- Mhm. - spojrzał na niego przez okulary. - Może cię to zdziwi pewno tak, jak powiedziała mi Levy o naszym ślubie, ale to jest nasz syn.
Jak podejrzewał, dziewczyna wzdrygnęła się mocno i zastygła bez ruchu. Spojrzała na wpół przytomnego chłopca. Był niewielkich rozmiarów, wyglądał na góra 4 lata. Jego włosy były w dość nietypowym odcieniu, bo ciemnego błękitu, wręcz grafitowe. Miał na sobie biały podkoszulek na ramiączkach, a chude i blade policzki muskały mu niesforne kosmyki włosów. Po chwili wzdrygnął się i otworzył oczy. Czysta czerwień. Piękna, krwista i niewinna czerwień zabłysła w jego oczach. Po chwili jednak znowu je przymknął, odpływając do krainy snu. Czyli tak by wyglądał syn jej i Gajee.. nie. Nie będzie miała z nim dzieci, bo nawet z nim nie jest. Oni tylko się całowali nic więcej.
- Ile ma lat? - spytała, odwracając się w stronę Blackwolfa.
- Hunter ma 5 lat, choć na tyle nie wygląda. - zaśmiał się cicho. - Pewno dałaś mu z trzy lata, co?
- Ciekawi mnie czemu jest taki blady. - mruknęła, ukrywając zakłopotanie poprawnie danym wiekiem.
- Hunter ma dosyć słabą odporność. W jego ciele często brakuje przeciwciał i musi brać antybiotyki, ale to niszczy mu organizm.
- Biedaczek. - powiedziała smutnie i niepewnie wyciągnęła dłoń w stronę jego buzi, by odciągnąć kosmyk włosów który wchodził mu do buzi.
Po chwili Gajeel przeprosił Levy i wziął chłopca na ręce, życząc jej dobranoc.
- Gajeel. - mruknęła, a ten odwrócił się do niej. - Mam nadzieję, że Hunter wyzdrowieje.
- Dziękuję. - uśmiechnął się wesoło i poszedł w kierunku drzwi. - O! I byłbym zapomniał. Hunter ma też siostrę bliźniaczkę, Licę.
Na twarzy McGarden pojawił się mocny i wyrazisty buraczany kolor, a EdoGajeel zaśmiał się charakterystycznie jak to na Gajeela przystało i poszedł przed siebie, zamykając za sobą drzwi.
~~~~~~
Postanowiłam, że na początku każdej części będzie coś takiego jak adnotacje, ilość słów i numer rozdziału w sadze i ogólny.Ogółem miałam dać tą część w niedzielę, ale że moja przyjaciółka ma dzisiaj urodziny (wiem, że to widzisz a raczej zobaczysz, zatrzymałaś się na 6 rozdziale moja droga, prawie 20 w tył, ale jedyna obserwujesz bloga) więc WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! Miałam dzisiaj badanie wyników w szkole, jutro idę do kina, więc spróbuję wstawić następną część w czwartek albo sobotę, bo potem będę miała kłopoty ze wstawieniem jej.
Rozdział ogólny : XXIII
Ilość słów : 2098
Adnotacje : Imię Lica czytać Lika.
~~~~~~~~
- O mój Boże! - blondynka wzdrygnęła się, szepcząc. - Nie strasz mnie tak!
- Lu! - zamaskowana dziewczyna rzuciła się blondynce na szyi, odsuwając jeszcze bardziej swoje niebieskie włosy spod chusty. - Tak strasznie się bałam!
- Spokojnie, Levy. uspokoiła ją Lucy, głaszcząc ją delikatnie po włosach. - Przyszliśmy po was. Musimy się spieszyć, bo Anima niedługo się zamknie i nie będzie możliwości przejścia z tego świata.
- Wiesz gdzie jest Wendy? - Lisanna oparła dłoń na ramieniu przytulającej się dziewczyny, przerywając błogą chwilę szczęścia. - Musimy naprawdę jak najszybciej wracać i nie zrobić zamieszania.
- Jest tam, gdzie się zatrzymałyśmy. Tam gdzie reszta. - jej warga drgała a na twarzy pojawiły się łzy. - Lu, tutaj jest strasznie!
- Ciii. - ponownie uspokoiła ją przyjaciółka pochylając się lekko nad nią. - Levy, zaprowadzisz nas tam, gdzie mówisz?
- Oczywiście! Chodźmy jak najszybciej. - dziewczyna szybko ruszyła przed siebie, a zaraz za nią pobiegły dwie maginie z ziemskiego Fairy Tail. Szybko dogoniły dziewczynę, która biegła z kupionymi książkami i ruszyły z nią w kierunku, o którym mówiła. Po chwili dziewczyna wskazała na uliczkę, w którą powinni wejść, żeby dostać się do środka. Po chwili jednak dziewczyna zamarła, widząc Wendy, która szła naprzeciw nich z Erzą, Natsu i... Gajeelem. Osz, cholera! Wendy po chwili również zauważyła dziewczynę, a jej reakcja była podobna.
- W-wendy, myślałam, że będziesz siedziała w pokoju. - szepnęła, podbiegając do niej.
- A ja myślałam, że pani będzie szukała naszych przyjaciół! - Wendy miała na twarzy wymalowany strach, a w oczach lekko błyskało oburzenie. - Ale rozumiem, że jednak książki panią odciągnęły.
- Tak, przepraszam Wendy. Chodźmy, musimy ich ukryć.
Szybko dołączyły do pozostałych przyjaciół i weszli w alejkę. Levy trzymała się jak najbliżej Lucy by Gajeel nie mógł do niej podejść, ani z nią porozmawiać. Bała się, że zrobi jej aferę przez to co zrobiła, gdy odprowadzał ją do domu po ich misji. Modliła się w myślach, żeby o wszystkim zapomniał, lecz z jej modłów wyłoniły ją drzwi do siedziby Fairy Tail. Szybko je otworzyła, lecz to, co za nimi zobaczyła, spowodowało, że odpłynęła jej cała krew z twarzy. Za drzwiami stała ona. Rozglądała się gniewnie póki nei spotkała się wzrokiem z przerażonym Gajeelem. Ten poczuł, jakby przeszywała go nim an wylot. Po chwili jednak EdoLevy mrugnęła kilka razy zdziwiona, ciągle patrząc na Gajeela.
- O kurwa. - mruknęła tak, że tylko Levy stojąca naprzeciw niej usłyszała. - Więcej to was matka nie miała?!
- Spokojnie, proszę. - uspokajała ją szybko, by nie robić zamieszania w alejce.
- Właźcie do cholery! - wrzasnęła odsuwając się z przejścia, przez co ci jak posłuszne dzieci słuchające się matki, ruszyli do środka. Po chwili znaleźli się w głównym pomieszczeniu Fairy Tail, gdzie siedziała większa ilość członków.
- Gdzie jest Gajeel? - warknęła podchodząc do stolika EdoLucy, trzaskając przy tym dłońmi o blat.
- Pewno w robocie, nie obchodzi mnie on. - mruknęła, odwracając wzrok od dziewczyny.
- Nie obchodzi? A czyim był informatorem, do jasnej cholery? - warknęła głośniej.
- Zamknij się! Jak sobie go owinęłaś wokół palucha, to przestałam brać od niego informacje.
- Natsu! - dziewczyna obróciła głowę w stronę chłopaka który siedział z Lucy, lecz nagle gdzieś zniknął. - Kurwa!
- Spokojnie, Lucy. - Wrzasnął do niej Wakaba, siedzący obok Cany. - Gajeel poszedł na górę, musiał oddelegować jakieś papiery.
- Do Kinany, tak? - mruknęła. - Pies na baby jak nic. Poza tym trzeba wysłać tą grupkę do Królewskiego Miasta, więc załatw mi jakieś większe auto Warren. Masz na to dwa dni.
- Rozumiem Levy. - chłopak wstał szybko i wybiegł przez drzwi za ladą.
- O mój Boże. - za nimi zdawało się słyszeć głuchy pisk. - Lisanna!
Do białowłosej szybko podbiegła jej Edosiostra, przez którą utrzymywała kontakty 9 lat temu. Oni również byli dla niej jak rodzeństwo, można powiedzieć, że zastępowała im to, czego u nich już od dawna nie było.
- Tak bardzo tęskniłam. - zdawało się słyszeć jej szloch. - Mimo, że nie jesteś prawdziwą Lisanną, tak bardzo tęskniliśmy z Elfim.
- Mirajane. - uśmiechnęła się, odwzajemniając uścisk dziewczyny. - Również się stęskniłam.Mimo że nie jesteśmy rodzeństwem czuję się częścią tego świata.
- Też racja. - uśmiechnęła się uroczo. - Spędziłaś tutaj dwa lata, a twoje rodzeństwo myślało że nie żyjesz.
- Nie zmieniłaś się przez te 7 lat, wiesz?
- Ty też nie, nic ci nie urosło!
- Mira-nee!
- Żartowałam! Urosłaś w dużej ilości miejsc!
- Koniec! - mruknęła EdoLevy wchodząc pomiędzy nie. - Mirajane, gdzie jest Elfman?
- Pojechał do Królewskiego Miasta, bo dostał zadanie od samego króla. - powiedziała, drapiąc tył głowy. - Nie wiem kiedy braciszek wróci. Zdziwiło mnie w ogóle że dostał zadanie od króla.
- To dość podejrzane, skoro król samodzielnie się nie pokazuje. - podrapała się po brodzie. - Okej! Dziewczyny idziecie do pokoju który dałam mnie i tej małej. Gajeela i różowego typa muszę zamieścić gdzieś indziej.
- Mamy się w cztery mieścić na dwóch łóżkach? - warknęła niezadowolona Levy.
- Właśnie! - Mirajane wskazała lekko palcem na EdoLevy. - zaprowadziłaś je przecież do pokoju z podwójną sypialnią!
- Racjaaa! Tam są drzwi, po drugiej stronie drzwi jest druga sypialnia z podwójnym łóżkiem. Niestety na tamtych musicie się mieścić w dwójkę, wcale mi nie przykro. - prychnęła obojętnie. - Won mi stąd, już!
Wszyscy przerażeni ruszyli w kierunku pokoju, w którym mieli się zatrzymać. Natsu buczał coś pod nosem, za nim szedł Gajeel, który również coś mruczał, dopóki nie dostał po głowie od Erzy za słownictwo używane przy Wendy, lecz ta jednak była zbyt zajęta szukaniem pokoju na czele. W środku szła Levy, która również rozglądała się po korytarzach, póki Lucy nie dobiegła do dziewczyny.
- Levy-chan - mruknęła jej cicho do ucha ze złowieszczym uśmieszkiem na twarzy. - Czy coś zaszło między tobą a Gajeelem, że nawet na niego nie patrzysz?
- Co?! - wrzasnęła, przez co wszyscy się zatrzymali i spojrzeli na nią, co wywołało u niej silne rumieńce. - Lu-chan, proszę, nie teraz. - po tych słowach podeszła do drzwi od ich pokoju i otworzyła je, ukazując wnętrze. - Patrz, rzeczywiście tutaj są jakieś drzwi.
- I za nimi jest podwójne łóżko. - Wendy otworzyła drzwi i rozejrzała się po niewielkiej przestrzeni. - Nie najlepsze warunki, ale lepszych nie mamy.
- Oj tam, jest okej. - Natsu machnął ręką. - Byliśmy już w gorszych warunkach.
- Na przykład Tartaros. - wzdrygnęła się Erza. - Nigdy nie zapomnę tego miejsca.
- Albo Pałac Skazańców czy jak to się tam nazywało pod pałacem w Crocusie.
- Twoja pamięć jest naprawdę niezawodna Natsu.
- Okej! - Levy szybko podniosła rękę. - Musimy wyznaczyć kto z kimś śpi, racja?
- To ja mogę spać z panią Erzą. - Wendy odwróciła się w stronę Erzy.
- To miłe z twojej strony Wendy. - Scarlet obdarzyła ją ciepłym uśmiechem.
- To ja śpię z Lucy. - powiedział Natsu siadając na dużym i w miarę wygodnym łóżku.
- Nie możesz spać z Lucy! - Levy wzdrygnęła się, wrzeszcząc jednocześnie na Natsu i myśląc, gdyby jej przyjaciółka się zgodziła musiałaby spać z Redfoxem.
- Czemu niby? Już wiele razy spałem z Lucy w jednym łóżku. - mruknął co wywołało czerwień na twarzy blondynki, gdy awanturująca się McGarden spojrzała na nią.
- Bo ja będę spała z Lucy i nie słyszę sprzeciwów! - wrzasnęła i pociągnęła za sobą blondynkę, zostawiając Redfoxa i Dragneela samych w pomieszczeniu, po czym trzasnęła drzwiami. Otarła czoło z niewidzialnych kropelek potu i oparła się placami o drzwi za nią, przez co wywołało zainteresowanie przebywających w pokoju dziewczyn.
- Levy-chan. - blondynka przykucnęła przy siedzącej na ziemi dziewczyny. - Czy coś się stało?
- Tutejsza ja.. dlatego Lu..- dziewczyna mówiła wpół szeptem, więc blondynka jej nie zrozumiała.
- Levy mów głośniej, ja cię nie rozumiem! - dziewczyna wrzasnęła, przez co pozostałe dziewczyny również podeszły do drzwi i również kucnęły przy McGarden. Nawet Natsu po drugiej stronie podszedł do drzwi i z pomocą swoich smoczych zmysłów próbował podsłuchać rozmowę. - Czy tutejsza ty coś ci zrobiła?
- Nie nie nie! - spojrzała na nią z załamaniem w oczach. - Posłuchaj Lu, to jest ciężkie jak dla mnie, mimo że to nie moje życie ale jednak to jestem ja i...
- No mów już! - dziewczyna złapała niebieskowłosą za ramiona i potrząsnęła lekko. - Niecierpliwię się!
- Tutejsza ja wyszła za Gajeela, Lu, przestań! - i po chwili zasłoniła swoje usta dłonią, słysząc za drzwiami głuche "ooh" i uderzenia w podłogę.
- Łoah. - blondynka spojrzała na Scarlet z wyłupiastymi ocami, ta jednak była mocniej wstrząśnięta.
- Ł-łoah. - wydudkała Erza, patrząc przerażona na Levy.
- To chyba nie koniec świata, prawda? - powiedziała Wendy, lecz po chwili wszystkich wzrok wpadł na nią. - No co? Ja się nie znam na sprawach miłosnych!
- A to w zeszłym tygodniu mruganie do Romea o którym opowiadała mi Mirajane?
- Pani Mira nie zawsze mówi prawdę! - warknęła na nią. - Poza tym pani Mira mówiła mi, że ostatnio Pan Natsu łapał panią Lucy tam gdzie się nie powinno! - i za ścianą ponownie można było usłyszeć głuche uderzenia i kolejne "ooh".
- Gdzie?! - Levy i Erza spojrzały na Marvel, a Lucy tylko zczerwieniała.
- P-przecież M-mirajane nie zawsze m-mówi prawdę! - warknęła na nie, rzucając w nie poduszką, przez co rozpętała wojnę na poduszki.
******
- Ale oni żywiołowi. - mruknęła przechodząc obok pokoju w którym odbywała się wojna na poduszki.
- Tak jak ty moja droga. - mruknął cicho, łapiąc ją pod bok.
- Może przez ich krzyki teraz nas nikt nie usłyszy? - spojrzała na niego i zatrzepotała długimi rzęsami w stronę swojego męża.
- O nie nie nie. Wybij to sobie z głowy. - puścił ją i ukazał słynną pozycję rąk "na focha".
- Oj no dobra, przepraszam. - mruknęła i otworzyła przed nim drzwi od pokoju.
*******
Było pewno około trzeciej albo drugiej, chociaż nie wiedziała, bo było za ciemno. Lucy spała tuż obok niej, a po drugiej stronie pokoju Wendy przytulała się do Erzy przez sen, a ta ją obejmowała. Wstała z łóżka próbując nie obudzić śpiącej przyjaciółki. Ubrała na siebie żakiet od sukienki, zakrywając również trochę odkrytego ciała, którego nie zakrywała piżama pożyczona od jej edolańskiej wersji. Otworzyła powoli drzwi i zauważyła światło świecące od strony sali. Miała sucho w gardle. Uschnęłaby, gdyby zaraz by się czegoś nie napiła. Ruszyła więc w stronę światła i weszła po chwili na pustą salę. Po chwili jednak zauważyła stojącego przy barze EdoGajeela i małą osóbkę, która siedziała na blacie zaraz obok mężczyzny. Gajeel był ubrany w czerwone spodnie, najprawdopodobniej od piżamy i czerwoną, filcową kamizelkę, niezapiętą. Spojrzała na jego brzuch. Nieco mniej umięśniony od Gajeela, ale jednak.
- Oh! - powiedział, zauważając McGarden. - Czemu nie śpisz?
- Zaschło mi w gardle, więc pomyślałam, że tutaj znajdę jakąś wodę. - powiedziała podchodząc trochę bliżej do niego i zauważając, że mała osóbka trzyma w dłoni niebieski kocyk i prawie śpi.
- Hunterowi też zaschło, więc też się obudził. - zaśmiał się, po czym podał jej butelkę wody. - Trzymaj, woda.
- Dziękuję. - powiedziała, upijając łyka wody i czując jednocześnie ulgę w gardle, po czym podeszła do siedzącego na blacie chłopca. - To jest Hunter, tak?
- Mhm. - spojrzał na niego przez okulary. - Może cię to zdziwi pewno tak, jak powiedziała mi Levy o naszym ślubie, ale to jest nasz syn.
Jak podejrzewał, dziewczyna wzdrygnęła się mocno i zastygła bez ruchu. Spojrzała na wpół przytomnego chłopca. Był niewielkich rozmiarów, wyglądał na góra 4 lata. Jego włosy były w dość nietypowym odcieniu, bo ciemnego błękitu, wręcz grafitowe. Miał na sobie biały podkoszulek na ramiączkach, a chude i blade policzki muskały mu niesforne kosmyki włosów. Po chwili wzdrygnął się i otworzył oczy. Czysta czerwień. Piękna, krwista i niewinna czerwień zabłysła w jego oczach. Po chwili jednak znowu je przymknął, odpływając do krainy snu. Czyli tak by wyglądał syn jej i Gajee.. nie. Nie będzie miała z nim dzieci, bo nawet z nim nie jest. Oni tylko się całowali nic więcej.
- Ile ma lat? - spytała, odwracając się w stronę Blackwolfa.
- Hunter ma 5 lat, choć na tyle nie wygląda. - zaśmiał się cicho. - Pewno dałaś mu z trzy lata, co?
- Ciekawi mnie czemu jest taki blady. - mruknęła, ukrywając zakłopotanie poprawnie danym wiekiem.
- Hunter ma dosyć słabą odporność. W jego ciele często brakuje przeciwciał i musi brać antybiotyki, ale to niszczy mu organizm.
- Biedaczek. - powiedziała smutnie i niepewnie wyciągnęła dłoń w stronę jego buzi, by odciągnąć kosmyk włosów który wchodził mu do buzi.
Po chwili Gajeel przeprosił Levy i wziął chłopca na ręce, życząc jej dobranoc.
- Gajeel. - mruknęła, a ten odwrócił się do niej. - Mam nadzieję, że Hunter wyzdrowieje.
- Dziękuję. - uśmiechnął się wesoło i poszedł w kierunku drzwi. - O! I byłbym zapomniał. Hunter ma też siostrę bliźniaczkę, Licę.
Na twarzy McGarden pojawił się mocny i wyrazisty buraczany kolor, a EdoGajeel zaśmiał się charakterystycznie jak to na Gajeela przystało i poszedł przed siebie, zamykając za sobą drzwi.
~~~~~~
Postanowiłam, że na początku każdej części będzie coś takiego jak adnotacje, ilość słów i numer rozdziału w sadze i ogólny.Ogółem miałam dać tą część w niedzielę, ale że moja przyjaciółka ma dzisiaj urodziny (wiem, że to widzisz a raczej zobaczysz, zatrzymałaś się na 6 rozdziale moja droga, prawie 20 w tył, ale jedyna obserwujesz bloga) więc WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! Miałam dzisiaj badanie wyników w szkole, jutro idę do kina, więc spróbuję wstawić następną część w czwartek albo sobotę, bo potem będę miała kłopoty ze wstawieniem jej.
czwartek, 15 maja 2014
One shot - Nieznośny uczeń (Jellal x Erza)
One shot bez zamówienia.
Tematyka : Jerza (Jellal x Erza)
Anime : Fairy Tail
Postacie należą do Hiro Mashimy, ja tylko operuję ich poczynaniami.
Tytuł :Nieznośny uczeń.
Ilość słów : 1940
Adnotacje : Akcja dzieje się w Japonii, coś jak w drugim OVA. W Japonii rok szkolny ma 3 semestry. Po letnich wakacjach jest semestr 3 bodajże, nie pamiętam.
~~~~~~~~~~~~~~
Siedział na oparciu ławki jak to zawsze robił po szkole. Oczekiwał na autobus do miasta, o najpóźniejszym czasie tej godziny, jak to zawsze robił po szkole. Potem powłóczy się po Galerii Crocus, jak to zawsze robił po szkole. Tylko dzisiaj krócej, ze względu na kolejną kozę w tym tygodniu. Musiał się wdać w cholerną bójkę, a to tylko przez to, że usłyszał coś głupiego o swojej starej znajomej. Dzisiaj niby nie była dla nim nikim innym niż tylko osobą, która ochrzaniała go za złe zachowywanie się i niewkładanie koszuli od mundurka w spodnie. Jeszcze tylko rok tej cholernej szkoły i wyjedzie za granicę. Byle jak najdalej stąd. Życie w patologicznej rodzinie bez matki, z ojcem, faworyzującym wszystkich, z wyjątkiem ciebie. Nawet jego braci uważał za lepszych, mimo, że byli trojakami. To, że urodził się jako ostatni, dawało mu poczucie winy, że gdyby nie on, ona by żyła, a ich rodzina byłaby normalna. Całkowicie normalna. Więc jeśli zniknie on i otrzyma oczekiwaną i wymarzoną wolność wszystko będzie tak jak być powinno? Jesienny wiatr muskał jego niebieskie włosy, które mierzwiły go po jego czerwonym znamieniu na twarzy. Niestety, na wolność musiał czekać jeszcze jeden semestr. Wtedy się wyniesie. Nagle usłyszał stukot płaskiego obcasa od szkolnych pantofli dziewcząt, gdyż wydawał charakterystyczny dźwięk. Odwrócił lekko głowę i spojrzał na bok. Kątem oka dostrzegł ją. Długonogą, starą znajomą. Miała na sobie czerwoną marynarkę przewodniczących klas, okulary, resztę mundurka, a na szyi owiniętą chustę w kolorze maliny. Jej czerwone niczym szkarłat włosy tańczyły z jesiennym wiatrem. Spojrzała na niego swoimi brązowymi oczami spod okularów i poprawiła torbę na ramieniu.
- Myślałam, że miałeś siedzieć w kozie dzisiaj. - szepnęła poprawiając okulary na nosie.
- No i siedziałem, skończyła się długo temu.
- Więc czemu nie jesteś jeszcze w domu? - stanęła obok niego.
- Spóźniłem się na autobus do miasta.
- Autobusy do miasta jeżdżą co 10 minut jak nie częściej. - oparła dłoń na biodrze.
- No i co z tego? - w końcu zebrał się na spojrzenie na nią.
- Jezu. - złapała się za złączenie nosa. - Wiesz ile ja mam z tobą problemów? Siedziałam dzisiaj po spotkaniu rozmawiając z nauczycielami. Chcą cię wyrzucić ze szkoły.
- Niech mnie sobie wyrzucają.
- Twój ojciec nie byłby zadowolony.
- Niech tylko Siegrain i Mystogan skończą szkołę. Mnie ona nie obchodzi.
- Fernandes! - wrzasnęła na niego. - Szkoła powinna cię obchodzić bo z nią będziesz wiązał swoje przyszłe życie! Skoro planujesz być wolny, to planujesz swoją przyszłość, prawda?
- Wolny będę dopiero wtedy, kiedy zniknę albo umrę.
Wtedy a policzku poczuł nagłe ciepło, wywołane piekącym bólem. Scarlet stała przy nim z wrogą miną.
- Nie możesz myśleć o śmierci idioto! - wrzasnęła. - Wszystko co bym zrobiła w twojej sprawie by się zmarnowało.
- No właśnie. - wstał i podszedł do podjeżdżającego autobusu. - Wy myślicie tylko o sobie.
- A czy ty właśnie taki nie jesteś? - lecz udawał że tego nie słyszy, ze względu na zamykane drzwi od autobusu.
______
- Ej! Jellal-kun! - usłyszał, po czym poczuł jak jego twarz spotyka się z podłogą Galerii Handlowej Crocus.
- Uważaj, bo go zabijesz! - wrzasnęła na przytulającą Fernandesa dziewczyna. - Meredy-chan, wstawaj!
- Przepraszam, Jellal-kun. - różowowłosa wstała i kiwnęła smutno głową w stronę chłopaka. Akademia Sociere. Do niej chciał należeć, ale ojciec mu nie pozwolił. Siegrain wybrał Akademię Wróżek więc nawet Mystguna przeniósł do niej, a po jakimś czasie doszedł tam i Jellal. Różowowłosą Meredy i jej przyjaciółkę Ultear spotkał na dniach otwartych Akademii. Rodzice również chcieli wysłać je do Akademii Wróżek, ale nie wiedziały wtedy jeszcze, że Jellal tam będzie, dlatego zrezygnowały.
- Co tu robicie? - chrząknął dość nieprzyjemnie wstając z podłogi. - Przez was się na mnie ludzie patrzą. Jako jedyny mam torbę szkolną.
- Chciałyśmy po ciebie iść pod szkołę, ale Ul-chan uznała, że ciebie już tam dawno nie ma, więc przyszłyśmy tutaj na spotkanie ze starą znajomą. - Meredy uśmiechnęła się w jego stronę naprawdę ciepło.
- Właśnie, a co ty tutaj robisz tak późno? - spytała go Ultear, odsuwając trochę skoczną Meredy od chłopaka.
- Siedziałem w kozie.
- Znowu? - obie jakby wrzasnęły jednocześnie. - Za co?
- Za wdanie się w bójkę z Simonem. - burknął.
- Pobiłeś się znowu z bratem Kagury? - Meredy spojrzała na niego. - Ty go kiedyś zabijesz, Jellal-kun!
- Ul-chan! Mere-chan! - usłyszał głos za sobą.
- O wilku mowa! Kagura-chan! - odmachała jej Ultear. - Okej, my się będziemy zbierać, na razie Jellal-kun!
Chłopak skinął głową i odwrócił się. To co zobaczył nie ucieszyło jego wzroku. Obok siostry Simona - Kagury, również z Akademii Sociere stała Scarlet wraz z jego bratem, Siegrainem.
- Oh, Jellal! - uśmiechnął się do niego szyderczo brat, łapiąc jednocześnie dziewczynę obok niego pod bok.
- Cześć, Sieg. - machnął na niego ręką. - Kagura, Scarlet.
- Ohayo Fernandes-kun! - Kagura machnęła na niego ręką. - Słyszałam, że znowu pobiłeś Simona-nii!
- Długa sprawa, opowiem ci kiedyś, dobrze? - spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko.
- Jasne! Wiem, jaki potrafi być Simon-nii, więc kompletnie cię rozumiem, sama mam mu ochotę czasami przyłożyć!
- Okej, spadam. Do zobaczenia! - odmachał dziewczynom ręką i poszedł przed siebie, lecz brat złapał go za ramię, przez co musiał się odwrócić.
- Tak? - spytał dość niegrzecznie brata.
- Ojciec się pytał gdzie jesteś i o której wrócisz. - warknął na niego.
- Co go to obchodzi. Nagle się zaczął nade mną troszczyć? - warknął i wyrwał się z uścisku brata. Nie mógł dłużej wytrzymać, patrząc jak obejmuje Erzę przed jego oczami.
_______
- Erza-chan! - dziewczynka odwróciła się w stronę biegnącego w jej stronę chłopca w białym i potarganym podkoszulku i krótkich beżowych spodenkach.
- Jellal! - wrzasnęła na niego wesoło i również pobiegła w jego stronę, by spotkać się z nim w połowie drogi. Miała na sobie białą sukienkę, również potarganą i biegła boso, tak jak on. W końcu to łąka, a oni są dziećmi, chyba mogą, prawda?
- Jak twoje oko, Erza? - uśmiechnął się do niej chłopak, chowając ręce za plecami.
- O wiele lepiej, dziękuję za troskę, Jella. - uśmiechnęła się zaglądając za jego plecy. - Co tam masz?
- To dla ciebie. - powiedział, wyciągając zza pleców 3 stokrotki, z czego jedna różniła się trochę kolorem od pozostałych. Była bardziej niebieska, tak jak kolor włosów chłopca. - Razem z Siegem i Mystoganem zebraliśmy je dla ciebie, żebyś poczuła się lepiej i nigdy o nas nie zapomniała! A ta niebieska jest ode mnie, starałem się znaleźć jak najładniejszą!
- Dziękuję! - dziewczynka uśmiechnęła się wesoło w stronę chłopca, przytulając go krótko. - Mogę je zanieść mamie? Zaraz wrócę.
- Dobrze, poczekam! - chłopiec uśmiechnął się wesoło, a Erza obróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie, by zanieść niedaleko siedzącej mamie kwiatki. Może ja jemu też coś dam? Chciałabym, żeby był szczęśliwy już na zawsze! I zawsze żeby był ze mną! Dziewczynka pobiegła w prawo, w stronę rosnących na łące stokrotek w poszukiwaniu najładniejszej z nich. Nie chciała mu bowiem dać zwykłej stokrotki, lecz dać kwiatek tak samo ładny, jak on ofiarował jej sam. Szukała więc długo wśród stokrotek, aż w końcu znalazła śliczny niebieski kwiatek, który kolorem przypominał włosy chłopca. Zebrała kwiatek w maciupką dłoń i wybiegła ze stokrotek w stronę przyjaciela.
- Jellaal! - krzyczała, zbiegając z małej górki, po czym dobiegła do miejsca, gdzie kilkanaście minut temu stała z chłopcem. Ale jego już tam nie było.
_____
- A teraz prosimy ustawić się wokół ogniska! - zawołał wesoło nauczyciel Happy, z megafonem w dłoni. - czas na tańce!
Jak co roku w tej szkole odbywał się Dzień Otwarty, który kończył się tańcami wokół ogniska dla uczniów szkoły z małym poczęstunkiem z tego co zostało z kafejek robionych przez różne klasy. Jego klasa zajęła się pilnowaniem całego dnia i dopilnowania kolejności występów artystów na trzech scenach. Po całym dniu miał już dosyć. Wysyłany z kąta do kąta prze Scarlet albo Siegraina. Czasami prosił o pomoc nowego ucznia - Gajeela, lecz ten wydawał się być bardziej zainteresowany jedną z dziewczyn w ich klasie, dlatego wysyłał Lockser na jego miejsca, lecz ta z kolei zbyt zainteresowana Fullbusterem niezbyt okazywała się pomocna. Trudno. Byle jak najdalej od Siegreina. I Scarlet. W końcu schował się pod dość dużym drzewem za boiskiem, dość daleko od miejsca gdzie paliło się ognisko. Było już długo po północy, a Akademia Wróżek byłą dość oddalona od centrum, przez co nie docierało tutaj dużo światła, a w wyniku gwiazdy były pięknie widoczne. Z transu oglądania gwiazd wyrwało go dotknięcie ramienia. Z ciarkami obrócił się w stronę dłoni, której posiadaczką okazała się Scarlet. Zrezygnowany opuścił wzrok na ziemię.
- Czemu nie tańczysz? - zapytała się go smutno.
- Mógłbym się ciebie spytać o to samo. - mruknął pod nosem.
- Mogę usiąść obok? - spytała, zdejmując rękę z jego ramienia, po czym poprawiła sukienkę, którą miała na sobie.
- Ta, jasne. - przesunął się trochę w lewą stronę, a dziewczyna siadła na nogach obok niego.
- Więc.. Czemu nie tańczysz? - spytała, a ten spojrzał się na nią. Dopiero teraz zauważył, że nie ma okularów.
- Nie lubię tańczyć, na dodatek jestem zmęczony. - mruknął pod nosem znowu.
- Siegrain mówił mi, że ojciec zapisał cię na kurs tańca. - spojrzała na niego kątem oka.
- No dobra, jestem tylko zmęczony. - oparł się o drzewo. - A na dodatek nie lubię ludzi. A ty czemu?
- Chciałam sprawdzić czy wszyscy są przy ognisku, bo zaraz będą robione zdjęcia klas, na pamiątkę. - spojrzała już na niego, odwracając głowę w jego stronę. - Ale ciebie tam nie było, więc cię poszukałam i znalazłam.
- Dobre sobie, nie jest wymagana obowiązkowa obecność na zdjęciach. - mruknął uśmiechając się lekko. - Okłamałaś mnie, Scarlet.
- Dlaczego ciągle mówisz na mnie Scarlet? - powiedziała troszkę smutnie i nieprzyjemnie. - Kiedyś mówiłeś na mnie po imieniu.
- Właśnie. Kiedyś. Póki nie przylepiłaś się do Siegraina jak mucha.
- Bo.. Zaraz! - wrzasnęła z lekko czerwonymi policzkami. - Wcale nie latam za nim jak mucha, Jellal!
Chłopak spojrzał na dziewczynę zdziwiony. Nie mówiła na niego po imieniu, odkąd zniknęła tamtego dnia na łące. Od tamtej pory nie widział jej też do czasów liceum.
- Dlaczego powiedziałaś na mnie po imieniu? - spytał lekko speszony.
- Dlaczego ty nie mówisz na mnie po imieniu? - spytała, z bardziej czerwonymi policzkami. - I dlaczego nie było cię wtedy na tej łące?
- Czekałem na ciebie godzinę, Scarlet. - mruknął pod nosem, a Erzę przeszły ciarki. Godzinę? To to nie było kilka minut?!
- A ja czekałam na ciebie godzinę w deszczu. - mruknęła, odwracając głowę w stronę gwiazd obecnie przysłoniętych chmurami. - Po tym się rozchorowałam, a po mojej chorobie nawróciły kłopoty z oczami. Musieliśmy się przeprowadzić bliżej specjalisty i wróciliśmy tutaj na początku liceum.
- To dlatego cię nie było, prawda?
- Tak. - kiwnęła lekko głową. - A gdy przyszłam tutaj do liceum poznałam Siega i przypomniał mi o tobie. Wtedy nie pamiętałam, że masz jeszcze dwóch braci. Myślałam, że to ty.
- Zaraz.. - spojrzał na nią kompletnie zdziwiony choć zarazem szczęśliwy w głębi duszy. - Czyli, że myślałaś, że Siegrain to ja?!
- Tak, z czego się śmiejesz? - warknęła, parząc na reakcję chłopaka.
- Z niczego. - otarł łzy śmiechu. - Nie zmieniłaś się, Erza.
Dziewczyna spojrzała na niego z zaskoczeniem. Po chwili szybko złapała za torebkę przypiętą na pasku i wyjęła z niej czarny, płaski portfel. Otworzyła go i wskazała palcem na małą przeźroczystą kieszonkę na zdjęcia. Za "szybką" widniała ususzona stokrotka w odcieniu zbliżonym do włosów chłopaka. - Ty również, Jellal.
Po chwili chłopak pochylił się na dziewczyną, łapiąc ją delikatnie za brodę i ocierając spływające łzy po jej policzkach. Kiedyś mówiła mu, że nie może płakać, przez uraz oczu. Dzisiejsza medycyna jednak idzie naprzód. Na niebie zniknęły chmury i wraz z gwiazdami zaczęły tańczyć różnokolorowe fajerwerki. Nie zaważali jednak na nie uwagi, bo byli w swojej własnej, miłosnej bańce, złączeni w ciasnym uścisku i ciepłym, delikatnym pocałunku.
~~~~~~
Zaraz po GaLe uwielbiam Jerzę, po prostu drugie z nielicznych OTP. ;w; Mogę się pławić ich miłością, jeśli GaLe się skończy. A na dodatek Erza tak bardzo shipper, który zbliża Graya i Juvię, a z własnymi uczuciami nie umie sobie poradzić. Kocham ją. XD
Tematyka : Jerza (Jellal x Erza)
Anime : Fairy Tail
Postacie należą do Hiro Mashimy, ja tylko operuję ich poczynaniami.
Tytuł :Nieznośny uczeń.
Ilość słów : 1940
Adnotacje : Akcja dzieje się w Japonii, coś jak w drugim OVA. W Japonii rok szkolny ma 3 semestry. Po letnich wakacjach jest semestr 3 bodajże, nie pamiętam.
~~~~~~~~~~~~~~
Siedział na oparciu ławki jak to zawsze robił po szkole. Oczekiwał na autobus do miasta, o najpóźniejszym czasie tej godziny, jak to zawsze robił po szkole. Potem powłóczy się po Galerii Crocus, jak to zawsze robił po szkole. Tylko dzisiaj krócej, ze względu na kolejną kozę w tym tygodniu. Musiał się wdać w cholerną bójkę, a to tylko przez to, że usłyszał coś głupiego o swojej starej znajomej. Dzisiaj niby nie była dla nim nikim innym niż tylko osobą, która ochrzaniała go za złe zachowywanie się i niewkładanie koszuli od mundurka w spodnie. Jeszcze tylko rok tej cholernej szkoły i wyjedzie za granicę. Byle jak najdalej stąd. Życie w patologicznej rodzinie bez matki, z ojcem, faworyzującym wszystkich, z wyjątkiem ciebie. Nawet jego braci uważał za lepszych, mimo, że byli trojakami. To, że urodził się jako ostatni, dawało mu poczucie winy, że gdyby nie on, ona by żyła, a ich rodzina byłaby normalna. Całkowicie normalna. Więc jeśli zniknie on i otrzyma oczekiwaną i wymarzoną wolność wszystko będzie tak jak być powinno? Jesienny wiatr muskał jego niebieskie włosy, które mierzwiły go po jego czerwonym znamieniu na twarzy. Niestety, na wolność musiał czekać jeszcze jeden semestr. Wtedy się wyniesie. Nagle usłyszał stukot płaskiego obcasa od szkolnych pantofli dziewcząt, gdyż wydawał charakterystyczny dźwięk. Odwrócił lekko głowę i spojrzał na bok. Kątem oka dostrzegł ją. Długonogą, starą znajomą. Miała na sobie czerwoną marynarkę przewodniczących klas, okulary, resztę mundurka, a na szyi owiniętą chustę w kolorze maliny. Jej czerwone niczym szkarłat włosy tańczyły z jesiennym wiatrem. Spojrzała na niego swoimi brązowymi oczami spod okularów i poprawiła torbę na ramieniu.
- Myślałam, że miałeś siedzieć w kozie dzisiaj. - szepnęła poprawiając okulary na nosie.
- No i siedziałem, skończyła się długo temu.
- Więc czemu nie jesteś jeszcze w domu? - stanęła obok niego.
- Spóźniłem się na autobus do miasta.
- Autobusy do miasta jeżdżą co 10 minut jak nie częściej. - oparła dłoń na biodrze.
- No i co z tego? - w końcu zebrał się na spojrzenie na nią.
- Jezu. - złapała się za złączenie nosa. - Wiesz ile ja mam z tobą problemów? Siedziałam dzisiaj po spotkaniu rozmawiając z nauczycielami. Chcą cię wyrzucić ze szkoły.
- Niech mnie sobie wyrzucają.
- Twój ojciec nie byłby zadowolony.
- Niech tylko Siegrain i Mystogan skończą szkołę. Mnie ona nie obchodzi.
- Fernandes! - wrzasnęła na niego. - Szkoła powinna cię obchodzić bo z nią będziesz wiązał swoje przyszłe życie! Skoro planujesz być wolny, to planujesz swoją przyszłość, prawda?
- Wolny będę dopiero wtedy, kiedy zniknę albo umrę.
Wtedy a policzku poczuł nagłe ciepło, wywołane piekącym bólem. Scarlet stała przy nim z wrogą miną.
- Nie możesz myśleć o śmierci idioto! - wrzasnęła. - Wszystko co bym zrobiła w twojej sprawie by się zmarnowało.
- No właśnie. - wstał i podszedł do podjeżdżającego autobusu. - Wy myślicie tylko o sobie.
- A czy ty właśnie taki nie jesteś? - lecz udawał że tego nie słyszy, ze względu na zamykane drzwi od autobusu.
______
- Ej! Jellal-kun! - usłyszał, po czym poczuł jak jego twarz spotyka się z podłogą Galerii Handlowej Crocus.
- Uważaj, bo go zabijesz! - wrzasnęła na przytulającą Fernandesa dziewczyna. - Meredy-chan, wstawaj!
- Przepraszam, Jellal-kun. - różowowłosa wstała i kiwnęła smutno głową w stronę chłopaka. Akademia Sociere. Do niej chciał należeć, ale ojciec mu nie pozwolił. Siegrain wybrał Akademię Wróżek więc nawet Mystguna przeniósł do niej, a po jakimś czasie doszedł tam i Jellal. Różowowłosą Meredy i jej przyjaciółkę Ultear spotkał na dniach otwartych Akademii. Rodzice również chcieli wysłać je do Akademii Wróżek, ale nie wiedziały wtedy jeszcze, że Jellal tam będzie, dlatego zrezygnowały.
- Co tu robicie? - chrząknął dość nieprzyjemnie wstając z podłogi. - Przez was się na mnie ludzie patrzą. Jako jedyny mam torbę szkolną.
- Chciałyśmy po ciebie iść pod szkołę, ale Ul-chan uznała, że ciebie już tam dawno nie ma, więc przyszłyśmy tutaj na spotkanie ze starą znajomą. - Meredy uśmiechnęła się w jego stronę naprawdę ciepło.
- Właśnie, a co ty tutaj robisz tak późno? - spytała go Ultear, odsuwając trochę skoczną Meredy od chłopaka.
- Siedziałem w kozie.
- Znowu? - obie jakby wrzasnęły jednocześnie. - Za co?
- Za wdanie się w bójkę z Simonem. - burknął.
- Pobiłeś się znowu z bratem Kagury? - Meredy spojrzała na niego. - Ty go kiedyś zabijesz, Jellal-kun!
- Ul-chan! Mere-chan! - usłyszał głos za sobą.
- O wilku mowa! Kagura-chan! - odmachała jej Ultear. - Okej, my się będziemy zbierać, na razie Jellal-kun!
Chłopak skinął głową i odwrócił się. To co zobaczył nie ucieszyło jego wzroku. Obok siostry Simona - Kagury, również z Akademii Sociere stała Scarlet wraz z jego bratem, Siegrainem.
- Oh, Jellal! - uśmiechnął się do niego szyderczo brat, łapiąc jednocześnie dziewczynę obok niego pod bok.
- Cześć, Sieg. - machnął na niego ręką. - Kagura, Scarlet.
- Ohayo Fernandes-kun! - Kagura machnęła na niego ręką. - Słyszałam, że znowu pobiłeś Simona-nii!
- Długa sprawa, opowiem ci kiedyś, dobrze? - spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko.
- Jasne! Wiem, jaki potrafi być Simon-nii, więc kompletnie cię rozumiem, sama mam mu ochotę czasami przyłożyć!
- Okej, spadam. Do zobaczenia! - odmachał dziewczynom ręką i poszedł przed siebie, lecz brat złapał go za ramię, przez co musiał się odwrócić.
- Tak? - spytał dość niegrzecznie brata.
- Ojciec się pytał gdzie jesteś i o której wrócisz. - warknął na niego.
- Co go to obchodzi. Nagle się zaczął nade mną troszczyć? - warknął i wyrwał się z uścisku brata. Nie mógł dłużej wytrzymać, patrząc jak obejmuje Erzę przed jego oczami.
_______
- Erza-chan! - dziewczynka odwróciła się w stronę biegnącego w jej stronę chłopca w białym i potarganym podkoszulku i krótkich beżowych spodenkach.
- Jellal! - wrzasnęła na niego wesoło i również pobiegła w jego stronę, by spotkać się z nim w połowie drogi. Miała na sobie białą sukienkę, również potarganą i biegła boso, tak jak on. W końcu to łąka, a oni są dziećmi, chyba mogą, prawda?
- Jak twoje oko, Erza? - uśmiechnął się do niej chłopak, chowając ręce za plecami.
- O wiele lepiej, dziękuję za troskę, Jella. - uśmiechnęła się zaglądając za jego plecy. - Co tam masz?
- To dla ciebie. - powiedział, wyciągając zza pleców 3 stokrotki, z czego jedna różniła się trochę kolorem od pozostałych. Była bardziej niebieska, tak jak kolor włosów chłopca. - Razem z Siegem i Mystoganem zebraliśmy je dla ciebie, żebyś poczuła się lepiej i nigdy o nas nie zapomniała! A ta niebieska jest ode mnie, starałem się znaleźć jak najładniejszą!
- Dziękuję! - dziewczynka uśmiechnęła się wesoło w stronę chłopca, przytulając go krótko. - Mogę je zanieść mamie? Zaraz wrócę.
- Dobrze, poczekam! - chłopiec uśmiechnął się wesoło, a Erza obróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie, by zanieść niedaleko siedzącej mamie kwiatki. Może ja jemu też coś dam? Chciałabym, żeby był szczęśliwy już na zawsze! I zawsze żeby był ze mną! Dziewczynka pobiegła w prawo, w stronę rosnących na łące stokrotek w poszukiwaniu najładniejszej z nich. Nie chciała mu bowiem dać zwykłej stokrotki, lecz dać kwiatek tak samo ładny, jak on ofiarował jej sam. Szukała więc długo wśród stokrotek, aż w końcu znalazła śliczny niebieski kwiatek, który kolorem przypominał włosy chłopca. Zebrała kwiatek w maciupką dłoń i wybiegła ze stokrotek w stronę przyjaciela.
- Jellaal! - krzyczała, zbiegając z małej górki, po czym dobiegła do miejsca, gdzie kilkanaście minut temu stała z chłopcem. Ale jego już tam nie było.
_____
- A teraz prosimy ustawić się wokół ogniska! - zawołał wesoło nauczyciel Happy, z megafonem w dłoni. - czas na tańce!
Jak co roku w tej szkole odbywał się Dzień Otwarty, który kończył się tańcami wokół ogniska dla uczniów szkoły z małym poczęstunkiem z tego co zostało z kafejek robionych przez różne klasy. Jego klasa zajęła się pilnowaniem całego dnia i dopilnowania kolejności występów artystów na trzech scenach. Po całym dniu miał już dosyć. Wysyłany z kąta do kąta prze Scarlet albo Siegraina. Czasami prosił o pomoc nowego ucznia - Gajeela, lecz ten wydawał się być bardziej zainteresowany jedną z dziewczyn w ich klasie, dlatego wysyłał Lockser na jego miejsca, lecz ta z kolei zbyt zainteresowana Fullbusterem niezbyt okazywała się pomocna. Trudno. Byle jak najdalej od Siegreina. I Scarlet. W końcu schował się pod dość dużym drzewem za boiskiem, dość daleko od miejsca gdzie paliło się ognisko. Było już długo po północy, a Akademia Wróżek byłą dość oddalona od centrum, przez co nie docierało tutaj dużo światła, a w wyniku gwiazdy były pięknie widoczne. Z transu oglądania gwiazd wyrwało go dotknięcie ramienia. Z ciarkami obrócił się w stronę dłoni, której posiadaczką okazała się Scarlet. Zrezygnowany opuścił wzrok na ziemię.
- Czemu nie tańczysz? - zapytała się go smutno.
- Mógłbym się ciebie spytać o to samo. - mruknął pod nosem.
- Mogę usiąść obok? - spytała, zdejmując rękę z jego ramienia, po czym poprawiła sukienkę, którą miała na sobie.
- Ta, jasne. - przesunął się trochę w lewą stronę, a dziewczyna siadła na nogach obok niego.
- Więc.. Czemu nie tańczysz? - spytała, a ten spojrzał się na nią. Dopiero teraz zauważył, że nie ma okularów.
- Nie lubię tańczyć, na dodatek jestem zmęczony. - mruknął pod nosem znowu.
- Siegrain mówił mi, że ojciec zapisał cię na kurs tańca. - spojrzała na niego kątem oka.
- No dobra, jestem tylko zmęczony. - oparł się o drzewo. - A na dodatek nie lubię ludzi. A ty czemu?
- Chciałam sprawdzić czy wszyscy są przy ognisku, bo zaraz będą robione zdjęcia klas, na pamiątkę. - spojrzała już na niego, odwracając głowę w jego stronę. - Ale ciebie tam nie było, więc cię poszukałam i znalazłam.
- Dobre sobie, nie jest wymagana obowiązkowa obecność na zdjęciach. - mruknął uśmiechając się lekko. - Okłamałaś mnie, Scarlet.
- Dlaczego ciągle mówisz na mnie Scarlet? - powiedziała troszkę smutnie i nieprzyjemnie. - Kiedyś mówiłeś na mnie po imieniu.
- Właśnie. Kiedyś. Póki nie przylepiłaś się do Siegraina jak mucha.
- Bo.. Zaraz! - wrzasnęła z lekko czerwonymi policzkami. - Wcale nie latam za nim jak mucha, Jellal!
Chłopak spojrzał na dziewczynę zdziwiony. Nie mówiła na niego po imieniu, odkąd zniknęła tamtego dnia na łące. Od tamtej pory nie widział jej też do czasów liceum.
- Dlaczego powiedziałaś na mnie po imieniu? - spytał lekko speszony.
- Dlaczego ty nie mówisz na mnie po imieniu? - spytała, z bardziej czerwonymi policzkami. - I dlaczego nie było cię wtedy na tej łące?
- Czekałem na ciebie godzinę, Scarlet. - mruknął pod nosem, a Erzę przeszły ciarki. Godzinę? To to nie było kilka minut?!
- A ja czekałam na ciebie godzinę w deszczu. - mruknęła, odwracając głowę w stronę gwiazd obecnie przysłoniętych chmurami. - Po tym się rozchorowałam, a po mojej chorobie nawróciły kłopoty z oczami. Musieliśmy się przeprowadzić bliżej specjalisty i wróciliśmy tutaj na początku liceum.
- To dlatego cię nie było, prawda?
- Tak. - kiwnęła lekko głową. - A gdy przyszłam tutaj do liceum poznałam Siega i przypomniał mi o tobie. Wtedy nie pamiętałam, że masz jeszcze dwóch braci. Myślałam, że to ty.
- Zaraz.. - spojrzał na nią kompletnie zdziwiony choć zarazem szczęśliwy w głębi duszy. - Czyli, że myślałaś, że Siegrain to ja?!
- Tak, z czego się śmiejesz? - warknęła, parząc na reakcję chłopaka.
- Z niczego. - otarł łzy śmiechu. - Nie zmieniłaś się, Erza.
Dziewczyna spojrzała na niego z zaskoczeniem. Po chwili szybko złapała za torebkę przypiętą na pasku i wyjęła z niej czarny, płaski portfel. Otworzyła go i wskazała palcem na małą przeźroczystą kieszonkę na zdjęcia. Za "szybką" widniała ususzona stokrotka w odcieniu zbliżonym do włosów chłopaka. - Ty również, Jellal.
Po chwili chłopak pochylił się na dziewczyną, łapiąc ją delikatnie za brodę i ocierając spływające łzy po jej policzkach. Kiedyś mówiła mu, że nie może płakać, przez uraz oczu. Dzisiejsza medycyna jednak idzie naprzód. Na niebie zniknęły chmury i wraz z gwiazdami zaczęły tańczyć różnokolorowe fajerwerki. Nie zaważali jednak na nie uwagi, bo byli w swojej własnej, miłosnej bańce, złączeni w ciasnym uścisku i ciepłym, delikatnym pocałunku.
~~~~~~
Zaraz po GaLe uwielbiam Jerzę, po prostu drugie z nielicznych OTP. ;w; Mogę się pławić ich miłością, jeśli GaLe się skończy. A na dodatek Erza tak bardzo shipper, który zbliża Graya i Juvię, a z własnymi uczuciami nie umie sobie poradzić. Kocham ją. XD
sobota, 10 maja 2014
22. W pamięci tych co odeszli
Drzwi od pokoju otworzyły się z hukiem. W nich stała Levy. Ta z Edolas. W garści trzymała pogniecione papiery, oparte o biodro.
- Puk puk. - zaśmiała się szyderczo. - Mam papiery z tymi, co nas opuścili.
- Maniery to masz ładne, nie powiem. - burknęła McGarden podnosząc się z łóżka. - Pokaż je.
Levy weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi z głośnym hukiem. Potem podeszła do łóżka i wcisnęła w dłoń swojej odpowiedniczce papiery z nazwiskami.
- Zapisywałam na skrawkach razem z datami. - burknęła siadając obok Wendy i exceedów.
- Popatrzmy... 5 osób. - twarz McGarden zbladła. Po chwili zaczęła czytać na głos.
- Rzeczywiście, wiele się tutaj zmieniło. - burknęła pod nosem Erza, rozglądając się po przedmieściach stojącego przed nimi miasta. Użyła czaru przemiany, by zdjąć z siebie zbroję i ukazać swoje normalne ubrania. - Miejmy nadzieję, że są w tym mieście. Nie mamy czasu, by przeszukiwać cały świat.
- Lisanno. - Natsu obrócił się w stronę śnieżnowłosej, przyprawiając ją tym samym o dreszcze.
- Tak Natsu?
- Wiesz może coś, gdzie może być teraźniejsze Fairy Tail?
- Wiem, że chcieli przenieść się do królewskiego miasta, ale nie wiem czy to zrobili. Tam jest kawał drogi stąd.
- Dobra! - warknął Redfox idąc przed siebie, jednocześnie kierując się wgłąb miasta. - Najpierw rozejrzyjmy się tutaj.
- Dobrze, to ja pójdę z Lucy. - kiwnęła głową Lisanna. - Wy pójdźcie w drugą stronę i rozejrzyjmy się za Wendy i Levy. Były z nimi exceedy, więc może będzie łatwiej ich szukać.
- Też chcę pójść z wami! - mruknął mały niebieski exceed, który po chwili stał przygotowany przy nogach blondynki.
- Więc w drogę! - wrzasnęła ochoczo blondynka na chwilę zapominając, że jest to akcja ratunkowa i że ich poszukiwania mogą zakończyć się fiaskiem. Po chwili byli już rozdzieleni na dwie grupy : Natsu, Gajeela i Erzą oraz Lucy, Lisannę i Happiego. Lucy poprosiła Lisannę by wskazała jej ulicę, gdzie będzie jakaś biblioteka, bo tak mówiło jej serce o pobycie zaginionej przyjaciółki. Lisanna w końcu wskazała ulicę na której nawet Lucy byłą przed siedmioma latami oraz bibliotekę z księgarnią, w której kupiła książkę z historią kraju. Pospiesznie ruszyły w jej stronę jednak Lisanna przypadkiem wpadła na kogoś, przewracając i siebie, i osobę którą przewróciła. Szybko pozbierała się i pomogła dziewczynie (tak wywnioskowała po sukience i chuście na głowie) zebrać książki, które najprawdopodobniej kupiła. Ta natomiast szybko się zebrała i wyrwała białowłosej książki z rąk, po czym kiwając głową odwróciła się w stronę ucieczki. Wtem Lucy dostała dziwnego impulsu, by zatrzymać dziewczynę. Nie wiedziała skąd, jednak go posłuchała. Szybko złapała dziewczynę za ramię, przez co lekko jej chusta odsunęła się z głowy. Ta odwróciła twarz w stronę blondynki, jednocześnie spotykając się z jej wzrokiem, który z chwili na chwilę robił się bardziej zszokowany.
~~~~~~~~~~
Mamy dzień parzysty, to dodaję. Muszę powiedzieć, że na jakiś czas robię przerwę ze względu na brak czasu na pisanie i udostępnianie. Potem jeszcze mam 27 maja zdawanie projektów, a na początku czerwca wyjeżdżam na tydzień, może uda mi się chociaż pomysłów nazbierać~~
- Puk puk. - zaśmiała się szyderczo. - Mam papiery z tymi, co nas opuścili.
- Maniery to masz ładne, nie powiem. - burknęła McGarden podnosząc się z łóżka. - Pokaż je.
Levy weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi z głośnym hukiem. Potem podeszła do łóżka i wcisnęła w dłoń swojej odpowiedniczce papiery z nazwiskami.
- Zapisywałam na skrawkach razem z datami. - burknęła siadając obok Wendy i exceedów.
- Popatrzmy... 5 osób. - twarz McGarden zbladła. Po chwili zaczęła czytać na głos.
Ludzie odchodzący z organizacji królewskiej Fairy Tail w miesiącu sierpień :
1. Loke Regulus - 2 sierpnia, powody prywatne
2. Macao Verlight - 5 sierpnia, śmierć z ręki cywila
3. Romeo Verlight - 10 sierpnia, chęć pomszczenia śmierci, podróż
4. Jet - 25 sierpnia, powody nieznane
5. Droy - 25 sierpnia, powody nieznane
- Macao nie żyje? - Wendy wzdrygnęła się po tym jak Levy oderwała wzrok od kartki. - Na dodatek Jet i Droy odeszli, co oznacza..
- że Shadow Gear z Edolas zostało rozwiązane. - Levy spuściła głowę i zacisnęła w dłoniach kartkę.
- Tak. - EdoLevy prychnęła. - Po tym całym małżeństwie wzięli i się na mnie wypięli, po czym przestaliśmy chodzić na misje. Potem powiedzieli, że odchodzą. Tyle.
- Dlaczego nie chodziliście na misje?
- Nie ważne czemu, po prostu nie chodziliśmy na te pieprzone misje! Obrazili się na mnie jak jakieś dwie pieprzone i rozwydrzone dziewuchy z podstawówki!
- Spokojnie, Levy. - ziemski odpowiednik uspokajała samą siebie. - Masz gdzieś zapisane ich adresy, prawda?
- Z tego wszystkiego mogę wam dać tylko adres Loke'a. Tylko on ma stałe zamieszkanie. Wiem, że ostatnio Jet i Droy przenieśli się do Królewskiego Miasta, a tam zostali za coś zatrzymani przez samego króla.
- To straszne. - Wendy zakryła usta dłonią.
- Tak tak, bardzo. - machnęła na nią ręką. - Poza tymi ludźmi nikt ostatnimi czasy nie odchodził. Nie miał kto, siedem lat temu straciliśmy ponad połowę gildii. Przyłączyło się kilku ludzi, ale nie na tyle, żeby odnowić rezerwy.
- Czyli musimy odnaleźć Loke'a i dowiedzieć się co i jak.
- Na to wychodzi. Podwieźć was tam?
- Że samochodem? - Levy zamrugała kilka razy. - Jakoś nie jestem zdatna żeby powierzyć maszynie moje życie.
- Oj tam, zaraz życie! Najwyżej zdrowie psychiczne i fizyczne! Nauczę cię, jeśli opowiesz mi coś o tobie. że o mnie z Ziemi.
Levy i Wendy były przerażone jak EdoLevy była dla nich miła, a dla Gajeela.. wredna i oschła. Może tutaj ich stosunki były na odwrót, pomimo małżeństwa? Wstały powoli z łóżek i poszły za Levy, która sprawnie szła w stronę swojego warsztatu. Po drodze otworzyła drzwi od swojego pokoju i powiedziała ze stoickim spokojem "Gajeel, wychodzę. Jeśli przyprowadzisz tutaj jakąś kobietę, wyrwę ci głowę z kręgosłupem. Papa!". Potem pokazała dziewczynom samochód, który niedawno naprawiała. Na zewnątrz był pokryty zgniłozieloną blachą i nie wyglądał aż tak źle.
- Jedno z najnowszych cudeńków na rynku. - mruknęła głaszcząc samochód po masce. - Musimy wam gdzieś jeszcze załatwić normalne ubrania, więc u Loke'a będzie idealnie. Wsiadajcie!
Obie przerażone wsiadły do samochodu, Levy z przodu na miejscu pasażera, a Wendy z tyłu, wraz z exceedami. EdoLevy pokazała wszystkim pasy bezpieczeństwa oraz jak je się zapina. Sama po chwili wsiadła za kierownicą, rozpoczynając procedurę startową, tłumacząc jednocześnie wszystko swojemu sobowtórowi. Potem założyła swoje bordowe, już czyste rękawiczki i złapała za kierownicę, odpalonego już auta. Wcisnęła gaz i wyjechała na powierzchnię, trafiając na zatłoczoną ulicę.
- Kurwa, korek! - wrzasnęła zrezygnowana. - To nam daje czas do opowiadania. Gadaj, co ja robię na ziemi.
- A co dokładniej chcesz wiedzieć? - spytała niepewnie obracając głowę w jej stronę patrząc kątem oka na Wendy, siedzącą za nią.
- Wszystko. O tej waszej magii, co ja takiego robię, jaka jestem.
- No to używasz magii Solidnego Rękopisu, magii która tworzy przedmioty i stany, za pomocą słów. Natomiast wraz z Shadow Gear rozwiązujesz misje, lecz ty robisz większość roboty. Mimo to, Shadow Gear jest uważany za jedną z najsłabszych drużyn w gildii.
- Na serio najsłabszych? Nie no, to ładnie się zapuściliście. - parsknęła, nie odrywając wzroku od drogi, która powoli się ruszała. - Co jeszcze?
- Znasz kilkanaście starożytnych języków i masz dobrą pamięć.
- O, ciekawe. Dalej.
- Kiedy Laxus rozpoczął wojnę pomiędzy członkami gildii rozszyfrowałaś runy, które pozwoliły Natsu i Gajeelowi wyjść z gildii i pokonać Laxusa.
- Kogo? - tym razem spojrzała na nią kątem oka.
- Laxusa, syna mistrza Makarova.
- Ahh, tego gnoja. - warknęła. - Nigdy nie dołączył do gildii, odszedł razem ze swoim ojcem, skurwiel. Potem gdy Knightwalker prowadziła na nas polowania, a on odwiedzał Makarova, wziął i własnoręcznie pomógł jej go zabić.
- Niemożliwe. - Wendy zakryła usta dłonią nie wierząc, że Laxus mógłby zrobić coś takiego.
- Wendy, Laxus u nas też kiedyś taki był. Cieszył się z tego, że mistrz jest umierający, zanim dołączyłaś do gildii.
- Poza tym. - Levy ponownie kątem oka spojrzała na ziemską siebie i zaśmiała się. - Jak układa się mnei i mojemu mężowi?
Levy za kierownicą parsknęła śmiechem, ziemska Levy natomiast przybrała kolor purpury na twarzy, a Lily spojrzał na nie, pragnąc dowiedzieć się czegoś, czego Gajeel na pewno mu nie powiedział.
- Cóz.. - wbiła spojrzenie w splecione na kolanach dłonie. - Nie ma pomiędzy nami takiego kontaktu jak pomiędzy tobą a tutejszym Gajeelem. Natomiast siedem lat temu kiedy był jeszcze w innej gildii próbował mnie zabić.
- Ty, serio? - spojrzała na nią już całą twarzą, lecz została zbesztana, za odwrócenie uwagi od drogi przez Charlę. - No patrz nie spodziewałam się.
- Nikt się nie spodziewał. - patrzała ciągle na splecione dłonie. - Ale byłam chyba pierwszą osobą, która zaakceptowała jego obecność w gildii.
- U nas było na odwrót. Kiedy Lucy zaprosiła Gajeela, swojego informatora do gildii ja nie chciałam mieć z nim kontaktu do czasu, póki sama nie potrzebowałam informacji. Wtedy zaczął nam pomagać, ukrywać nas, założył nawet to całe wydawnictwo i porzucił rolę samotnego i znienawidzonego przez ludzkość pisarza, tylko po to, żeby chronić dupska ludziom na którym mu zależało. - uśmiechnęła się szyderczo, lecz ciepło. - Poza tym Gajeel ma nieziemski głos, jak raz zaśpiewał, to prawie od razu się zakochałam.
- Huh. - Levy westchnęła i to dosyć głośno. - No to rzeczywiście całkiem inny człowiek niż Gajeel Redfox.
- A właśnie. Jesteście chociaż parą? - na te słowa McGarden prawie nie zachłysnęła się własną śliną.
- Po co ci to wiedzieć?! - warknęła na nią słysząc chichot osób z tyłu.
- Bo to po części ja!
- Ale nie twoje życie!
Nagle samochód ostro zahamował. Dziękowała, że zapięła się tym czymś. Stali naprzeciw jakiegoś dużego salonu. Levy zgasiła samochód i wyszła zza kierownicy, nakazując reszcie wyjść wzrokiem. Szybko i posłusznie opuścili pojazd i stanęli niczym w szeregu przed nim.
- Schowajcie te cholerne koty. - warknęła. - Nie chcecie chyba żeby was wytykali palcami. Magii nie ma na tym świecie.
Po tych słowach Lily i Charla ponownie weszli do torby Levy, a wszyscy skierowali się w stronę budynku naprzeciw nich. Na budynku widniał wielki szyld z napisem REGULUS. Powoli weszli rozglądając się po środku. Salon ubrań? O ja cię. Jakie jaja, Loke spełniający się jako sprzedawca? I to jeszcze w takim miejscu. Biedny Loke. EdoLevy podeszła do lady, przy której stała dziewczyna z długimi różowymi, falowanymi włosami. Uderzyła otwartą dłonią o blat i pochyliła się nad dziewczyną.
- Gadaj gdzie jest Loke. - warknęła do niej, lecz zaraz zza zasłoniętych materiałem drzwi wyłonił się elegancko ubrany Loke, który wyglądał jak Leo, jego forma Gwiezdnego Ducha. Szybko podszedł do różowowłosej i objął ją ramieniem, po czym delikatnie pogładził ją po włosach.
- Aries, mógłbym porozmawiać ze starą znajomą? - spytał się kobiety, ta natomiast kiwnęła i wyszła z pomieszczenia. - Co tu robisz?
- No cześć Loke. - parsknęła i machnęła na niego ręką.
- Mogłabyś zostawić moją żonę w spokoju? - warknął ponownie na nią. Żonę?
- Jest sprawa. Słyszałeś krążące plotki o Animie, prawda? - na te słowa Loke się wzdrygnął. - Czyli słyszałeś. To popatrz na tamte dwie. Wciągnęło je. Plotki stały się prawdą.
- Nie wciągaj mnie w to, odszedłem od was dla żony i zakładu. - czyli że ten sklep był jego?
- No dobrze. Po prostu chcieliśmy się dowiedzieć czy nie wiesz nic o tym. Pracowałeś długo z Gajeelem i odszedłeś tak nagle no.
- Żona. Te informacje za bardzo mnie przytłoczyły, musiałem.
- Jakie niby znowu informacje? - spytała McGarden podchodząc do chłopaka.
- Zaraz, czekaj. - zaśmiał się. - To jest twoja Ziemska ty?
- Chcesz czegoś od niej? To całkiem mądra i fajna babka, nie czepiaj się jej.
- Jest milsza od ciebie.
- Wiem. Gadaj, co za informacje.
- Dotyczyły Jeta i Droya, chcesz je słyszeć dalej?
- To jest ważne, nie mogę się ciągle nimi przejmować. Gadaj.
- Jest i Droy podobno porwali kogoś z królewskiej rodziny i zgubili gdzieś w zamku, kiedy uciekali. Potem okazało się, że ta osoba trafiła do pokoju aktywującego Animę, a gry ją odnaleźli, aktywowali ją, by ukryć tam ciało tej osoby.
- Zamordowali tego kogoś?
- Z zimną krwią. Od tamtej pory nawet sam król nie wychodzi z zamku, by nie rozgłaszać plotek na temat kto został zabity.
- O mój. - Wendy była cała zdruzgotana. - Musimy jechać do królewskiego miasta, żeby przejść przez Animę i wrócić na Ziemię.
- Wendy, musimy też pomóc tym tutaj zamknąć Animę! - zbeształa ją cicho Charla. - Musimy też sprawdzić czy nie dostał się tutaj ktoś jeszcze.
- Racja. Wielu ludzi mogło dostać się ponownie do Edolas z Ziemi.
- Miejmy nadzieję, że nie przemienią się w lakrymę. - warknęła EdoLevy opeirając ręce na biodrach. - Dobra, Loke. Dzięki za informacje, jakoś sobie z nią poradzimy. - machnęła do niego dłonią i ruszyła do wyjścia, dezorientując resztę w środku.
- Ej! - warknęła po chwili wracając. - Miałyśmy wziąć normalne ubrania dla was.
- Skleroza nie boli. - zadrwił z niej Loke.
- Dobra! Dawaj co tu masz na ich rozmiar. - po tych słowach Loke ruszył na zaplecze i przyniósł McGarden sukienkę na ramiączkach w odcieniu ciemnej zieleni nad kolano wzorowaną, a dla Wendy niebieską koszulę z falbanką i brązowe spodnie. Exceedom ofiarował po brązowym kaszkiecie dla zmylenia oraz nakazał im pochować ogony. Po chwili dziewczyny wybiegły z salonu i wsiadły razem do samochodu.
- Musimy się teraz dostać do Królewskiego Miasta, prawda? - spytała siedząca z tyłu Wendy.
- Na to wychodzi. - warknęła przez zęby kobieta za kierownicą patrząc na kolejny korek. - Tylko jeśli chcecie mojej pomocy, musicie zostać tutaj jeszcze z dwa dni.
- Aż dwa dni?! - Levy wykrzyknęła to zdanie w jej stronę tak głośno, że zdawało się ją uderzyć.
- Tak, dwa dni. Może troszkę krócej, jeśli szybciej się z czymś rozprawię. Prywatne sprawy, uprzedzam.
- No dobrze, nie wtrącamy się. - Charla założyła ręce na piersi.
- W tym czasie możemy się rozejrzeć po tym mieście za ludźmi z Ziemi. - Lily spojrzał przez okno.
- Czarny futrzarz myśli dobrze. - EdoLevy wskazała na niego kciukiem, odrywając jedną rękę od kierownicy, lecz nie odrywając wzroku od ulicy. - Możecie się rozejrzeć, ale jeśli ktoś się do was zwróci po waszych imionach, lub po moim nazwisku, spławcie.
- W ogóle to jak ty masz na nazwisko?
- Tak jak mój mąż. - uśmiechnęła się szyderczo.
- Czyli?
- Blackwolf. - zaczęła skręcać w stronę garażu, po czym zjechała samochodem do jej warsztatu. - Wysiadka. Później do was przyjdę i zaplanujemy podróż do Królewskiego Miasta.
*********
- Łoah. - z ust blondynki wyrwał się dźwięk zachwytu wraz z wydychanym powietrzem. - Zmieniło się tutaj.
- I to dużo. - różowowłosy klepnął przyjaciółkę w ramię o mało jej tym samym nie wywracając.- Na to wychodzi. Podwieźć was tam?
- Że samochodem? - Levy zamrugała kilka razy. - Jakoś nie jestem zdatna żeby powierzyć maszynie moje życie.
- Oj tam, zaraz życie! Najwyżej zdrowie psychiczne i fizyczne! Nauczę cię, jeśli opowiesz mi coś o tobie. że o mnie z Ziemi.
Levy i Wendy były przerażone jak EdoLevy była dla nich miła, a dla Gajeela.. wredna i oschła. Może tutaj ich stosunki były na odwrót, pomimo małżeństwa? Wstały powoli z łóżek i poszły za Levy, która sprawnie szła w stronę swojego warsztatu. Po drodze otworzyła drzwi od swojego pokoju i powiedziała ze stoickim spokojem "Gajeel, wychodzę. Jeśli przyprowadzisz tutaj jakąś kobietę, wyrwę ci głowę z kręgosłupem. Papa!". Potem pokazała dziewczynom samochód, który niedawno naprawiała. Na zewnątrz był pokryty zgniłozieloną blachą i nie wyglądał aż tak źle.
- Jedno z najnowszych cudeńków na rynku. - mruknęła głaszcząc samochód po masce. - Musimy wam gdzieś jeszcze załatwić normalne ubrania, więc u Loke'a będzie idealnie. Wsiadajcie!
Obie przerażone wsiadły do samochodu, Levy z przodu na miejscu pasażera, a Wendy z tyłu, wraz z exceedami. EdoLevy pokazała wszystkim pasy bezpieczeństwa oraz jak je się zapina. Sama po chwili wsiadła za kierownicą, rozpoczynając procedurę startową, tłumacząc jednocześnie wszystko swojemu sobowtórowi. Potem założyła swoje bordowe, już czyste rękawiczki i złapała za kierownicę, odpalonego już auta. Wcisnęła gaz i wyjechała na powierzchnię, trafiając na zatłoczoną ulicę.
- Kurwa, korek! - wrzasnęła zrezygnowana. - To nam daje czas do opowiadania. Gadaj, co ja robię na ziemi.
- A co dokładniej chcesz wiedzieć? - spytała niepewnie obracając głowę w jej stronę patrząc kątem oka na Wendy, siedzącą za nią.
- Wszystko. O tej waszej magii, co ja takiego robię, jaka jestem.
- No to używasz magii Solidnego Rękopisu, magii która tworzy przedmioty i stany, za pomocą słów. Natomiast wraz z Shadow Gear rozwiązujesz misje, lecz ty robisz większość roboty. Mimo to, Shadow Gear jest uważany za jedną z najsłabszych drużyn w gildii.
- Na serio najsłabszych? Nie no, to ładnie się zapuściliście. - parsknęła, nie odrywając wzroku od drogi, która powoli się ruszała. - Co jeszcze?
- Znasz kilkanaście starożytnych języków i masz dobrą pamięć.
- O, ciekawe. Dalej.
- Kiedy Laxus rozpoczął wojnę pomiędzy członkami gildii rozszyfrowałaś runy, które pozwoliły Natsu i Gajeelowi wyjść z gildii i pokonać Laxusa.
- Kogo? - tym razem spojrzała na nią kątem oka.
- Laxusa, syna mistrza Makarova.
- Ahh, tego gnoja. - warknęła. - Nigdy nie dołączył do gildii, odszedł razem ze swoim ojcem, skurwiel. Potem gdy Knightwalker prowadziła na nas polowania, a on odwiedzał Makarova, wziął i własnoręcznie pomógł jej go zabić.
- Niemożliwe. - Wendy zakryła usta dłonią nie wierząc, że Laxus mógłby zrobić coś takiego.
- Wendy, Laxus u nas też kiedyś taki był. Cieszył się z tego, że mistrz jest umierający, zanim dołączyłaś do gildii.
- Poza tym. - Levy ponownie kątem oka spojrzała na ziemską siebie i zaśmiała się. - Jak układa się mnei i mojemu mężowi?
Levy za kierownicą parsknęła śmiechem, ziemska Levy natomiast przybrała kolor purpury na twarzy, a Lily spojrzał na nie, pragnąc dowiedzieć się czegoś, czego Gajeel na pewno mu nie powiedział.
- Cóz.. - wbiła spojrzenie w splecione na kolanach dłonie. - Nie ma pomiędzy nami takiego kontaktu jak pomiędzy tobą a tutejszym Gajeelem. Natomiast siedem lat temu kiedy był jeszcze w innej gildii próbował mnie zabić.
- Ty, serio? - spojrzała na nią już całą twarzą, lecz została zbesztana, za odwrócenie uwagi od drogi przez Charlę. - No patrz nie spodziewałam się.
- Nikt się nie spodziewał. - patrzała ciągle na splecione dłonie. - Ale byłam chyba pierwszą osobą, która zaakceptowała jego obecność w gildii.
- U nas było na odwrót. Kiedy Lucy zaprosiła Gajeela, swojego informatora do gildii ja nie chciałam mieć z nim kontaktu do czasu, póki sama nie potrzebowałam informacji. Wtedy zaczął nam pomagać, ukrywać nas, założył nawet to całe wydawnictwo i porzucił rolę samotnego i znienawidzonego przez ludzkość pisarza, tylko po to, żeby chronić dupska ludziom na którym mu zależało. - uśmiechnęła się szyderczo, lecz ciepło. - Poza tym Gajeel ma nieziemski głos, jak raz zaśpiewał, to prawie od razu się zakochałam.
- Huh. - Levy westchnęła i to dosyć głośno. - No to rzeczywiście całkiem inny człowiek niż Gajeel Redfox.
- A właśnie. Jesteście chociaż parą? - na te słowa McGarden prawie nie zachłysnęła się własną śliną.
- Po co ci to wiedzieć?! - warknęła na nią słysząc chichot osób z tyłu.
- Bo to po części ja!
- Ale nie twoje życie!
Nagle samochód ostro zahamował. Dziękowała, że zapięła się tym czymś. Stali naprzeciw jakiegoś dużego salonu. Levy zgasiła samochód i wyszła zza kierownicy, nakazując reszcie wyjść wzrokiem. Szybko i posłusznie opuścili pojazd i stanęli niczym w szeregu przed nim.
- Schowajcie te cholerne koty. - warknęła. - Nie chcecie chyba żeby was wytykali palcami. Magii nie ma na tym świecie.
Po tych słowach Lily i Charla ponownie weszli do torby Levy, a wszyscy skierowali się w stronę budynku naprzeciw nich. Na budynku widniał wielki szyld z napisem REGULUS. Powoli weszli rozglądając się po środku. Salon ubrań? O ja cię. Jakie jaja, Loke spełniający się jako sprzedawca? I to jeszcze w takim miejscu. Biedny Loke. EdoLevy podeszła do lady, przy której stała dziewczyna z długimi różowymi, falowanymi włosami. Uderzyła otwartą dłonią o blat i pochyliła się nad dziewczyną.
- Gadaj gdzie jest Loke. - warknęła do niej, lecz zaraz zza zasłoniętych materiałem drzwi wyłonił się elegancko ubrany Loke, który wyglądał jak Leo, jego forma Gwiezdnego Ducha. Szybko podszedł do różowowłosej i objął ją ramieniem, po czym delikatnie pogładził ją po włosach.
- Aries, mógłbym porozmawiać ze starą znajomą? - spytał się kobiety, ta natomiast kiwnęła i wyszła z pomieszczenia. - Co tu robisz?
- No cześć Loke. - parsknęła i machnęła na niego ręką.
- Mogłabyś zostawić moją żonę w spokoju? - warknął ponownie na nią. Żonę?
- Jest sprawa. Słyszałeś krążące plotki o Animie, prawda? - na te słowa Loke się wzdrygnął. - Czyli słyszałeś. To popatrz na tamte dwie. Wciągnęło je. Plotki stały się prawdą.
- Nie wciągaj mnie w to, odszedłem od was dla żony i zakładu. - czyli że ten sklep był jego?
- No dobrze. Po prostu chcieliśmy się dowiedzieć czy nie wiesz nic o tym. Pracowałeś długo z Gajeelem i odszedłeś tak nagle no.
- Żona. Te informacje za bardzo mnie przytłoczyły, musiałem.
- Jakie niby znowu informacje? - spytała McGarden podchodząc do chłopaka.
- Zaraz, czekaj. - zaśmiał się. - To jest twoja Ziemska ty?
- Chcesz czegoś od niej? To całkiem mądra i fajna babka, nie czepiaj się jej.
- Jest milsza od ciebie.
- Wiem. Gadaj, co za informacje.
- Dotyczyły Jeta i Droya, chcesz je słyszeć dalej?
- To jest ważne, nie mogę się ciągle nimi przejmować. Gadaj.
- Jest i Droy podobno porwali kogoś z królewskiej rodziny i zgubili gdzieś w zamku, kiedy uciekali. Potem okazało się, że ta osoba trafiła do pokoju aktywującego Animę, a gry ją odnaleźli, aktywowali ją, by ukryć tam ciało tej osoby.
- Zamordowali tego kogoś?
- Z zimną krwią. Od tamtej pory nawet sam król nie wychodzi z zamku, by nie rozgłaszać plotek na temat kto został zabity.
- O mój. - Wendy była cała zdruzgotana. - Musimy jechać do królewskiego miasta, żeby przejść przez Animę i wrócić na Ziemię.
- Wendy, musimy też pomóc tym tutaj zamknąć Animę! - zbeształa ją cicho Charla. - Musimy też sprawdzić czy nie dostał się tutaj ktoś jeszcze.
- Racja. Wielu ludzi mogło dostać się ponownie do Edolas z Ziemi.
- Miejmy nadzieję, że nie przemienią się w lakrymę. - warknęła EdoLevy opeirając ręce na biodrach. - Dobra, Loke. Dzięki za informacje, jakoś sobie z nią poradzimy. - machnęła do niego dłonią i ruszyła do wyjścia, dezorientując resztę w środku.
- Ej! - warknęła po chwili wracając. - Miałyśmy wziąć normalne ubrania dla was.
- Skleroza nie boli. - zadrwił z niej Loke.
- Dobra! Dawaj co tu masz na ich rozmiar. - po tych słowach Loke ruszył na zaplecze i przyniósł McGarden sukienkę na ramiączkach w odcieniu ciemnej zieleni nad kolano wzorowaną, a dla Wendy niebieską koszulę z falbanką i brązowe spodnie. Exceedom ofiarował po brązowym kaszkiecie dla zmylenia oraz nakazał im pochować ogony. Po chwili dziewczyny wybiegły z salonu i wsiadły razem do samochodu.
- Musimy się teraz dostać do Królewskiego Miasta, prawda? - spytała siedząca z tyłu Wendy.
- Na to wychodzi. - warknęła przez zęby kobieta za kierownicą patrząc na kolejny korek. - Tylko jeśli chcecie mojej pomocy, musicie zostać tutaj jeszcze z dwa dni.
- Aż dwa dni?! - Levy wykrzyknęła to zdanie w jej stronę tak głośno, że zdawało się ją uderzyć.
- Tak, dwa dni. Może troszkę krócej, jeśli szybciej się z czymś rozprawię. Prywatne sprawy, uprzedzam.
- No dobrze, nie wtrącamy się. - Charla założyła ręce na piersi.
- W tym czasie możemy się rozejrzeć po tym mieście za ludźmi z Ziemi. - Lily spojrzał przez okno.
- Czarny futrzarz myśli dobrze. - EdoLevy wskazała na niego kciukiem, odrywając jedną rękę od kierownicy, lecz nie odrywając wzroku od ulicy. - Możecie się rozejrzeć, ale jeśli ktoś się do was zwróci po waszych imionach, lub po moim nazwisku, spławcie.
- W ogóle to jak ty masz na nazwisko?
- Tak jak mój mąż. - uśmiechnęła się szyderczo.
- Czyli?
- Blackwolf. - zaczęła skręcać w stronę garażu, po czym zjechała samochodem do jej warsztatu. - Wysiadka. Później do was przyjdę i zaplanujemy podróż do Królewskiego Miasta.
*********
- Rzeczywiście, wiele się tutaj zmieniło. - burknęła pod nosem Erza, rozglądając się po przedmieściach stojącego przed nimi miasta. Użyła czaru przemiany, by zdjąć z siebie zbroję i ukazać swoje normalne ubrania. - Miejmy nadzieję, że są w tym mieście. Nie mamy czasu, by przeszukiwać cały świat.
- Lisanno. - Natsu obrócił się w stronę śnieżnowłosej, przyprawiając ją tym samym o dreszcze.
- Tak Natsu?
- Wiesz może coś, gdzie może być teraźniejsze Fairy Tail?
- Wiem, że chcieli przenieść się do królewskiego miasta, ale nie wiem czy to zrobili. Tam jest kawał drogi stąd.
- Dobra! - warknął Redfox idąc przed siebie, jednocześnie kierując się wgłąb miasta. - Najpierw rozejrzyjmy się tutaj.
- Dobrze, to ja pójdę z Lucy. - kiwnęła głową Lisanna. - Wy pójdźcie w drugą stronę i rozejrzyjmy się za Wendy i Levy. Były z nimi exceedy, więc może będzie łatwiej ich szukać.
- Też chcę pójść z wami! - mruknął mały niebieski exceed, który po chwili stał przygotowany przy nogach blondynki.
- Więc w drogę! - wrzasnęła ochoczo blondynka na chwilę zapominając, że jest to akcja ratunkowa i że ich poszukiwania mogą zakończyć się fiaskiem. Po chwili byli już rozdzieleni na dwie grupy : Natsu, Gajeela i Erzą oraz Lucy, Lisannę i Happiego. Lucy poprosiła Lisannę by wskazała jej ulicę, gdzie będzie jakaś biblioteka, bo tak mówiło jej serce o pobycie zaginionej przyjaciółki. Lisanna w końcu wskazała ulicę na której nawet Lucy byłą przed siedmioma latami oraz bibliotekę z księgarnią, w której kupiła książkę z historią kraju. Pospiesznie ruszyły w jej stronę jednak Lisanna przypadkiem wpadła na kogoś, przewracając i siebie, i osobę którą przewróciła. Szybko pozbierała się i pomogła dziewczynie (tak wywnioskowała po sukience i chuście na głowie) zebrać książki, które najprawdopodobniej kupiła. Ta natomiast szybko się zebrała i wyrwała białowłosej książki z rąk, po czym kiwając głową odwróciła się w stronę ucieczki. Wtem Lucy dostała dziwnego impulsu, by zatrzymać dziewczynę. Nie wiedziała skąd, jednak go posłuchała. Szybko złapała dziewczynę za ramię, przez co lekko jej chusta odsunęła się z głowy. Ta odwróciła twarz w stronę blondynki, jednocześnie spotykając się z jej wzrokiem, który z chwili na chwilę robił się bardziej zszokowany.
~~~~~~~~~~
Mamy dzień parzysty, to dodaję. Muszę powiedzieć, że na jakiś czas robię przerwę ze względu na brak czasu na pisanie i udostępnianie. Potem jeszcze mam 27 maja zdawanie projektów, a na początku czerwca wyjeżdżam na tydzień, może uda mi się chociaż pomysłów nazbierać~~
Subskrybuj:
Posty (Atom)